Uwielbiam studio Milestone, ale przez lata nauczyłem się, aby wszystkie ich huczne zapowiedzi brać z pewnym dystansem. Włosi mają tendencję do wyolbrzymiania pewnych elementów, a także do podejmowania czasem dziwnych decyzji projektowych. Nie inaczej jest w przypadku Ride 6 i choć to naprawdę bardzo dobra gra traktująca o wyścigach motocyklowych, to jednak trudno nie odnieść wrażenia, że pewnie rzeczy dałoby się wykonać lepiej.
Recenzujemy Ride 6
Ride 6 to wyścigi motocykli drogowych, dokładnie takich jakie każdy z nas może kupić w salonie lub na rynku wtórnym. W grze możemy ścigać się jednośladami sportowymi w kilku wersjach: nakedami, baggerami, supermoto, off-roadami, a nawet skuterami co jest fajną nowością. Motocykli jest naprawdę wiele, co zawsze było zaletą serii Ride i nie bez powodu tę grę nazywano motocyklową Forzą lub Gran Turismo. Niestety, nie jest ich tak wiele jakbyśmy tego chcieli. Około 160 motocykli dostajemy na start i jest to wręcz przerażające, ponieważ twórcy przed premierą sugerowali, że finalnie w grze pojawi się 340 maszyn, a to oznacza ponad ponad drugie tyle dostaniemy w DLC! Kilka maszyn można jeszcze wyciągnąć z nagród po wygraniu niektórych wyzwań, a także z salonu z używanymi motocyklami, ale nadal różnica między tym co dostajemy, a tym co będziemy musieli kupić jest porażająca. Przepraszam, ale to już przypomina mi zwykłe wyciąganie kasy od fanów jednośladów. Co więcej, nie wszystkie nowe modele pojawiły się w grze. Brakuje na przykład nowej i robiącej spore wrażenie Yamahy R9, choć podejrzewam, że prędzej czy później takie rarytasy pojawią się w jakiś paczkach z jednośladami. Cieszy za to większa ilość małych pojemności, które świetnie nadają się do krótkich wersji torów. Przyjemnie było przejechać się motocyklem, na którym pierwszy raz w życiu wyjechałem na prawdziwy tor (Kawasaki Ninja 400), był to dla mnie mocne uderzenie nostalgii. Standardowo otrzymaliśmy także ogromne możliwości personalizacji zawodnika, a także solidny edytor do tworzenia malowań motocykli, kasków i naklejek.
Powrót do korzeni
To co bardzo mocno mnie ucieszyło, to zmiana podejścia twórców wobec miejsc w których przyjdzie nam się ścigać. Ride 6 nie jest już tak mocno nastawione na torowe doświadczenie jak piąta odsłona, za to śmielej spogląda w stronę pięknych drogowych tras, które były jednym z najjaśniejszych punktów pierwszej odsłony gry. Oczywiście nadal jest pełno torowych wyzwań, ale zróżnicowanie jest znacznie większe, zwłaszcza, że oprócz malowniczych tras drogowych, w tej odsłonie załoga Milestone dodała miejscówki przeznaczone dla off-roadu. To zasługuje jednak na osobny akapit, więc przejdziemy do tego nieco później. Tak czy inaczej uważam, że jest to miła zmiana, nawet pomimo tego iż jestem absolutnym fanem śmigania po zamkniętych torach wyścigowych. Cieszy także możliwość jazdy w nocy na wszystkich obiektach, co nie zawsze było standardem.
Festiwal pełen iluzji
Na początku wspomniałem, że Milestone lubi podejmować dziwne decyzje projektowe oraz wyolbrzymiać pewne rzeczy i teraz o nich wspomnę. Po pierwsze – festiwal. Zwiastuny sugerowały, że otrzymamy coś w stylu Forzy Horizon. Że będzie zabawa, muzyka i generalnie klimat niekończącej się imprezy. Wiecie gdzie się zaczyna i kończy ten huczny festiwal? Na głównym ekranie. Tam faktycznie widzimy widok sporego terenu, który przypomina festiwal. Jest muzyka, są ludzie, motocykle i wspomniana zabawa, a co dalej? Nic. Odpalamy kolejny wyścigi i ścigamy tak samo jak zawsze. Możemy sobie zwyczajnie zakodować w głowie, że uczestniczymy w tak zwanym Ride Fest, ale gra w poza głównym ekranem i ewentualnie, krótką scenką po zdobyciu podium, w ogóle nam o tym nie przypomina. Szkoda, bo liczyłem tu na coś bardziej rozbudowanego. Mam wrażenie, że studio chciało iść za modą, ale zwyczajnie zabrakło pomysłów na realizację tego w grze z wyścigami na zamkniętych trasach. Ten fragment tyczył się wyolbrzymiania. Teraz przejdźmy do dziwnej decyzji projektowej.
