Nowy aktorski He-Man zadebiutował w kinach. Oceniamy, czy to udane otwarcie nowego uniwersum, czy wręcz przeciwnie i seria zakończy się już po pierwszym filmie.
Czuć tu ducha starego, dobrego Marvela
Nowe kinowe przygody He-Mana przeszły bardzo długą drogę. Film powstawał od kilkunastu lat i przeszedł przez biura niemal wszystkich dużych hollywoodzkich wytwórni. Najpierw z projektu zrezygnował Warner Bros., aby prawa przeszły do Sony Pictures, które przez lata studio nie potrafiło doprowadzić do realizacji tego projektu, więc ostatecznie przekazali go Netflixowi. Nieoczekiwanie nawet najpopularniejsza platforma streamingowa świata uległa i chociaż po drodze mieliśmy ogromny sukces Barbie, czyli innej wielkiej zabawkowej franczyzy od Mattel, to Netflix nie widział przyszłości w aktorskim He-Manie i zrezygnowali z projektu. Ostatecznie prawa trafiły do Amazona, który podjął się próby pierwszego od niemal czterdziestu lat aktorskiego filmu osadzonego w uniwersum Władców Wszechświata. Szybko zatrudniono Travisa Knighta, reżysera Bumblebee, który od czasu prequela Transformersów szukał dla siebie nowego, ambitnego filmu. Tym razem projekt nie tylko doczekał się szybkiej realizacji i wydawało się, że już tylko kiepska jakość filmu może znów pogrzebać tę serię na wieki. Na szczęście tak się nie stało i Władcy Wszechświata to przyjemny, efektowny blockbuster spod znaku produkcji Marvela sprzed dziesięciu lat. Wyraźnie czuć tu inspiracje Strażnikami Galaktyki oraz Thor: Ragnarok. I chociaż aktorski He-Man nie jest aż tak udanym filmem, to sprawdza się jako niezobowiązująca przygodówka fantasy, która ma rozpocząć zupełnie nowe uniwersum.
Władcy Wszechświata
Świat Eternos zostaje zaatakowany przez Szkieletora (Jared Leto), złą czarownicę (Alison Brie) oraz jego armię. Królestwo władane przez króla Randora (James Purefoy) nie jest w stanie odeprzeć tego ataku, więc młody książę Adam zostaje wysłany na Ziemię wraz z Mieczem Mocy, aby potężna broń nie trafiła w ręce najeźdźcy. Piętnaście lat później dorosły już Adam (Nicholas Galitzine) intensywnie poszukuje zaginionego miecza, wierząc, że uda mu się wrócić do domu i porzucić nudne, ziemskie życie. Gdy w końcu udaje mi się go odzyskać, atakuje go jeden z popleczników Szkieletora. Na pomoc przybywa mu Teela (Camila Mendes), dawna przyjaciółka i córka kwatermistrza Duncana (Idris Elba). Dziewczyna zabiera Adama do jego królestwa, aby pomógł im stawić czoła Szkieletorowi. Wszyscy jednak są zawiedzeni, że książę nie dysponuje żadnymi mocami. Ich śladem podąża armia przeciwnika wraz z okrutnym Kronisem (Sam C. Wilson). Gdy wydaje się, że Adam polegnie, nagle przemienia się w niezwyciężonego He-Mana. Od tego momentu bohater wierzy, że uda mu się uratować ojca i pokonać nikczemnego Szkieletora.
Historia we Władcach Wszechświata jest dosyć prosta i polega na odwiecznej walce dobra ze złem. Film nie próbuje w żaden sposób zrewolucjonizować tego schematu, więc dobrzy są dobrzy, a źli pozostają złymi do samego końca. To prosty podział, ale działa w tej kampowej i często celowo kiczowatej stylistyce filmu, która odwołuje się do lat 80. ubiegłego wieku i do oryginalnego animowanego serialu o He-Manie. Travis Knight odrobił jednak lekcje ze Strażników Galaktyki Jamesa Gunna i Thor: Ragnarok od Taiki Waititiego i postanowił skopiować rozwiązania znane z tych filmów Marvela. Wyszło mu to zaskakujące dobrze i nawet jeżeli, miejscami Władcy Wszechświata potrafią osiąść na fabularnej mieliźnie, to nadrabiają to niezłymi scenami akcji. Widać, że Knight miał na to konkretny pomysł, a jego celem było dostarczenie jak najlepszego i widowiskowego blockbustera. Nawet kosztem samej fabuły, która ma jednak w zanadrzu kilka asów w rękawie.
Władcy Wszechświata
Co istotne, to we Władcach Wszechświata najważniejszym motywem jest droga, jaką przechodzi Adam. Typowe od zera do bohatera miejscami przypomina tu historię Simy z Króla Lwa, gdzie młody książę musi nie tylko dorosnąć, ale przede wszystkim dojrzeć do nowej roli i powstrzymać śmiertelne zagrożenie. Oczywiście ten motyw jest we Władcach Wszechświata mocno uproszczony, więc dojrzewanie Adama polega głównie na poznawaniu jego siły fizycznej i nadludzkich mocy w czasie kolejnych pojedynków z przeciwnikami, ale pod koniec filmu otrzymuje dodatkowy czynnik motywujący, aby stać się godnym króla Eternii. He-Man wykorzystuje nawet nauki wyniesione z Ziemi, stając się postacią nieco bardziej złożoną.
