Historia tego bohatera wzrusza nawet po tylu latach.
Minęło szesnaście lat od premiery Mass Effect 2, które zaoferowało graczom jedną z najlepszych misji w historii kosmicznej serii od BioWare. Chodzi o zadania lojalnościowe, które trzeba wykonać dla Thane’a Kriosa. Wyszkolony do zabójstw drell zdobył serca graczy, a jego misje poboczne są uważane przez fanów za jedne z najlepszych.
Mass Effect 2
Mass Effect 2 – misje Thane’a Kriosa były pełne emocji i trudnych wyborów
Druga część serii od BioWare wyróżniała się ogromną skalą i silnym naciskiem na postacie. Zamiast prostego konfliktu znanego z pierwszej odsłony czy wojennej struktury trójki, gra koncentrowała się na relacjach między członkami drużyny oraz moralnych wyborach dowódcy, którym był Shepard. Kluczowym elementem były misje lojalnościowe, pozwalające lepiej poznać towarzyszy przed finałową, samobójczą wyprawą.
Szczególne miejsce w tym gronie zajmuje historia Thane Krios, cichego i śmiertelnie chorego asasyna o silnym kodeksie moralnym. Jego zadanie lojalnościowe skupia się na próbie powstrzymania syna przed pójściem tą samą drogą prowadzącą do spirali przemocy. Co istotne, misja niemal całkowicie rezygnuje z walki, stawiając na dialog, obserwację i decyzje gracza.
GramTV przedstawia:
Fabuła prowadzi do konfrontacji z młodym zabójcą oraz politykiem, który buduje swoją pozycję na ksenofobicznych hasłach. Gra celowo komplikuje ocenę sytuacji, ponieważ przestępcy zyskują ludzką twarz, a potencjalna ofiara okazuje się postacią trudną do obrony. W zależności od wyborów gracza wydarzenia mogą potoczyć się różnie, co dodatkowo wzmacnia ciężar moralny całej historii.
Siła tej misji tkwi jednak nie w samych konsekwencjach wyborów, lecz w emocjach. Relacja ojca i syna jest pełna żalu, spóźnionych prób naprawy błędów i refleksji nad cyklem przemocy. To właśnie te motywy sprawiają, że zadanie Thanego często bywa wskazywane jako jedno z najbardziej poruszających w całej trylogii.
Gry tekstowe z epoki 8-bitowych gier mialy takie rozwiazania i jak zwykle fejk i clickbait :-)
dariuszp
Gramowicz
02/02/2026 20:44
koNraDM4 napisał:
Bardzo fajny pomysł. Ja bym dorzucił może do tego budowanie relacji w ekipie zależnie od tego kto zostaje w obozie. Wiesz twoi kompani też przecież coś "muszą robić" jak ich nie wziąłeś więc fajnie by było zobaczyć, że jak wracasz to ta dwójka co się nie lubiła - właśnie okłada się w najlepsze, a ta inna dwójka co się polubiła aż za bardzo, skorzystała z okazji by się wymknąć.
Ogólnie pamiętam, że w DA: Origins romansowałem jednocześnie z Lelianą i Morigan. Jakoś pod koniec gry zostałem zmuszony do podjęcia ostatecznego wyboru i wybrałem Lelianę, a wtedy Morigan zaproponowała spędzenie wspólnie nocy przez co arcydemon miałby się przenieść po pokonaniu na dziecko, które będzie nosić, a nie na mojego szarego strażnika. Zgodziłem się i faktycznie - moja postać przeżyła. Trochę żałuję, że nie podszedłem jeszcze raz do tej części bo pamiętam, że bardzo się bawiłem tą grą, nie miałem samych dobrych zakończeń, jeden kompan mnie zdradził, a drugi z księcia zmienił się w pijaka (a z tego co wiem nie musiało do tego dojść). Wiem natomiast z trójki, do której rzecz jasna nie wczytywałem zapisów, że nasz bohater może zginąć po pokonaniu arcydemona więc Morigan nie kłamała.
Trochę tęsknię za tym Bioware. Dla mnie ME Andromeda to ostatnia ich w porządku gra (gdzie np. DA: Inkwizycja uważam za tragiczną grą pod względem fabuły, jak doszedłem do końca to miałem wrażenie, że w grze nie pojawił się jakiś solidny kawał fabuły i tylko pozostało pytanie "i co, to tyle?") bo do Veilguarda się wciąż nie przekonałem (z resztą Andromedę też kupiłem po 4 latach od premiery na grubej przecenie). Znam oczywiście twoje zdanie o tej części i gdybym się nie przemógł przez ten okropnie nudny początek to też prawdopodobnie miałbym takie samo zdanie ale kiedy trochę więcej kart zostaje odkrytych to ta fabuła w końcu zyskuje na sile i osobiście poczułem chęć ukończenia tej gry. Mechanicznie jednak jest źle, walka jest przyjemna ale i przekombinowana.
