Jeśli myślisz, że wiesz już wszystko o Spartakusie, przygotuj się na przewrót w historii, której bohater – dawny łotr – staje się teraz panem własnego losu. Dom Aszura miesza krew, seks i ambicję w widowisko tak bezwstydnie intensywne, że trudno oderwać od niego wzrok. Serial możecie oglądać na Canal+.
Dwa lata temu Ridley Scott znów przypomniał nam, że mit gladiatora w popkulturze wcale nie umarł. Arena wciąż działa na wyobraźnię. Jeśli jednak przyjąć, że starożytni Rzymianie czerpali perwersyjną przyjemność z oglądania walk na śmierć i życie, to jaki rachunek wystawia to nam – współczesnym widzom – skoro nadal fascynują nas niewolnicy odbierający sobie życie w widowiskowy sposób? Czym właściwie różnimy się od tamtej publiczności? Oktagony MMA tylko potwierdzają, że cywilizacja mogła ruszyć naprzód, ale atawizm pozostał nietknięty. A jednak te historie to nie tylko krew pryskająca w obiektyw. To także opowieści o niewoli, która w tym jednym konkretnym momencie przeradza się w wolność i w chwałę. Na tym także się wznosimy.
Spartakus: Dom Aszura
Arena, która nigdy nie stygnie
Dwadzieścia lat temu Zack Snyder zaryzykował wszystko, przenosząc na ekran komiks Franka Millera i tworząc 300 – film, który historyczną bitwę sprzedał jak teledysk. Patos podkręcony do granic autoparodii, zwolnione tempo, cyfrowa krew i operowa przesada – kino o starożytności jeszcze nigdy nie było tak świadomie przestylizowane. Jedną z twarzy tego widowiska był Peter Mensah. Ten sam aktor trafił później do serialu Spartakus: Krew i piach, który bez wstydu czerpał z estetyki 300, lecz opowiadał inny mit – bunt niewolnika przeciwko Republice Rzymskiej. Zetknął się z nim wcześniej sam Stanley Kubrick, a 2010 roku dostaliśmy go zupełnie nowej wersji.
Seria rozwijała się przez cztery odsłony: Spartakus: Krew i piach, Spartakus: Bogowie areny (prequel), Spartakus: Zemsta i Spartakus: Wojna potępionych. W centrum był bunt, ale gdzieś na obrzeżach tej opowieści zawsze czaił się Aszur, grany przez Nick E. Tarabay. Oportunista. Manipulator. Człowiek, który z powodu okaleczenia nie mógł już wygrywać mieczem, więc zaczął wygrywać językiem. Jego los okazał się marny. Zginął w Zemście, ścięty przez Naevię. Historia zamknięta, sprawiedliwość wymierzona. Czyżby?
Spartakus: Dom Aszura
Co by było, gdyby Ashur nie zginął
I wtedy pojawia się Spartakus: Dom Aszura – projekt, który z założenia brzmi jak fanowska fantazja. Midquel. Alternatywa. Co by było gdyby. Wracamy między wydarzenia znane z oryginału i dostajemy świat, w którym Ashur nie ginie, lecz dostaje drugą szansę. Za sterami ponownie stanął Steven S. DeKnight, człowiek, który tę markę współtworzył od początku. Już w pierwszej scenie wszystko staje się jasne – twórcy tłumaczą nam sens nowych wydarzeń, ale zapraszają nas jednak do przyjęcia pewnej umowności. Albo to kupujemy, albo nie. Ma to być opowieść, którą należy traktować jak sen. Sen o ambicji. Sen o tym, że historia może się pomylić.
Zawierzenie twórcom staje się jednak łatwe, głównie dzięki motorowi napędowemu tego show. Bez dwóch zdań – siłą serialu jest Tarabay. Widać, że bawi się tą rolą. Jego Aszur, tym razem wysunięty na pierwszy plan, nie sprawia wrażenia postaci z przypadku. Ma w sobie energię, urok, a nawet coś, co trudno nazwać inaczej niż magnetyzmem. I choć to wciąż cynik, widać w nim także głód uznania. Momentami łapię się na tym, że zaczynam mu kibicować – nie dlatego, że nagle stał się dobrym człowiekiem, lecz dlatego, że jego ambicja jest tak bezczelna, tak szczera, że aż fascynująca. To już nie tylko intrygant. To człowiek, który uwierzył, że należy mu się więcej.
Spartakus: Dom Aszura
Fantazja o drugiej szansie
Technicznie serial prezentuje się lepiej niż kiedykolwiek, co także warto podkreślić. Zdjęcia są bardziej dopracowane, efekty specjalne mniej nachalne, choreografia walk płynniejsza. Nie wiem, czy udało się przeznaczyć na produkcję więcej pieniędzy, czy też wpływ miała technologiczna zmiana, ale różnica w jakości obrazu jest odczuwalna. I chociaż wciąż czuć komiksowy rodowód, trudno wrzucić tę produkcję do worka z b-klasową pulpą.
