Przyjrzyjmy się mniejszym produkcjom zaprezentowanym na Gamescomie, które również zasługują na uwagę. Albo i nie.
W trakcie Gamescomu miałem okazję zagrać również w gry mniejsze, być może mniej oczekiwane i w tym tekście krótko wam o takowych opowiem. Nie wszystkie gry wywarły na mnie pozytywne wrażenie, ale miejcie jednak na uwadze, że są to jedynie wrażenia z krótkich pokazów, które często nie odkrywają pełnego potencjału produkcji.
Stuntman: Hollywood
Stuntman: Hollywood
Stuntman Hollywood powraca po bardzo wielu latach przerwy i próbuje mocno grać na naszej nostalgii. Twórcy w kooperacji z Universal Pictures uraczą nas wieloma ciekawymi licencjami, a część z nich miałem okazję samemu sprawdzić podczas prezentacji Saber Interactive. Tak oto przejechałem się samochodem Briana z Szybkich i Wściekłych 2, goniłem przestępców w Miami Vice oraz śmigałem motocyklem po Parku Jurajskim. Łącznie przejechałem pięć wyzwań w których bawiłem się… umiarkowanie dobrze.
Z jednej strony gra jest bardzo efektowna, dynamiczna i wymaga dużej zręczności w omijaniu nagle wyskakujących na drodze przeszkód. Tak, tu muszę przyznać, że faktycznie można się poczuć jak kaskader ryzykujący życiem podczas wykonywania mega trudnych przejazdów. Te wcale nie są takie proste jak mogłoby się wydawać. Nie wystarczy tylko wykonać w odpowiednim miejscu drift lub ominąć przeszkodę. Trzeba starać się wpasować możliwie jak najlepiej w zaproponowaną przez twórców linię, a ku mojemu zaskoczeniu przy szaleństwu jakie odbywa się w trakcie jazdy, wcale nie jest to takie łatwe. Na koniec gra podlicza punkty za naszą precyzję i styl przejazdu. Mój najlepszy wynik to 8.5 na 10 gwiazdek, a najgorszy 5.5 na 10. To co jednak najważniejsze, to chęć poprawy wyników, a to dobry znak. W takich produkcjach regrywalność to podstawa.
Pod tym względem Stuntman Hollywood faktycznie jest bardzo fajną grą. Z drugiej strony – moim zdaniem – zawala to co w tytułach wyścigowych najważniejsze, czyli model jazdy. Samochody prowadzą się niesamowicie zręcznościowo i to do tego stopnia, że przy Fordzie Mustangu, który ma miękkie zawieszenie kompletnie nie było czuć ciężaru pojazdu. Przy sporej ilości driftu i slalomów jakie trzeba wykonywać w trakcie misji, aż prosiło się, aby samochody miały jakąś masę, która mogłaby reagować na nagłe zmiany kierunków. Myślę, że taki model jazdy z Driver San Francisco pasowałby do tej gry idealnie. Motocykle? No cóż, prawa fizyki ich nie dotyczą, a pozycja kaskadera na jednośladzie to mało śmieszny żart. Muszę za to pochwalić model zniszczeń, ponieważ ten wygląda bardzo dobrze i przy okazji równie efektownie co całe zdjęcia na planie filmowym.
Po tym krótkim zagraniu uważam, że Stuntman Hollywood na pewno będzie fajną gierką na kilka misji, gdy będziemy potrzebowali odrobiny wizualnych wrażeń, ale raczej nic poza tym. Naturalnie jak zawsze wstrzymam się z oceną zagrania w pełną wersję, ale wydaje mi się, że fajne licencje i rozwałka na ekranie to za mało, jeśli jazda nie daje żadnego fajnego feelingu.