dariuszp napisał:
I tak sobie myślę - dodatkowym smaczkiem byłby rozwój relacji innych osób w obozie. Przykładowo dana postać mogła by źle reagować na zdradę. Możesz rozmansować z dwiema postaciami ale np. jeżeli spróbujesz zmienić focus z A do B to obie postacie są z tym OK albo np. w wypadku B do A już nie bo postać nie chce być drugim wyborem. Albo np. masz opcję zakończyć związek albo romansować bez zakończenia i jedno jest odebrane jako zdrada a drugie nie. Co wymaga więcej uwagi od gracza.
W innych grach była by to przesada ale wg mnie w wypadku RPG relacje postaci to element rozgrywki.
Akurat to było. Szczególnie w ME2 mieliśmy konflikty postaci na które wpadaliśmy. I podejmowaliśmy decyzję. Nawet w ME1 były takie momenty które nie były kosmetyczne jak np. kwestia tego czy zabijamy Wrexa czy nie.
W Baldur's Gate 3 też tak było. Lazel dosłownie budzi się z nożem Shadowheart na karku. Wyll ma trudności z zaakceptowaniem Karlach itp.
Ja bym się kłócił co do pozostawiania w obozie. Wolałbym żeby te postacie coś robiły a czaem nam towarzyszyły jaki ktoś kto działa w tle. Coś jak to DLC citadel do ME3 o którym mówiłem.
koNraDM4
Gramowicz
02/02/2026 20:24
dariuszp napisał:
I tak sobie myślę - dodatkowym smaczkiem byłby rozwój relacji innych osób w obozie. Przykładowo dana postać mogła by źle reagować na zdradę. Możesz rozmansować z dwiema postaciami ale np. jeżeli spróbujesz zmienić focus z A do B to obie postacie są z tym OK albo np. w wypadku B do A już nie bo postać nie chce być drugim wyborem. Albo np. masz opcję zakończyć związek albo romansować bez zakończenia i jedno jest odebrane jako zdrada a drugie nie. Co wymaga więcej uwagi od gracza.
W innych grach była by to przesada ale wg mnie w wypadku RPG relacje postaci to element rozgrywki.
Bardzo fajny pomysł. Ja bym dorzucił może do tego budowanie relacji w ekipie zależnie od tego kto zostaje w obozie. Wiesz twoi kompani też przecież coś "muszą robić" jak ich nie wziąłeś więc fajnie by było zobaczyć, że jak wracasz to ta dwójka co się nie lubiła - właśnie okłada się w najlepsze, a ta inna dwójka co się polubiła aż za bardzo, skorzystała z okazji by się wymknąć.
Ogólnie pamiętam, że w DA: Origins romansowałem jednocześnie z Lelianą i Morigan. Jakoś pod koniec gry zostałem zmuszony do podjęcia ostatecznego wyboru i wybrałem Lelianę, a wtedy Morigan zaproponowała spędzenie wspólnie nocy przez co arcydemon miałby się przenieść po pokonaniu na dziecko, które będzie nosić, a nie na mojego szarego strażnika. Zgodziłem się i faktycznie - moja postać przeżyła. Trochę żałuję, że nie podszedłem jeszcze raz do tej części bo pamiętam, że bardzo się bawiłem tą grą, nie miałem samych dobrych zakończeń, jeden kompan mnie zdradził, a drugi z księcia zmienił się w pijaka (a z tego co wiem nie musiało do tego dojść). Wiem natomiast z trójki, do której rzecz jasna nie wczytywałem zapisów, że nasz bohater może zginąć po pokonaniu arcydemona więc Morigan nie kłamała.
Trochę tęsknię za tym Bioware. Dla mnie ME Andromeda to ostatnia ich w porządku gra (gdzie np. DA: Inkwizycja uważam za tragiczną grą pod względem fabuły, jak doszedłem do końca to miałem wrażenie, że w grze nie pojawił się jakiś solidny kawał fabuły i tylko pozostało pytanie "i co, to tyle?") bo do Veilguarda się wciąż nie przekonałem (z resztą Andromedę też kupiłem po 4 latach od premiery na grubej przecenie). Znam oczywiście twoje zdanie o tej części i gdybym się nie przemógł przez ten okropnie nudny początek to też prawdopodobnie miałbym takie samo zdanie ale kiedy trochę więcej kart zostaje odkrytych to ta fabuła w końcu zyskuje na sile i osobiście poczułem chęć ukończenia tej gry. Mechanicznie jednak jest źle, walka jest przyjemna ale i przekombinowana.