Świt Ameryki - recenzja serialu. Western à la Netflix

Jakub Piwoński
2025/01/22 10:00
0
0

Świt Ameryki to sześcioodcinkowy western, który zadebiutował w styczniu na platformie Netflix. Za kamerą serialu stanął reżyser takich filmów jak Ocalony, Królestwo czy Światła stadionów. W produkcji występuje m.in. Taylor Kitscha. Czy Świt Ameryki oferuje coś więcej, niż tylko realizacyjną solidność?

Twórca serialu, Peter Berg, przyznał, że przy tworzeniu serialu inspirował się historią wojny w Utah. W czym rzecz? Krótka lekcja historii. Wojna w Utah, zwana mormońską, to konflikt między rządem USA a mormonami. W jej trakcie, we wrześniu 1857 roku, doszło do masakry w Mountain Meadows, gdzie milicja mormońska zabiła ponad 120 emigrantów z Arkansas. Mormoni próbowali obarczyć winą Indian. Nie ulega jednak wątpliwości, że masakra była wynikiem napięć na tle religijnym. Do dziś wydarzenie to pozostaje jednym z najciemniejszych epizodów w historii osadnictwa na zachodnich terytoriach USA. Właśnie te wydarzenia stanowią kanwę serialu, aczkolwiek Peter Berg obchodzi się z nimi mało finezyjnie. Jeśli przyjmiemy, że masakra jest bolącym zębem w historii USA, Berg nie szuka sposobu, by go wyrwać i dać ukojenie. Wręcz przeciwnie – naciska i wywołuje ból ponownie, jakby chciał nim epatować.

Czy jest to zaskakujące? Niekoniecznie. Berg znany jest z solidnych, rzemieślniczych dokonań. Przyglądając się jego twórczości, zauważyłem, że to, czego Berg nie potrafi, to postawić kropki na i, by wizja nabrała rozmachu, a ja sam nabrał przekonania o jej wyjątkowości. Doskonale pamiętam chwile spędzone z filmem Ocalony. Waga tematyki, realizacja, zaangażowana gra Marka Wahlberga – nie miałem wątpliwości, że oglądam coś istotnego. Natomiast po seansie filmu czułem niedosyt, wynikający z tego, że scenariusz był aż nadto przewidywalny, wypłukany ze złota. Jakby twórca wiedział, co chce powiedzieć, ale nie wiedział dlaczego. Światła stadionów do dziś uznaje się za produkt wtórny względem serialu, na kanwie którego powstał. Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych tytułów, i każdy z nich zawierałby zestaw tych samych cech – realizacyjną rzetelność i fabularną miałkość.

Świt Ameryki
Świt Ameryki

Peter Berg – wyrobnik, czy artysta?

Niewiele osób pamięta, ale Berg nakręcił też coś takiego jak Wirtualne sny (oryg. Virtuality). Ten film science fiction z 2009 o wirtualnej rzeczywistości, który, nomen omen, w rzeczywistości był pilotem serialu, którego później nie zrealizowano. Dlaczego? Bo pilot nie przekonał producentów na podążanie tą historią dalej. Była po prostu zbyt nijaka. Odcinek stał się zatem filmem, a perspektywa serialu odeszła w zapomnienie. Świt Ameryki miał jednak o wiele więcej szczęścia. Netflix rzucił milionami na realizację, zachęcony perspektywą stworzenia czegoś w rodzaju serialowego i duchowego sequela Zjawy, przebojowego westernu z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Po części się udało, bo produkcja zbiera w przeważającej większości dobre opinie, co z pewnością przekłada się na oglądalność. Mam jednak nieodparte wrażenie, że wszystkie te zachwyty oparte zostały na seansie odcinka (znowu) pilotażowego, przy którego tworzeniu Berg tym razem się przyłożył. Im dalej w las, im bardziej fabuła posuwa się na przód, tym bardziej obnaża swoje szwy, dając do zrozumienia, że cały ten ból, odczuwany przez postacie, osadzony jest na lichych przesłankach. Istnieje, bo go widzimy, ale o wiele trudniej jest nam go poczuć.

