Rozkochani w grze recenzenci czy prawdziwi gracze dostrzegający płytką rozgrywkę? Konflikt nie o prawdę, a o wrażliwość.
Jak zacząć tekst o grze, która nie jest tym, czym może się wydawać? Spokojnie, od przedstawienia kontekstu czy może agresywnie, od wytknięcia niektórym, że nie znają się na grach? A może od tego, że nostalgia to tak potężne narzędzie, że jest w stanie przykryć sobą bolączki rozgrywki? Ta nieoczywistość, ale też ciężar wyboru mogą przytłaczać. W końcu to tekst o tak wielu rzeczach – o genialnej grze, o niezrozumieniu konwencji i populizmie, o nostalgii millenialsów do czasów młodości, ale też o pięknie muzyki i tym, czego oczekujemy od gier i jak w nie gramy.
To jednak głównie tekst o tym, jak wielkim ciężarem jest kończyć coś, kiedy nadal jest to piękne.
What was left when that fire was gone?
Kurz po premierze Mixtape nieco już opadł. Przyznać jednak trzeba, że w momencie premiery zamieszanie było całkiem spore. Oceny mediów są fantastyczne – 86% na Metacritic i wiele maksymalnych not, również od największych serwisów o grach. Chwilę po debiucie wszystko się jednak zmieniło. Media społecznościowe, z jak zwykle nieokrzesanym X-em na czele, zalała fala negatywnych komentarzy pod adresem Mixtape. Zarzucano grze wszystko, zaczynając od tego, że ci “bezmyślni” dziennikarze growi jak zwykle się nie znają i dają wysokie noty grze-wydmuszce. Oberwało się głównie za pozbawiony wyzwania gameplay. Nawet w Polsce niektórzy wznieśli się na wyżyny populizmu, nagrywając jak przechodzą sekcje z jazdą na deskorolce bez trzymanki. To miało udowodnić, że Mixtape to samograj. Oczywiście pominęto fakt, że to sekwencja z pierwszego kwadransa rozgrywki, a czołówka z nadjeżdżającym autem kończy się cofnięciem gracza.
Mixtape oberwał też za inne rzeczy. Wielu zarzucało, że gracze nie dali się nabrać na propagandę dziennikarzy, co miał udowadniać relatywnie niski premierowy peak na Steamie. Zapomina się jednak, że krótkie gry narracyjne dostępne w momencie debiutu w Game Passie zawsze mają słaby wynik na platformie Valve – inna sprawa, że trzeciego dnia udało się osiągnąć poziom 2 245, co przy takim tytule uważam za sukces. Dodatkowo Mixtape jest już w czołówce najlepiej sprzedających się gier Annapurna Interactive na Steamie (na 42 tytuły, via Gamalytic). Najbardziej krzywdzące były jednak zarzuty o udział w produkcji kontrowersyjnej Anity Sarkeesian, mimo że nigdzie nie ma dowodów potwierdzających, że twórcy kiedykolwiek konsultowali się z nią.
I thought it felt right, but that right was wrong
Mixtape najbardziej jednak ucierpiał za płytki gameplay. Do teraz pamiętam pewnego polskiego jutubera, który z szelmowskim uśmiechem nagrywał gameplay bez trzymania pada. Bohaterka sama dojechała na deskorolce do mety. To fakt, chociaż nie wiem, co to miałoby udowadniać poza nabiciem autorowi łatwych lajków. Przez całą pozostałą część gry trzeba jednak trzymać kontroler w dłoni i coś z nim robić. Oczywiście Mixtape to gra narracyjna, w której poziom trudności jest wręcz zerowy. To nie jest produkcja, która oferuje wyzwanie.
GramTV przedstawia:
Ta gra jest o historii i prezentuje ją w sposób wręcz wybitny – styl graficzny, specyficzne animacje czy reżyseria stoją na niezwykle wysokim poziomie wyrafinowania. Tę produkcję stworzyli ludzie z ogromnym wyczuciem estetyki, którzy w fantastyczny sposób wykorzystali muzykę sprzed kilku dekad. Pokazali nią, podobnie jak twórcy Stranger Things z jednym z utworów Kate Bush, że utwory z tego okresu mają w sobie niezwykłe pokłady głębi i klimatu. Nie sądzę, aby to samo dało się osiągnąć ze znacznie mniej charyzmatyczną, współczesną muzyką. Ta dawna bez wątpienia miała w sobie duszę, której tak brakuje wielu dzisiejszym autorom.
All caught up in the eye of the storm…
Co jednak z tego, skoro gracze oczekują gry, a nie interaktywnego filmu? Ale czy na pewno oczekują? Musimy zapamiętać jedną rzecz – muzyka Pink Floyd nikogo nie podrywa do tańca, a jednak jest kultowa i do dzisiaj celebrowana przez osoby, które oczekują głębi tekstu czy wirtuozowskich kompozycji muzycznych. To samo z gastronomią – kebab jest dobry na szybkie zapchanie żołądka, ale nie nadaje się na romantyczną randkę. Jakościowe restauracje z kolei nie są miejscem, żeby się najeść, ale aby celebrować okazję, chłonąć klimat i spędzić czas w sposób bardziej ekscytujący niż zwykle. To samo z grami – narracyjny Mixtape nie jest ani lepszy, ani gorszy niż oferujący wyzwanie i dopracowane mechaniki soulslike. Jest inny, dla innych ludzi, na inną okazję i aby wprowadzać odbiorcę w zupełnie inny stan.
