Konsole Nintendo, właściwie od kiedy pamiętamy, słynęły przede wszystkim z gier tworzonych przez samego producenta. Tytuły z wąsatym hydraulikiem, Zeldy, Metroidy - to one były przez długi czas głównymi i całkiem wystarczającymi atutami japońskiego weterana. Podejście takie mogło się jednak sprawdzać tylko przez jakiś czas i przy okazji GameCube'a w końcu zawiodło. To właśnie przez słabe wsparcie dla niezależnych twórców i niewielką ilość dobrych, ciekawych gier zewnętrznych developerów, dostępnych w dniu premiery i kilka miesięcy po niej, platforma ta poniosła klęskę. A tak przynajmniej sądzą przedstawiciele Nintendo.

Z trochę innej beczki - Harrison, w tym samym wywiadzie udzielonym amerykańskiemu czasopismu Game Informer, po raz kolejny zbagatelizował rolę, jaką w wojnie o graczy odegrają techniczne możliwości nowych konsol. "Kiedy słyszę, jak ludzie mówią o mocy obliczeniowej i możliwościach graficznych, to ze zdziwieniem zauważam, że przecież w ostatniej generacji największą zwyciężczynią okazała się PlayStation 2 - konsola o najsłabszej specyfikacji technicznej". No ale co ma mówić - nie od dziś wiadomo, że pod względem technicznym Revolution będzie znacznie ustępować konkurencji. Czy dzięki temu uda jej się wygrać walkę o graczy? Zapewne nie. A czy uda się mimo tego? Zapewne całkiem możliwe.
A tak zupełnie poważnie, to nawet żeby zgadywać jaka będzie przyszłość Revolution mamy ciągle zbyt mało danych. No i oto kolejny do długiej listy powodów, dla których warto czekać na targi E3. Nintendo od dawna zapowiada, że to właśnie na nich dowiemy się w jaki sposób ich nowa konsola zmiażdży konkurencję. Pozostaje w napięciu odliczać dni. Albo i nie. Żeby nie było, że coś narzucamy. ;)