Nostalgia w cenie - recenzja Pokémon FireRed/LeafGreen [SWITCH]

Jakub Zagalski
2026/03/15 09:00
2
1

30 lat minęło jak jeden dzień – podśpiewują sobie fani Pokemonów pamiętający początki serii, którzy mogą teraz wrócić do korzeni. Tylko czy warto?

Nostalgia w cenie - recenzja Pokémon FireRed/LeafGreen [SWITCH]

Kiedy równo 30 lat temu Japończycy zaczęli szaleć na punkcie kieszonkowych potworów żyjących na monochromatycznym ekraniku GameBoya, większość zachodnich graczy nie miała pojęcia o nowym fenomenie. Pokemony dotarły bowiem w inne regiony świata dopiero w latach 1998-1999. I nie da się ukryć, że u nas też zrobiły furorę. Sam załapałem się na tę pierwszą falę fascynacji konsolowymi Pokemonami (z analogową karcianką jakoś nigdy nie było mi po drodze) i do dziś mam mnóstwo ciepłych wspomnień związanych z graniem w Pokemon Yellow na nowiutkim wówczas GameBoyu Colorze w kolorze Kiwi.

Gwoli przypomnienia/wyjaśnienia - w 1996 roku Japończycy zagrywali się w Pokemon Red i Green, zaś na zachód w pierwszej kolejności dotarły wersje Red i Blue. Te same gry, ale z nieco inną listą występujących pokemonów, więc jeśli chciało się zebrać cały katalog (150 różnych gatunków), to trzeba było mieć obie wersje, albo wymieniać się z kolegami przez kabel. Osiem lat po japońskim debiucie Pokemonów, kiedy rynkiem konsol przenośnych rządził GameBoy Advance, pojawiły się gry Pokemon LeafGreen i FireRed. Czyli ulepszone graficznie, nieco rozbudowane mechanicznie i zawierające garść nowych stworków do złapania remake’i oryginalnych gier z pierwszego GameBoya. Przeskakujemy do 2026 roku i oto mamy powrót Pokemonów LeafGreen i FireRed, które tym razem mają okazję zawojować konsole Nintendo Switch/Switch 2 dzięki nowym wydaniom na eShopie.

Pokémon FireRed Version/LeafGreen Version to nie kolejne remake’i, ani nawet remastery, a jedynie porty gier z 2004 roku. Co to oznacza w praktyce? Że jeśli wasza przygoda z konsolowymi Pokemonami zaczęła się 20+ lat temu, to jest duża szansa, że odpalając Switcha, zaleje was fala nostalgii i nie jedna łza zakręci się w oku. Powrót do Kanto może być naprawdę wzruszający dla dzieciaków z przełomu wieków, którzy nałogowo biegali do kiosku po paluszki do GameBoya, wymieniali się pokemonami lub toczyli walki z kolegą po kablu itd. Pokémon FireRed Version/LeafGreen Version na Switchu to prawdziwy powrót do przeszłości, bo gra się jak za dawnych lat. Bez współczesnych usprawnień i dodatków, z przyjemnymi dla oka pikselami i chiptune’owymi dźwiękami, na których wychowało się całe pokolenie.

Jako że mamy do czynienia z portami, a nie remasterami, nie ma tu praktycznie żadnych nowych treści. Największą zmianą w stosunku do oryginału jest możliwość skorzystania z biletów (Mystic i Aurora Tickets), które pozwalają się dostać na wyspy z wyjątkowymi pokemonami do złapania (Lugia, Ho-oh, Deoxys). Ponad 20 lat temu dało się to zrobić wyłącznie uczestnicząc w specjalnych eventach, co siłą rzeczy było zarezerwowane dla nielicznych. Teraz wystarczy pokonać Elite Four, wkroczyć do Hall of Fame i oba bilety wpadają nam do torby. Okazując je w porcie w Vermilion City, możemy popłynąć na Navel Rock i Birth Island, gdzie czekają na nas wspomniane legendy.

GramTV przedstawia:

Inną zapowiedzianą na przyszłość nowością jest kompatybilność switchowych wersji LeafGreen/FireRed z aplikacją Pokemon Home, która pozwala m.in. przenosić stworki między różnymi grami (generacjami) Pokemon. Jednocześnie nie uświadczymy tu żadnego trybu online. Porty gier z 2004 roku posiadają klasyczną funkcję spotykania się z żywymi graczami w wirtualnym świecie za pomocą bezprzewodowego łącza, ale wyłącznie w trybie lokalnym. Niby spoko, gry są wierne oryginałom nawet w tym aspekcie, ale mam mieszane uczucia, czy tak to powinno wyglądać.

Komu to potrzebne?

Próbując oceniać Pokémon FireRed/LeafGreen w wersji Switch chłodnym okiem, spychając na bok całą nostalgię, jestem skonfudowany jak po ataku Mewtwo. Bo niby fajnie, że mamy prawdziwy powrót do przeszłości i purystom niczego nie będzie tu brakowało. Ale z drugiej strony sposób wydania i dystrybucji obu gier może budzić zrozumiałe obiekcje. Za FireRed i LeafGreen trzeba zapłacić oddzielnie 89,80 złotych/sztukę, co może nie jest majątkiem, ale z tego samego eShopu możemy sobie ściągnąć za darmo (przy opłaconym abonamencie NSO) aplikację/emulator GameBoy Advance. I to właśnie w takim miejscu spodziewałbym się obecności takich gier podanych niemal w niezmienionej formie.

Musicie więc sobie zadać pytanie, na ile wyceniacie swoje wspomnienia związane z przeżywaniem przygód w Pokemonach na GameBoyu. Dziewięć dych za wygodne granie w ulubiony tytuł to niewiele w porównaniu z ceną oryginalnego kartridża. Z drugiej strony przeglądając switchowy eShop łatwo odnieść wrażenie, że Nintendo robi klasyczny skok na kasę, bo obok na “półce” leży darmowy GameBoy Advance z pokaźną kolekcją hitów w pakiecie. Jeżeli świętujecie 30-lecie serii, zrobienie sobie prezentu w postaci Pokémon FireRed Version/LeafGreen Version na Switcha wydaje się całkiem sensowne. Ja, mimo całej miłości do gameboyowych oryginałów, wolałbym jednak lekko zmodernizowane remastery, zawierające chociażby tryby online. Ale jak się nie ma, co się lubi...

7,0
Gry ponadczasowe, ale wydanie kontrowersyjne
Plusy
  • Dwa wielkie hity w klasycznym wydaniu
  • Znowu chcę złapać je wszystkie
  • Prawdziwa gratka (głównie) dla starych pokefanów
  • Nie trzeba odkurzać GBA i wydawać krocie na oryginalne kartridże
Minusy
  • Mimo wszystko cena - inne gry z GBA są "za darmo"
  • Multiplayer tylko lokalnie
Komentarze
2
MisticGohan_MODED
Gramowicz
Dzisiaj 13:41

Tak, zdecydowanie stare Pokemony sprzed ery Switcha (wyłączając Let's go Pikachu/Eeevee) są znacznie przyjemniejsze w grze.

Próbowałem pograć w Shielda bo niby jeszcze w starej formule ale wynurzyło mnie po niecałej godzinie xp

Tidek
Gramowicz
Dzisiaj 10:54

Jak mam być szczery, to wolę te 90zl niż być związany kolejnym abo. 

Człowiek i tak nie ma już tyle czasu by ograć te wszystkie rzeczy w abonamencie, więc lepiej kupić raz i będzie dostępne w każdej chwili.