Crazy Taxi: World Tour
Crazy Taxi: World Tour
Jedną z gier w które miałem okazję zagrać, było Crazy Taxi: World Tour. To kolejny powracający po latach tytuł i niestety kolejny w którym nie widzę potencjału na nic więcej niż krótkie „odmóżdżenie” i to wątpliwej jakości. Tak naprawdę to co w nowym Crazy Taxi siadło najlepiej to muzyka. Rockowe utwory idealnie pasują do jazdy i chyba tak naprawdę tylko one sprawiały, że miałem jakąkolwiek frajdę z wykonywania kolejnych misji. Choć i tu można mieć zastrzeżenia. Motywem przewodnim są utwory zespołu The Offspring, które bardzo lubię, ale albo soundtrack nie jest zbyt bogaty, albo jest problem z losowaniem utworów, ponieważ w ciągu 20 minut grania główny utwór gry usłyszałem 4 razy. Piosenka “All I Want” ma co prawda tylko 2 minuty, ale to już stanowi prawie połowę mojego pokazu, co oznacza, że bardzo szybko będzie można złapać przesyt.
Jeśli zaś chodzi o samą rozgrywkę… Poza misjami w których trzeba było błyskawicznie podrzucać w wyznaczone miejsce jednego pasażera za drugim, to tak naprawdę w nowym Crazy Taxi jest zdecydowanie za mało tego „crazy”. Gra jest bardzo powolna i gdyby nie okazjonalna możliwość włączenia dopalacza to prawdopodobnie można byłoby przysnąć w trakcie jazdy. W demie miałem do dyspozycji jedynie trzy rodzaje misji, co szybko zaczęło mnie nudzić. Mam jednak nadzieję, że pełna wersja gry będzie dysponowała bardziej różnorodnymi zadaniami do wykonania. Mapa swoim rozmiarem również nie powala. Podczas tak krótkiego pokazu zdążyłem błyskawicznie zapamiętać miejscówki w które trzeba było się udać, a dojazd do nich to jest tak zwana „chwila moment”.
GramTV przedstawia:
Sama jazda moim zdaniem również nie należy do najprzyjemniejszych. Taksówka była zbyt responsywna i potrafiła zachowywać się dość chaotycznie, nawet jak na grę zręcznościową. Żeby jednak nie było, że ciągle narzekam to przyznaję, że fajnie wchodziło się nią w drift i przy pewnych prędkościach trzeba było wyczuć odpowiedni moment skrętu, aby wyrobić się na winklu lub przed przeszkodą. Grafika? Nowe Crazy Taxi zalatuje mocno starymi latami, być może okolicami 2010 roku. Nie wiem też czy odpalono mi grę na Xboxie Series S, ponieważ grze brakowało wygładzania krawędzi. Ząbkowanie na krawędziach dosłownie wypalało oczy.
Z jednej strony nie chcę być brutalny, ale ten pokaz nie nastawił mnie pozytywnie do tej produkcji i to bardzo delikatnie mówiąc. Myślę, że niestety będzie to gra, która bardzo szybko przepadnie w gąszczu innych premier, zwłaszcza, że brakuje tu jakiegoś punktu zaczepienia, który sprawiłby, żeby chciałoby się w to grać. Przez te 20 minut nagrałem się wystarczająco i kompletnie nie mam ochoty na więcej. Zobaczymy jednak jak sprawdzi się pełna wersja gry, może będzie odrobinę lepiej na co odrobinę liczę, bowiem w pierwowzorze bawiłem się wyśmienicie.
Showa American Story
Showa American Story
Showa American Story to bardzo dziwna gra. Jest to slasher w którym wszystko jest pomieszane z poplątanym. Sterujemy bohaterką o mocno wyeksponowanych wdziękach i walczymy za pomocą broni białej oraz palnej z gangusami, przerośniętymi bossami, a także z… zombie i innymi potworami. Uwierzcie mi, w tej grze dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Twórcy nacechowali to wszystko często absurdalnym wręcz poczuciem humoru w postaci scenek, jak choćby ta z pieczeniem pulchnego gościa na rożnie, albo masą tekstów, które zapewne dzisiejsza młodzież określiłaby jako „cringe”. Bywało śmiesznie, czasem żenująco, ale chyba o to w tej produkcji chodzi. O ile misje i dialogi to jazda bez trzymanki, tak muszę przyznać, że świetną robotę robi całkiem spójny japońsko-amerykański klimat lat 80., choć w całym tym szaleństwie trochę ciężko skupić się na jego pięknie (tak, dużo się tu dzieje).