Jest taka scena w Świcie Ameryki, dość znamienna, w której bohater, chcąc uspokoić młodzieńca, który przed momentem doznał otwartego złamania nogi, mówi do niego „to tylko ból”. Tuż po tym, jak słowa te wydobywają się z jego ust, sprawnym ruchem rąk dokonuje wstawienia kości chłopca na swoje miejsce. Mam wrażenie, że scena ta koresponduje z tym, w jaki sposób Świt Ameryki komunikuje się z widzem. Nie ulega wątpliwości, że ból, surowość i brud stały się dla twórcy podstawowymi środkami wyrazu. Berg daje to jednak do zrozumienia aż za mocno. Wszystkich tak boli życie, że starają się to wykrzyczeć w niemal każdej scenie, są jednocześnie tak brudni, że w tych bardziej przyciemnionych scenach prawie ich nie widać. Berg może i wstawił kość na miejsce, ale serial do końca nie przestaje kuleć.

Świt Ameryki
Świt Ameryki

Cały ten ból

Odłogiem leży tu fabuła, wiarygodne prowadzenie wątków i postaci. Świt Ameryki bardzo dobrze się kamufluje, nie mam wątpliwości. Wszystko, co widzimy na ekranie, jest dopieszczone i naprawdę wygląda to bardzo realistycznie. Natomiast problem w tym, że po mocnym tąpnięciu, jakie następuje w pierwszym odcinku, dalej napięcie wyraźnie spada, gubiąc też sens tej historii. Finalny powiew romantyzmu, na który pozwolili sobie scenarzyści, bynajmniej nie odbieram jako wiarygodnej konsekwencji poczynań bohaterów. To raczej wyraz kapitulacji i rozłożenia rąk nad własnym dziełem i przyznanie się do faktu, że gdy źle zostały postawione filary, nie dało się tej historii poprowadzić inaczej, niż kierując ją prosto w sztampę.

GramTV przedstawia:

Problemem jest też rozłożenie akcentów. Jeden z nich przesunięto na wyraźną niekorzyść mormonów. Świt Ameryki ukazuje więc Amerykę czarno-białą. Jedni przybywają do Nowego Świata, by czerpać z tego korzyści, inni z kolei przybywają także, by czerpać korzyści, ale robią to w imieniu Jezusa Chrystusa i z szelmowskim uśmiechem na twarzy. Na reakcję nie trzeba było czekać długo – jeśli serial wywołuje kontrowersje, to głównie w oczach współczesnych mormonów, którzy są żywo oburzeni tym, w jaki sposób zostali w serialu ukazani. Informacje te czytałem z rezerwą, zanim do serialu usiadłem. Po seansie nie mam wątpliwości, że pewne uczucia musiały zostać nadszarpnięte, bo jakby nie patrzeć, z mormonów uczyniono tu antagonistów i fundamentalistów. Zapewne materiał historyczny do tego aż zachęcał, z tym nie polemizuję, co nie zmienia faktu, że jak sam film ma szorstki filtr, tak mormoni filtrem żadnym objęci nie są. Ciekawi mnie, czy Berg miałby odwagę tej samej wielkości, gdyby na jego stół trafił pomysł na scenariusz dotyczący religijnego fanatyzmu muzułmanów lub żydów, który nie raz w historii mieszał się z wielką polityką. Potraktujcie tę uwagę jednak na marginesie.

Świt Ameryki ma coś w sobie. Tym czymś jest, jak już wspomniałem, intensywność doznań. Wszystko można zarzucić tej produkcji, ale raczej nie nudę. To western, a właściwie antywestern, który za nadrzędną zasadę obrał wizualizację początków Ameryki w taki sposób, by sprawiała ona wrażenie bardzo nieprzyjemnego miejsca. Jeśli jednak uznamy, że to wszystko „to tylko ból”, wykorzystując ponownie słowa Taylora Kitscha (zaskakująco wyciszonego), ból, który sam w sobie jest iluzją, na wierzch wyłania się smutna prawda. Te postacie mało nas obchodzą, bo nie istnieją. Jeżeli komukolwiek z nich indiańska strzała przebije serce, raczej się tym, jako widzowie, nie przejmiemy, a będziemy tylko żałować, że żadna z nich nie trafiła serc naszych.

5,5
Świt Ameryki ma coś w sobie. Tym czymś jest intensywność doznań. Ale brak tu równowagi.
Plusy
  • Przyzwoite, zaangażowane aktorstwo
  • Kilka scen robi wrażenie rozmachem i dynamizmem
  • Zawsze dobrze się patrzy, gdy Amerykanie sami siebie demitologizują
Minusy
  • Przesadna estetyzacja, epatowanie bólem i brudem
  • Fabuła miałka i mało angażująca, odpowiednia bardziej do filmu, niż serialu
  • Mormonii mometami sprawiają wrażenie przerysowanych
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!