Hamnet - recenzja filmu. Żałoba instant

Jakub Piwoński
2026/01/25 09:00
0
0

Gdy odbierająca nagrodę za występ w filmie Jessie Buckley wspomniała o polskiej zupie jedzonej na planie, od razu pomyślałem, czy ta sielska anegdota ma jakikolwiek związek z nastrojem panującym w Hamnecie. Jego narracja przecież aż wrze od tragedii.

Nie namówicie mnie na wskazanie następnego filmowego kierunku Chloe Zhao. Artystka jest bowiem wszechstronna. Raz potrafi zaprosić nas do campera w Nomadland, innym razem bardziej interesują ją superbohaterowie Marvela w Eternals. Pomiędzy kolejnymi projektami potrafi nawet nakręcić trailer do Diablo 4 (to fakt!). Gdy efektami się odpowiednio nasyci, wraca jednak do swego ulubionego minimalizmu. Hamnet to kolejny, bardzo przyziemny film w jej dorobku.

Chciałem zacząć dosadnie, fragmentem z Hamleta, chcąc ustawić ton tego tekstu na dość podniosły — bo i film tyczy się spraw ostatecznych, a powiązania z literackim klasykiem są ewidentne. Ale jakoś emocje z filmu nie utrzymały się we mnie do momentu zetknięcia z klawiaturą. Dostrzegam w tym zresztą jeden z problemów Hamneta. To film, który umiejętnie zwodzi. Odważę się nawet zarzucić mu nieszczerość. Niby przenosimy się do szesnastowiecznej Anglii, otrzymując minimalistyczny dramat, bliski swoim postaciom i ich wrażliwości, ale Hamnet tylko udaje europejskie kino, bo do cna przesiąknięty jest amerykańskością.

Hamnet
Hamnet

Cierpienie młodego Szekspira

Film przedstawia historię Williama Szekspira (co warto podkreślić — opartą na powieści). Słynny dramaturg sam staje się ofiarą tragedii, co w znaczący sposób wpływa na jego sztukę. Zanim to jednak nastąpi, mamy do czynienia z obrazem miłości. William poznaje Agnes, lokalną zielarkę, i od razu się w niej zakochuje. Rodzą się dzieci — najpierw jedno, potem bliźnięta. Męża zaczyna brakować w domu. William często wyjeżdża do Londynu, gdzie ma teatralny kontrakt. Nie ma go jednak wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny. W Agnes narasta frustracja, tym bardziej że życie jej nie rozpieszcza. Gdy u jednego z dzieci pojawia się choroba, William zjawia się, ale jest już za późno.

Paul Mescal, znany z Gladiatora, najwyraźniej dobrze poczuł się w kinie kostiumowym. Nie przekonał jednak Akademii do swojego występu, bo ta pominęła go przy nominacjach do Oscara. Tak naprawdę okradła go z nich już sama reżyserka, Chloe Zhao. Jeden z zarzutów, jaki kieruję pod jej adresem, dotyczy tego, że niejako odebrała jego bohaterowi prawo do żałoby. Czasem mam nawet wrażenie, że tytuł filmu powinien brzmieć On jest temu winien, bo niemal z każdego kadru — autorstwa polskiego operatora Łukasza Żala, co warto dodać — wybrzmiewa sugestia, jakby William naciągał temat i kompletnie nie interesował się rodziną. To partnerująca Mescalowi Jessie Buckley znajduje się w centrum tej historii. Będzie to dla niej najpewniej rola przełomowa, choć wielu widzów pamięta ją już z wcześniejszych, charakterystycznych kreacji, jak Może pora z tym skończyć czy Córka.

Hamnet
Hamnet

Ból kobiecości

Córka to zresztą dobry punkt odniesienia w karierze Buckley. Przypomnijmy krótko: jej postać ucieka tam od bycia matką, zostawia męża i dzieci, wybierając karierę oraz romans — i w związku z tym przeżywa dramat. W Hamnecie Buckley gra bierną, wyczekującą męża kobietę, rodzicielkę i opiekunkę domu, z czym zaprawiona zielarka wyraźnie się nie godzi. Nie mogę powiedzieć, że aktorka nie wykonała dobrej pracy. Sceny bólu, który rozdziera ciało i serce jej postaci, biją emocjami i wywołują dreszcz. Jest to jednak bohaterka według mnie mało zniuansowana, jednowymiarowa. Nie dlatego, że zmienia się w niewłaściwym kierunku. Jeśli to na niej miała spoczywać cała historia — a Hamnet wydaje się mieć wydźwięk feministyczny — reżyserka zapomniała o wiarygodnym ukazaniu jej przemiany. Wszystko dzieje się w finale trochę jak za pstryknięciem palców, nieco pod wpływem magii sztuki, ale chyba jeszcze bardziej pod wpływem magii hollywoodzkiego happy endu, który zamiata pod dywan wcześniejsze bolączki bohaterki.

Nieco ciekawiej robi się po męskiej stronie tej historii i szkoda, że Chloe Zhao nie pociągnęła tych wątków, by nadać opowieści więcej równowagi. Dostrzegłem bowiem w Hamnecie historię o utraconej męskości. Nie tylko dlatego, że to nie film o Szekspirze, lecz o jego żonie, ale także dlatego, że gdy już jest o Szekspirze, jego figura staje się pretekstem do rozważań o modelu męskości, który przeszedł ewolucję. Jest taka scena, w której wyraźnie pogrążony w myślach Szekspir nie potrafi skupić się na zadaniu zleconym przez ojca, co prowadzi do rękoczynów. Bohater przeciwstawia się wówczas swojemu żywicielowi, mając dość nie tylko takiego traktowania, ale i zawężonego sposobu postrzegania męskości. On miał wrażliwość — i to z niej chciał ukuć swój miecz.