Swoboda z kajdanami
Przed premierą zapowiadano, że w trybie kariery będziemy mieli znacznie więcej swobody i sami będziemy mogli podejmować decyzję w jakich zawodach weźmiemy udział. Przyznaję, faktycznie tak jest. Niestety szybko okazuje się, że ta swoboda i własne decyzje prowadzenia kariery są złudne. Dlaczego? Otóż w Ride 6 musimy zbierać gwiazdki, aby odblokować kolejne kafelki z wyzwaniami. Jeśli odrzucimy jakieś wyścigi, przejedziemy tylko te, które nas interesowały i nawet tym samym ukończymy jakiś kafelek, to okaże się, że brakuje nam gwiazdek, aby przejść dalej. Co to oznacza? Oczywiście znaczy to tyle, że i tak musimy wrócić do wyścigów, które odrzuciliśmy, ponieważ trzeba grindować gwiazdki. Tak więc niby swoboda jest, a i tak trzeba robić większość tego czego być może nie chcieliśmy, aby odblokować więcej zawodów. Przyznajcie, że coś tu poszło nie tak. Przy okazji polecam zrobić tutoriale z Riding School, ponieważ można za ich wykonanie zgarnąć fajne nagrody.
Początkujący poczują się zaopiekowani
W grze dostępne są dwa poziomy realizmu – Arcade oraz Pro. Ten pierwszy posiada szereg ułatwień, które mają pomóc początkującym wejść w trudny świat jazdy wirtualnym motocyklem. Wersja Pro to jazda bez trzymanki i jakichkolwiek pomocy (chyba że sami sobie jakieś dodamy). Jako, że trudno mi sobie już dzisiaj wyobrazić, czy tryb Arcade faktycznie może pomóc mniej zaawansowanym graczom, poprosiłem o sprawdzenie go mojemu redakcyjnemu koledze Adamowi. Harpen zapewnił mnie, że tryb zdaje egzamin i faktycznie ułatwiał mu prowadzenie motocykla. Wierzę mu na słowo, bowiem mnie taki tryb ogranicza i blokuje wiele akcji, które mógłbym wykonać, aby pojechać szybciej. Mimo wszystko, dla kogoś kto nie miał z takimi grami zbyt wiele styczności, taki tryb może być zbawienny. Więcej o jeździe w trybie Pro będzie nieco dalej.
Znowu ta sztuczna inteligencja...
Grając z botami, zauważyłem, że zaskakująco wielu naszych przeciwników to kobiety. Spokojnie, nie mam nic do kobiet, fajnie, że jest ich więcej, zwłaszcza, że nawet w naszym kraju świetnie rozwijają się choćby Patrycja Sowa i Karolina Danak. Zmierzam tylko do tego, że miłym akcentem jest to, iż jedną z rywalek AI jest polska motocyklistka. Co prawda ma dziwaczne imię Thea, ale za to nazwisko tak polskie jak się tylko dało – Nowak. To w sumie nie ma znaczenia, ale rzadko kiedy w takich grach są boty-rodacy więc zwyczajnie wywołało to u mnie małą radość. Generalnie AI na wyższym poziomie radzi sobie sprawnie w walce z graczem, nie miałem z nimi problemów, ale za to standardowo – co jest niemal znakiem rozpoznawczym Milestone’u – sztuczna inteligencja ma kosmiczne tempo w kwalifikacjach, by za moment w wyścigu dać nam się objechać z palcem w nosie. To sprawiało, że jak się tylko dało to olewałem czasówki i startowałem z ostatniego pola, wiedząc że zabawa w kwalifikacje nie ma zwyczajnie sensu. W tym miejscu mogę też pochwalić bossów w postaci legendarnych prawdziwych zawodników. Ci mają znacznie lepsze tempo aniżeli zwykłe boty i pokonanie ich potrafi być sporym wyzwaniem. W walce z tuzami wyścigów nie ma miejsca na błędy i trzeba wykazać się sprytem, dobrą linią przejazdu oraz stale wysoką prędkością. Naturalnie na wyższym poziomie trudności, tak od 80-90 procent w górę. Na łatwym zdążymy zrobić sobie kanapki, zanim boty dojadą do połowy okrążenia.
Ride zakopuje się w błocie...