…and trying to figure out what it's like moving on
Najłatwiejszy sposób na stworzenie błędnego zdania o grach to napisanie w nim, że gracze są jacyś. Otóż oni nie są ani wymagający, ani pobłażliwi, nie lubią wyzwania ani samograjów, nie wolą też gier single player nad multiplayer i na odwrót. Gracze jako jednorodna grupa nie istnieją. Wszyscy mają inne miary, którymi oceniają elektroniczną rozrywkę. W psychologii funkcjonuje tzw. taksonomia Richarda Bartle’a, który podzielił fanów gier (nie tylko komputerowych) na cztery kategorie. Ci, którzy najmocniej krytykowali Mixtape za brak wyzwania to najpewniej tzw. Achievers, którzy oczekują poziomów, punktów, nagród i ciągłego rozwoju, czyli tego, czego świadomie w tej grze nie ma. Są też Socializers, których najbardziej interesuje interakcja z innymi osobami. Ciekawą grupą są Killers, którzy napędzani są walką, pokonywaniem innych, a czasami psuciem im zabawy, głównie poprzez pokazanie swojej dominacji.
Mixtape skierowany jest do czwartej grupy – Explorers. Ich nadrzędną ambicją jest odkrywanie świata, historii czy mechaniki. Interesuje ich opowieść i doświadczenie płynące z niej. Jako reprezentant tej grupy jestem estetą, który docenia obcowanie z czymś ładnym, zgrabnym, wyrafinowanym. Często więcej przyjemności od skomplikowanej zagadki logicznej daje mi świetna praca kamery w scence przerywnikowej, która mistrzowsko buduje emocje. Tego właśnie szukam najbardziej. Chcę doświadczać i poznawać, dotykać rzeczy nowych, niezwykłych i ekscytujących. W Mixtape nie przeszkadza mi, że jadąc na deskorolce mogę odłożyć pada. Ja tego nie robię. Trzymam go, skręcam i pozwalam sobie chłonąć emocje, które ukryte są w tej scenie. Bo nie chodzi o to, aby unikać przeszkód, a poczuć wolność i beztroską młodość, w której właśnie znajdują się główni bohaterowie. Dotknąć jej i dać się w niej zatopić.
Prześwietlam polski gamedev - piszę o grach, biznesie i kulisach branży, do których inni nie docierają. Rozmawiam z twórcami i analizuję co dzieje się za zamkniętymi drzwiami.
Gra to wydmuszka i zarazem pusta niczym Pusty Wazon. Pomysł był OK ale tylko pomysł - bo jego realizacja to coś strasznego..
Bardzo lubi takie gry.. I Life is Strange nawet do pięt nie dorasta.
Postacie i scenariusz nudny jak zeszłoroczny śnieg.
wolff01
Gramowicz
Wczoraj 10:57
- trio bohaterów to jedni z najgorszych, przemądrzałych, niereformowalnych nastolatków jakich widziałem w ostatnich latach (co już samo w sobie jest niesamowitym osiągnięciem na tle konkurencji i tego jak w obecnych czasach pisze się bohaterów - narcyzów). A no tak, a jeden z nich to ćpun i ciepłe kluchy o charyzmie ślimaka (Slater) i dodano go chyba na doczepkę
- bezprzewodowe słuchawki w latach 90-tych
- gra to "wyobrażenie sobie" jak wyglądało życie "zwykłych" nastolatków w latach 90-tych w USA. Projekcja - coś co jest największą plagą scenopisarstwa w obecnych czasach. Ludzie bez życiowych doświadczeń piszą fanfiki jak wyobrażają sobie że coś mogło wyglądać myśląc że ich wizja tego jest tą definitywną wersją - australijskie studio stworzyło grę o życiu na amerykańskich przedmieściach :/
- akceptowanie a nawet chwalenie gier o tak nieistniejącym, niemal na doczepkę dodanym gameplayu z wieloma bugami (mechanizm resetowania) i minimalnym stopniu interakcji to tworzenie niebezpiecznego precedensu. Jakbym chciał obejrzeć film to obejrzę... film.
- fabułę gry można streścić w jednym zdaniu "nastolatki chcą zdobyć alko na imprezę"
- morał gry - bądź nieznośnym, marnującym sobie życie, rozwydrzonym, wiecznie obrażonym nastolatkiem, spal pół okolicznego lasu żeby "pokazać" ojcu że ma być jak ja chce!
- gra-indyk a ciekawe jakie studio indy stać by było na licencje do tylu utworów muzycznych...
Wydaje mi się że ludzie chwalący tę grę mają klapki na oczach, bo przywołuje ona w nich jakieś emocje (bo się wtedy wychowywali, bo wychowali się na tej muzyce czy filmach Johna Hughesa) a resztę dopisują sobie sami...