Runda finałowa
Równie ciekawy wątek jest ten między Teelą i jej ojcem Duncanem, który po obaleniu króla Randora przez Szkieletora popadł w alkoholizm. Film w pewnym momencie mówi wprost, że już wcześniej miał problem z piciem, ale po upadku królestwa całkowicie się załamał. Duncan okazuje się postacią tragiczną, która nadal może być wartościowym członkiem drużyny He-Mana, ale podobnie jak książę, musi do tego dojrzeć. Nieco inaczej na to wszystko patrzy jego córka, która choć kocha ojca i chce się nim opiekować, to ma dosyć jego uzależnienia. Aż szkoda, że ten wątek nie został bardziej rozwinięty w dalszej części filmu, gdyż twórcy Władców Wszechświata nie zawsze mają pomysł, jak rozbudować drugoplanowe postacie. Zazwyczaj robią to, po prostu dając im jakąś unikatową cechę, a dzięki temu wygląd. I tak mamy gościa co bije każdego z metalowej piąchy, innego co wygląda jak Juggernaut z X-Menów, człowieka batyskafa z długą szyją, czy strzelającą z pistoletów kobietę, która radzi sobie lepiej niż John Wick. To barwna i dająca się łatwo zapamiętać grupa, ale która w tym filmie nie otrzymuje własnych wątków. Pod względem budowania grupy rebeliantów pod przywództwem He-Mana, to Władcy Wszechświata wyraźnie ustępują Strażnikom Galaktyki.
Władcy Wszechświata
GramTV przedstawia:
Tak jak wspomniałem wcześniej, film wiele potrafi nadrobić samą akcją. Walki wyglądają całkiem dobrze, nawet jeżeli miejscami jest za dużo cięć montażowych. Przeszkadza również brak krwi, ale to produkcja skierowana również do młodszych widzów, więc można to twórcom wybaczyć. Ale poza tym to otrzymujemy pojedynki, których Marvel by się nie powstydził w swoich filmach sprzed dziesięciu lat (a dzisiaj brałby je z pocałowaniem ręki). Szczególnie dobrze wypada finałowy pojedynek He-Mana ze Szkieletorem. Niestety lekko zepsuty przez pewną decyzję głównego bohatera, ale szybko naprawiony, gdzie otrzymujemy bezpośrednie starcie dobra ze złem i to w scenach tak soczystych, że czuć w nich wagę i ciężar każdego pojedynczego ciosu. Aż żałowałem, że niedawno skrytykowany przeze mnie Mortal Kombat 2 nie otrzymał podobnych walk.
Mieszane odczucia mam jednak co do efektów specjalnych. Z jednej strony film potrafi zachwycić niektórymi bestiami, czy lokacjami, żeby w innych widz nie dowierzał, czy to na pewno ten sam film. Pod tym względem Władcy Wszechświata są bardzo nierówni, ale ta produkcja i tak kosztowała około 200 milionów dolarów, bez żadnej gwarancji, czy jakkolwiek zarobi na siebie. Mimo to ogólne wrażenia wizualne są pozytywne. Szczególnie w charakteryzacji i kostiumach postaci, głównie przeciwników He-Mana i jego drużyny. Pod tym względem na myśl przychodzi aktorski One Piece od Netflixa, gdzie tam też postawiono na wierne odtworzenie wyglądu znanych postaci, nawet kosztem logiki i realizmu. Widać więc, że za ten projekt wziął się ktoś, kto chciał uszanować serię Mattela i fanów He-Mana.
Nicholas Galitzine jest naprawdę dobry jako He-Man. Aktor ma niezłe wyczucie komediowe, ale największe wrażenie robi jednak jako potężny książę, dzierżący swój Miecz Mocy. Na wyróżnienie zasługuje również Idris Elba, Camila Mendes, czy Kristen Wiig w roli robotki bojowej, która przypomina androidy z Gwiezdnych wojen, na czele z K-2SO z Łotra 1 oraz L3-37 z Hana Solo. Trochę rozczarowaniem jest Jared Leto, nie tyle jego gra, co sam projekt postaci, który nie pozwala za bardzo aktorowi się wykazać przez czaszkę stworzoną w CGI i zmodulowany głos. Najgorzej z całej obsady zdecydowanie wypada Alison Brie jako zła czarownica, która po prostu nie ma co grać i jest dodana do filmu na doczepkę, nie pełniąc w zasadzie żadnej istotnej funkcji.
Władcy Wszechświata to miłe zaskoczenie. Nie spodziewałem się po tym filmie niczego dobra, a ostatecznie otrzymaliśmy miłą przygodówkę fantasy z niezłymi walkami, ładną oprawą wizualną i ciekawymi bohaterami. Film nie zawsze daje sobie radę pod względem historii i narracji, główni przeciwnicy są mniej ciekawi od tych pobocznych, a całość jest po prostu zbyt schematyczna, żeby w którymś momencie nie wkradła się nuda, ale to blockbuster, który dostarcza nie tylko frajdy, ale też emocji, głównie finałowym pojedynkiem, który naprawdę daje radę. Niestety wiele na to wskazuje, że Władcy Wszechświata na siebie nie zarobią i He-Man może nie wrócić w kolejnym filmie. Byłoby szkoda, gdyby tak dobrze rozpoczynająca się seria miała zakończyć się raptem na jednej produkcji.
6,0
Władcy Wszechświata to jedno z największych tegorocznych pozytywnych zaskoczeń roku. Moc jest silna w tym czerepie.
Plusy
Powstał z miłości i szacunku do serii o He-Manie
Dobrze wyglądające i emocjonujące walki
Finałowy pojedynek jest prawdziwą wisienką na torcie
Niezły motyw przemiany głównego bohatera
Ciekawy wątek Teeli i jej ojca Duncana
Świetne kostiumy i charakteryzacje, szczególnie przeciwników He-Mana
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!