W kwestii samej jazdy… Tutaj kluczowym jest podzielenie gry na dwie części: asfalt i off-road, przy czym zacznę od tej gorszej… Nowością w serii Ride jest jazda motocyklami turystycznymi, skuterami lub supermoto po piachu, błocie i żwirze. Było to intrygujące, a biorąc pod uwagę, że studio Milestone nieźle radziło sobie z MXGP oraz Monster Energy Supercross, miałem pewne powody, aby myśleć, że to się może udać. Niestety za wiele dobrego o tego typu wyścigach nie mogę powiedzieć. Na żywo jeździłem choćby crossem po lasach, kamieniołomach i innych dziwnych miejscach, więc wiem, ze pod kołami takiego motocykla dzieje się bardzo wiele. One nieustannie pracują i ślizgają się na kamyczkach czy innych nierównościach. W Ride 6 motocykle jadą po off-roadowej nawierzchni niesamowicie gładko, niemal jak po lodzie i bardzo statycznie. Motocykl zdaje się być przyklejony jak do szyn, nie rzuca nim, ani nie wpada w żadne choćby drobne wibracje. Trochę rzuca tyłem jeśli zmniejszycie kontrolę trakcji do poziomu 3 z 5, ale w wyścigi, które powinny nas wytargać i wymęczyć, w rzeczywistości okazały się być niesamowicie nudne i banalne w rozgrywce. Nie do końca rozumiem co tutaj poszło nie tak. Już w MXGP 2021 wyglądało to całkiem nieźle, aż tu nagle dostaliśmy sunięcie po gładkim lodzie. Off-road mnie rozczarował i był przykrym “odbębnieniem” wyzwania w celu zdobycia gwiazdek.
...za to na asfalcie rozwija skrzydła
Nie rozczarowała mnie za to jazda po asfalcie, a nawet pozytywnie zaskoczyła. Znacząco poprawiono pracę zawodnika na motocyklu. Jego ruchy ciałem stały się bardziej naturalne, co fajnie przełożyło się na kilka aspektów prowadzenia motocykla, jak choćby trzymanie linii w długich łukach lub szybka zmiana kierunku w szykanach. Teraz jeździ się znacznie sprawniej i płynniej. Do tego motocykle w Ride 6 w końcu hamują, czego nie można było powiedzieć o tych w piątej odsłonie. W kwestii samej fizyki, warto odnotować takie drobne smaczki jak choćby działanie sprzęgła antyhoppingowego w nowszych maszynach oraz jego brak w starszych motocyklach. Warto więc poznać jednoślad, którym się ścigamy, bowiem trzeba będzie dostosować pod niego metodę zmiany biegów. Brak takiego sprzęgła sprawi, że zbyt szybka i nagła redukcja zrobi z naszego motocykla byka na rodeo. Praca tylnym hamulcem także daje większe możliwości i znacznie łatwiej było mi wprowadzić motocykl bokiem do zakrętu, aniżeli w Ride 5. Generalnie gra pozwala graczowi zyskać większą płynność i flow jazdy, jeśli tylko ten odpowiednio wykorzysta możliwości fizyki oraz swój skill.
Takich nowości nam potrzeba
Na osobny akapit zasługują także nowe wyścigi z udziałem baggerów. Widziałem te zmagania w sieci i samo patrzenie na ścigające się kloce z kuframi robi już ogromne wrażenie, ale jazda tymi “wariatami” w Ride 6 to po prostu inny poziom doznań. Motocykle faktycznie są masywne i dość trudne w prowadzeniu. Bardzo dużo się ślizgają i łatwo je zdestabilizować, a to przekłada się na niesamowite i zarazem bardzo przyjemne wyzwanie. Jazda baggerami po prostu daje fun i jest genialną odskocznią od zasuwania klasycznymi “szlifierkami”. Gorąco polecam się nimi pobawić, zwłaszcza po wyłączeniu wszystkich asyst – powodzenia.
Epicki wyścig w skromnym gronie
W Ride 6 są także wyścigi endurance, czyli zawody długodystansowe, ale tutaj niewiele się zmieniło. Właściwie to boli mnie tylko, że ściga się zaledwie w dwunastu zawodników, wliczając w to gracza. Tak tylko przypomnę, że w ubiegłym sezonie Endurance World Championship startowało ponad 40 zespołów, a każdy z nich miał trzech motocyklistów. Oczywiście w danej chwili na torze może być tylko jeden z nich, wszak zespół dysponuje jednym motocyklem na wszystkich, ale to nadal ponad 40 uczestników. Wiem, że Ride 6 to nie jest gra na licencji EWC, ale gdyby w tym trybie dodano jeszcze kilka botów, żeby chociaż było ich dwudziestu, to już wyglądałoby to znacznie lepiej. Oznajmiam jednak, ze to już moje czepialstwo – tryb endurance jest fajnie zrealizowany, a wyścigi z udziałem taktycznych zagrywek i zarządzania paliwem oraz oponami, potrafią dodać dreszczyku emocji.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!