GramTV przedstawia:
Łatwo wejść w historię, ale z biegiem czasu trudno nie dostrzec, że dziesięć odcinków stało się dla scenarzystów bardzo wymagające. Dwoili się troili, by zza pudru nie wyszły tu blizny. Im dalej w las, tym wyraźniej widać, że fabuła nie zawsze nadąża za ambicją. Historia jest hermetyczna, zamknięta w kilku przestrzeniach, dialogi bywają rozwleczone, a intryga momentami przypomina konstrukcję zbudowaną z nadziei i taśmy klejącej. Są odcinki, które płyną. Są też takie, które stoją w miejscu.
Spartakus: Dom Aszura
Triumf ego w świecie niewolników
W pewnym momencie nie sposób nie pomyśleć o Quentin Tarantino i o tym, co zrobił w Bękarty wojny oraz Pewnego razu... w Hollywood. Tam zabawa historią miała wyraźny cel – katharsiss. Była aktem odwrócenia porządku, filmową zemstą w imieniu tych, którym rzeczywistość odmówiła sprawiedliwości. Spartakus: Dom Aszura również przepisuje los postaci i pozwala jej przejąć kontrolę nad własnym mitem, ale robi to w inny sposób. To mniej chirurgiczna korekta historii, a bardziej fantazja o drugiej szansie. Nie tyle rewolucja w myśleniu o przeszłości, co spełnienie marzenia, że wystarczy zmienić jeden ruch, by przegrany stał się zwycięzcą.
Pod względem środków stylistycznych duch Tarantino unosi się tu wyraźnie – w przemocy i dialogu. Tam były one przerysowane, ironiczne, świadomie balansujące na granicy groteski. Tu również są świadome, lecz podkręcone mocniej. Więcej krwi, więcej słów, więcej dosłowności. Walki są intensywne i efektowne, dialogi długie, nierzadko teatralne, ale chwilami mam wrażenie, że eskalacja staje się celem samym w sobie. Jakby serial nie ufał ciszy. Jakby każdą przerwę trzeba było natychmiast wypełnić kolejnym ciosem albo kolejną tyradą.
Spartakus: Dom Aszura
Na Amory im się zebrało
Osobną sprawą jest seks, który urasta do rangi równorzędnego narzędzia ekspresji. Sceny intymne pojawiają się z taką regularnością, że momentami można odnieść wrażenie, iż nad areną czuwa nie Mars, a Amor. Nagość przestaje szokować, bo jest wszędzie; erotyka staje się ornamentem, przerywnikiem między intrygami. To jeszcze serial historyczny, czy już erotyczny – mówiłem do siebie podczas seansu. Problem w tym, że gdy wszystko zostaje pokazane wprost, znika napięcie. I tu właśnie odczuwałem przesyt – nie dlatego, że seria przekracza granice, lecz dlatego, że sprawia wrażenie, jakby uznała, iż powrót na arenę musi oznaczać podwojenie wszystkiego. A przecież czasem mniej znaczy dotkliwiej.
Zaskakujące jest natomiast to, że obok tej jarmarcznej przesady pojawia się autentyczna wrażliwość. Wątek melodramatyczny traktowany jest poważnie. Bez mrugania okiem. I właśnie to spowolnienie, te chwile ciszy między kolejnymi eksplozjami przemocy, paradoksalnie działają najmocniej. Wprowadzenie kobiety na arenę – ryzykowny ruch – zostaje uzasadnione chłodną kalkulacją Aszura. W świecie, w którym wszystko jest towarem, także emancypacja może być strategią marketingową. A jednak postać ta nie jest wyłącznie chwytem. Ma ciężar i historię, przez co zostaje w pamięci.
Ostatecznie Spartakus: Dom Aszura jest triumfem ego. Fantazją o tym, że intrygant może stać się władcą, że popychadło jest w stanie przepisać historię. Sen o drugiej szansie. O pragnieniach, które znajdą swoją natychmiastową realizację. Serial nierówny, momentami przegadany, chwilami pozbawiony umiaru – ale jednocześnie hipnotyzujący w swojej bezczelności. Wskrzesza trupa z areny, otrzepuje go z piasku i pozwala mu jeszcze raz wymierzyć cios.
6,0
Jeśli znasz poprzednie historie, polubiłeś ich styl i charakterystyczną przesadę, łatwo odnajdziesz się w nowej odsłonie. Dostaniesz tu wszystkiego więcej.
Plusy
Charyzmatyczny Nick E. Tarabay, który bez wysiłku unosi serial jako Aszur
Wyraźnie lepsza realizacja techniczna – zdjęcia, choreografia walk i efekty specjalne stoją na wysokim poziomie
Ciekawa koncepcja alternatywnej historii, dająca postaci drugą, intrygującą perspektywę
Zaskakująco poważnie potraktowany wątek melodramatyczny, który dodaje trochę emocjonalnej głębi
Minusy
Scenariusz bywa rozwleczony i momentami sprawia wrażenie improwizowanego
Hermetyczność historii utrudnia wejście w świat widzom nieznającym poprzednich odsłon
Eskalacja przemocy i erotyki prowadzi chwilami do przesytu zamiast napięcia
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!