Jeżeli chodzi o walkę to grając pewnie poczujecie się jakbyście cofnęli się od 20 lat do starych slasherów. Feeling zadawania ciosów, ich styl, animacje, to wszystko widzieliśmy dawno temu. Ni to przyjemne, ni to męczące… chyba po prostu neutralne, żeby nie powiedzieć nijakie. Jak to mówią: “pograć można”. Zwykli przeciwnicy to pionki na dwa-trzy uderzenia, ale chociaż ciekawiej się robi podczas starć z elitami i dużym bossem. Tu już w grę wchodzą uniki, kontry, a także potężniejsze combosy, bez których ciężko pokonać takich gości. Co ciekawe, do siania zniszczenia nasza bohaterka nierzadko ma do dyspozycji dziwaczne bronie obok klasycznych katan lub karabinów, jak choćby wielkie wiertło, albo flaga Stanów Zjednoczonych. Nawet dobór muzyki pokazuje, że twórcy niekoniecznie tworzyli grę na trzeźwo. Rockowy klimat szybko może ulec zmianie i nagle w trakcie walki odpali się Oda do radości. Bo w sumie czemu nie?
Niestety z powodu problemów technicznych mój pokaz pozwolił na rozegranie tylko jednej misji zamiast zaplanowanych czterech, więc nic więcej nie mogę powiedzieć, poza tym, że gra to istnych chaos i miszmasz dziwactw. To będzie raczej średniak, ale ta gra ma coś w sobie co sprawia, że chętnie wypróbuję jej pełną wersję i bynajmniej nie mam tu na myśli pięknego motocykla oraz krągłych pośladków bohaterki.
Project Motor Racing
Project Motor Racing
Prezentacja Project Motor Racing była jednym wielkim kajaniem się twórców. Studio podkradło człowieka od fizyki opon i zawieszenia (Aristotelis Vasilakos), który pracował przy Assetto Corsa Evo i niestety na niego spadło przepraszanie nas wszystkich za niepowodzenia gry po premierze. Fajnie jednak, że studio bierze porażkę na klatę i przede wszystkim, że są świadomi obszarów w których zawalili temat. Po krótkich przeprosinach i zapewnieniu, że Straight4 prężnie pracuje, aby Project Motor Racing stało się bardzo dobrą grą wyścigową, szybko zabrano nas na stanowisko simracingowe, aby przetestować już wprowadzone zmiany.
Trochę nas było i wszyscy goniliśmy się z prezentacji na prezentację, więc każdy z nas przejechał około 3 okrążeń, ale muszę przyznać, że nawet w tak krótkim czasie faktycznie można było poczuć jakąś poprawę. To nadal nie jest poziom Assetto Corsa, ale dało się dostrzec, że twórcy mają teraz odpowiedniego człowieka na właściwym miejscu i zaczyna to jakoś wyglądać. Zachowanie się opon, kontrola uślizgów oraz całego samochodu podczas przeniesienia masy w zakrętach uległy znacznej poprawie. W końcu przestał mi uciekać bezmyślnie tył niezależnie od wykonanych przeze mnie ruchów. Jest zatem potencjał i jeśli kolejne zmiany będą wprowadzane z taką dbałością to jest szansa, że Project Motor Racing jeszcze wyjdzie na prostą. Trzymam kciuki, ponieważ dostrzegłem bardzo mocne zaangażowanie u Arisa, czego nie mogłem zobaczyć rok temu podczas pierwszej prezentacji gry.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!