Keanu Reeves rzuca na bok pistolety, marynarkę zamienia na znoszoną bluzę i opowiada nam o tym, jak traci grunt pod nogami. Czy wypadł przekonująco? Sprawdzamy.
Jeśli w pokoju, w którym aktor spotyka się ze swoimi zaufanymi współpracownikami, by omówić kolejne PR-owe posunięcia, na jednej ścianie znajduje się portret Billa i Hillary Clintonów, a na drugiej, przeciwległej, portret Kanye Westa, już wiesz, że wszystko, co zostanie powiedziane, będzie nasączone sporą dawką ironii. Jeszcze lepiej esencję tego filmu oddaje jednak inny portret, zawieszony w pobliżu, którego kamera także nie oszczędza — da się bowiem zauważyć zdjęcie Kevina Spaceya.
Po pierwsze ironia. Po drugie powaga. To dwa składniki, z których Jonah Hill — aktor, reżyser, scenarzysta i producent — postanowił wyrzeźbić swój nowy film. I problem – albo może największa cecha tego filmu – polega na tym, że on nigdy do końca nie decyduje, czym chce być. Stoi gdzieś w pół drogi między psychologicznym dramatem a czarną komedią, co momentami daje intrygujący efekt, a momentami zwyczajnie zgrzyta.
Znamy Hilla jednak z zupełnie innej strony. Zaczynał jako sympatyczny grubasek w komediach młodzieżowych pokroju Supersamca, by z czasem ewoluować w kierunku wyszczekanych cwaniaków, którzy przejmują kontrolę nad sytuacją — tak zapamiętaliśmy go choćby z Rekinów wojny czy Wilka z Wall Street. W pewnym momencie coś w nim jednak pękło.
Skutki uboczne
Jonah Hill nie do poznania
Jego dokument Stutz z 2022 roku był odważnym krokiem — nie tylko formalnie, ale przede wszystkim emocjonalnie. To wtedy zaczęliśmy dowiadywać się więcej o jego depresji i o tym, jak źle znosił sposób, w jaki Hollywood próbowało go zaszufladkować. Później przyszła radykalna zmiana — fizyczna i życiowa. Film Najlepsze lata były już sentymentalnym powrotem do dzieciństwa i listem miłosnym do lat 90. Teraz Hill wykonuje kolejny krok i daje nam słodko-gorzki komentarz o ciężarze sławy.
Motyw wypalonej gwiazdy próbującej odnaleźć sens życia po drugiej stronie sławy nie jest w kinie niczym nowym — od Bulwaru zachodzącego słońca, przez Birdmana, Zapaśnika, aż po bardziej wyciszone Somewhere Sofii Coppoli czy przewrotne Pewnego razu… w Hollywood Tarantino. Wszystkie te filmy na różne sposoby wracają do tej samej refleksji: sława, zamiast dawać spełnienie, często prowadzi do kryzysu tożsamości i desperackiego poszukiwania sensu. Jakby filmowcy raz po raz rzucali nam w twarz tę samą przestrogę: możecie nas uwielbiać, możecie marzyć o naszym statusie, możecie podziwiać naszą urodę i talent — ale nie chcielibyście zazdrościć nam naszego życia. Nie warto.
Hill uderza dokładnie w te tony, obsadzając siebie w roli drugoplanowej — agenta głównego bohatera, reprezentującego raczej zaślepienie show-biznesu, w którym droga do sukcesu usłana jest bezpiecznymi ruchami i zagrywkami pod publiczkę. Iluzją, która się sprzedaje, a która, rosnąc, zaczyna przygniatać tego, kto się za nią skrywa. W tym wypadku jest to Keanu Reeves. I znowu mamy tu coś, co w szczególny sposób zazębia się z rzeczywistością.
Skutki uboczne
Keanu Reeves traci poczucie sensu
Reeves ironizuje tu bowiem z własnym wizerunkiem. Trudno znaleźć osobę, która powiedziałaby o nim złe słowo — nawet jeśli jakaś rola mu nie wyjdzie. Jest jednym z najbardziej lubianych aktorów w Hollywood. Sęk w tym, że to w dużej mierze medialny konstrukt, w który chcemy wierzyć. Sam Reeves zdaje się od tego dystansować, grając postać uzależnioną nie tylko od substancji, ale przede wszystkim od aprobaty innych. Gra właściwie jednym wyrazem twarzy, ale ta jedna nuta jest zarazem zaskakująco szczera — taka, której nie chce się podważać. I być może właśnie dlatego to działa. Bo aktorstwo, mimo wszystko, trzyma ten film w ryzach.
GramTV przedstawia:
Trudno przy tym nie odnieść wrażenia, że Hill jako aktor znajduje się dziś w zupełnie innym miejscu niż kiedyś. Jego metamorfoza fizyczna robi wrażenie — to bezdyskusyjne — ale gdzieś po drodze zniknął ten nerw, ta nieprzewidywalność, którą miał w sobie wcześniej. Dziś gra szerzej, momentami zbyt ostentacyjnie, jakby próbował nadrobić coś, co kiedyś przychodziło mu naturalnie. Mimo to trudno nie trzymać za niego kciuków — być może to tylko etap, a nowe emploi dopiero się przed nim otwiera.
