Konsole następnej generacji - przynajmniej w "tradycyjnym" rozumieniu tego terminu, lansowanym przez Microsoft i Sony - kojarzą się nie tylko z olbrzymią mocą obliczeniową i doskonałą grafiką, ale też z wyższymi kosztami tworzenia gier. Programiści muszą się uczyć tworzenia na zupełnie nowe maszyny, stopniem złożoności znacznie przekraczające te, z którymi mieli do czynienia wcześniej. Odpowiednie wykorzystanie ich specyficznej architektury czy wielordzeniowych procesorów nie jest rzeczą łatwą, a bez niego trudno o zadziwienie graczy grafiką czy efektami specjalnymi. Developerzy ponoszą więc wyższe koszty i siłą rzeczy muszą je sobie jakoś zrekompensować.

Oczywiście nie ma nic za darmo. Tajemnicą poliszynela jest, że tańsze gry na Wii możliwe będą przede wszystkim dlatego, że konsolę tę programuje się bardzo podobnie do poprzedniej platformy Nintendo. Z tego zaś płynie prosty wniosek, że i jej techniczne możliwości nie pobiją zapewne GameCube'a na głowę. Te przypuszczenia potwierdzają developerzy, już od jakiegoś czasu zwracający uwagę, że Wii nie będzie w stanie nawiązać równej walki z konkurencją na polu graficznych fajerwerków. Wygląda więc na to, że ciekawe i innowacyjne pomysły oraz niska cena mogą być nie tylko głównymi, ale i jedynymi atutami Nintendo. Co rzecz jasna wcale nie oznacza, że okażą się niewystarczające.