Wspominałem już, że jednym z mocniejszych akcentów w karierze Jonaha Hilla była rola w Wilku z Wall Street, gdzie pracował u boku Martina Scorsese — i jest w tym coś zaskakującego, że ten legendarny reżyser pojawia się także tutaj, co jeszcze bardziej podkreśla meta-komentarz wybrzmiewający w filmie. Najwyraźniej spodobało mu się aktorskie uznanie, jakie zdobył przy okazji epizodu w serialu Studio, bo i tu występuje w podobnym charakterze, wcielając się w byłego agenta głównego bohatera — jedną z osób, które ten musi przeprosić.
Skutki uboczne
Przeprosiny przyjęte
A lista jest długa: jest na niej matka, są przyjaciele (w tej roli Cameron Diaz i Matt Bomer), a każde z tych spotkań staje się kolejnym przystankiem na drodze do rozliczenia się z samym sobą. Wzmacnia to wrażenie, że oglądamy historię nie tyle o upadku jednostki, co o mechanizmie, który ten upadek produkuje. Reeves ma więc półtorej godziny, by spróbować naprawić wszystko to, co wcześniej zniszczył, gdy napędzała go potrzeba bycia ważniejszym, widoczniejszym, bardziej podziwianym niż inni.
Jestem świadomy tego, że Skutki uboczne mają swoje ciemne strony. Żarty są momentami suche, czasem wręcz przestrzelone — jakby wyrwane z innego filmu, bardziej prześmiewczego niż ten, który faktycznie oglądamy. I to chyba największy zgrzyt: kiedy film zbliża się do czegoś bardzo prawdziwego i przyziemnego, nagle podcina sobie nogi groteską. A jednak, mimo tego chwiania się między tonami, nie gubi do końca emocjonalnej wiarygodności. Przesłania mogą być wyświechtane, ale pozostają aktualne — zwłaszcza dziś, gdy wciąż z taką łatwością oddajemy uwagę ludziom popularnym, dostarczając im paliwa, które potrafi ich ostatecznie spalić. To może nie jest odkrywcza opowieść, ale jest w niej coś szczerego, coś nieprzekombinowanego, coś, co nie próbuje nas na siłę przekonać do swoich racji.
Jest taka scena, która według mnie wygrywa cały film. PR-owcy głównego bohatera wpadają na pomysł, by ten wystąpił w wywiadzie na żywo i pozwolił rozmówczyni (tutaj Drew Barrymore w zaskakującym epizodzie) rozłożyć się na czynniki pierwsze. Reeves jednak w ostatnich sekundach wstaje od stołu i wychodzi — nie daje się „zjeść”, nie daje telewizji tego, czego oczekuje. I może właśnie w tym geście — w odmowie zagrania tego, czego chcą inni — kryje się najuczciwszy moment całego filmu. Skutki uboczne potrafią w dialogach brzmieć wtórnie i powtarzalnie, ale na pewno nie próbują na nowo tłumaczyć reguł świata show-biznesu.
Obawiam się, że gdyby w głównej roli obsadzono kogoś pokroju Toma Cruise’a, trudno byłoby w to wszystko uwierzyć — bo jego ekranowa persona jest zbyt mocno zbudowana na sile, kontroli, sprawczości i nieustannym zwyciężaniu, by przekonująco unieść historię o kimś, kto się rozpada, kto gubi sens i miota się między potrzebą bycia kochanym a chęcią zniknięcia. Reeves, z tą swoją powściągliwością i lekkim wycofaniem, wnosi tu coś znacznie bardziej kruchego. Jeśli więc nie przeszkadza ci, że Keanu Reeves zamiast biegać z bronią i strzelać do przeciwników, po prostu dzwoni do kolegi i rozmawia przez telefon, a wcześniej widziałeś jego spokojniejsze role w takich filmach jak Słodki listopad, Przez ciemne zwierciadło, Dom nad jeziorem czy Moje własne Idaho — poczujesz się w Skutkach ubocznych swojsko.
6,0
To film niedoskonały, momentami chwiejący się pod własnym ciężarem, ale jednocześnie zaskakująco bliski ziemi.
Plusy
Keanu Reeves, grając na jednej nucie, trafia w ton, który okazuje się boleśnie szczery
Mimo ogranych tematów film nie tłumaczy widzowi oczywistości, tylko pozwala mu je poczuć
Film bardzo przyziemny, pozbawiony fajerwerków, także scenariuszowych
Drugi plan aktorski jest bardzo solidny i wyważony
Żarty czasem trafiają w punkt...
Minusy
Tonalny rozkrok między dramatem a czarną komedią sprawia, że film momentami sam sobie podcina skrzydła
Dialogi potrafią kręcić się w kółko wokół tych samych, dość wtórnych nut
Jonah Hill jako aktor momentami szarżuje i traci dawną naturalność
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!