Hamnet
Hamnet

On jest temu winny

Już w pierwszym akcie szekspirowskiego Hamleta dowiadujemy się, że żałoba, jaką w sercu nosi bohater, jest w oczach króla, jego ojczyma, czymś, co mu nie przystoi. Mam w sobie coś, co przewyższa pozory; a to są tylko zewnętrzne oznaki żałoby — słowa te wydają się niegodne mężczyzny. Król zdaje się krytykować Hamleta za to, że kierując się sercem, opłakuje ojca i ulega żałobie. Według niego nie ma w takiej postawie nic racjonalnego — a to rozsądek powinien być cechą nadrzędną mężczyzny. Bohater Hamleta widzi to jednak inaczej, podobnie jak bohater Hamneta. Przy tej okazji warto wyjaśnić, że oba imiona w szesnastym wieku traktowano jako warianty tego samego imienia. I tu dochodzimy do trzeciego znaczenia utraconej męskości.

GramTV przedstawia:

Hamnet to historia o stracie syna. Domniemywa się, że na skutek żalu po śmierci Hamneta Szekspir napisał swój słynny dramat. Daty się niby zgadzają, choć żadna ówczesna wzmianka tego nie potwierdza. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo motyw ten wykorzystano do budowy historii i jej przesłania w sposób wyborny. W innej, silnie symbolicznej scenie, gdy bohater Paula Mescala trzyma nowonarodzone dziecko w lesie, zagląda w pewnym momencie do otchłani nieopodal ciemnej pieczary. Jak mawiał Fryderyk Nietzsche — gdy patrzysz w otchłań, ona wkrótce patrzy w ciebie. Dla Szekspira staje się to prorocze, a Zhao w ten sposób sugeruje tragedię, która miała nadejść. Tragedię będącą źródłem inspiracji.

Hamnet
Hamnet

Utracona męskość

Przeskoczę od razu do kulminacji, bo to ona jest tu kluczowa i to w niej dostrzegam nieszczerość, o której wspominałem na początku. Cały dramat układa się bowiem tak, że strata staje się jednocześnie początkiem czegoś wielkiego. Bez tej konkretnej śmierci nie narodziłaby się ta konkretna sztuka. Szekspir — a właściwie Zhao — przytacza nawet mit o Orfeuszu, już na wstępie ustawiając przesłanie tej historii. Nietrudno się więc domyślić, że któryś z bohaterów, niczym Orfeusz, ulegnie pokusie i się odwróci, skazując Eurydykę na zapomnienie. Tak też się dzieje. Sztuka pozwala bohaterom wyzwolić się z żałoby, choć nie zmienia faktu, że strata nastąpiła. Problem polega na tym, jak łatwo i jak szybko film przypisuje jej tę sprawczą moc — jakby sam akt stworzenia dzieła wystarczał, by uporządkować to, co wcześniej było nie do uniesienia.

I teraz rzecz najważniejsza. Metody obrane do wyzwolenia w nas tych emocji przywodzą na myśl dobrą praktykę kina art house’owego — są minimalistyczne, ale jednocześnie mało subtelne. Film momentami brzmi jak Antychryst Larsa von Triera (czy ktoś jeszcze zwrócił uwagę na to drzewo?), bo mocno godzi w kobiecą godność, by za chwilę spłaszczyć ten temat i nadać mu zgrabną etykietę, bliższą dzisiejszym niepokojom społecznym niż wiarygodności epoki. Wybrzmiewający z treści frazes „on wyjechał z domu, a ona została i się poświęciła” nie oddaje złożoności tej sytuacji. Jeśli dodamy do tego fakt, że główny motyw muzyczny pojawia się zawsze wtedy, gdy powinniśmy się wzruszyć, jeszcze mocniej podkreśla to wrażenie, że chińska reżyserka chce rzeźbić w drewnie, a chwyta za plastik.

Hamnet
Hamnet

Sztuka łagodzi obyczaje

I właśnie w tym sensie Hamnet przestaje być filmem o żałobie, a staje się filmem o tym, jak żałoba powinna wyglądać na ekranie. Michał Oleszczyk wspomniał, że momentami wygląda to tak, jakby twórczyni zamiast wywoływać wzruszenie, podtykała nam cebulę pod oczy. Brutalne stwierdzenie — zwłaszcza wobec filmu, który sam broni się smutną tematyką — ale jednak trafne. Oczywiście można wejść w ten film gładko i skupić się na tym, że to historia o tym, jak praca i życie wchodzą sobie w drogę, że dom to nieustanny konflikt ambicji, że oni naprawdę się kochali mimo straty — i oczywiście będzie to uprawnione. Dla mnie są to jednak komunały.

Cieszę się jednak, bo chyba dzięki Hamnetowi w końcu zrozumiałem Hamleta. W trzecim akcie dramatu padają mniej znane od słynnego „być albo nie być” słowa, że „sumienie czyni z nas tchórzy”. W czym rzecz? W tym, że świadomość śmierci — tego „nieodkrytego kraju” — paraliżuje wolę, skłania do uległości wobec złego świata, do znoszenia niesprawiedliwości. W tym sensie lęk przed śmiercią jest mechanizmem kontroli: sprawia, że godzimy się na życie „jakie jest”, a nawet potrafimy dostrzec w nim sens. To właśnie wiedza o końcu sprawia, że jesteśmy w stanie wydobyć z siebie więcej. To niepewność tego, co „po”, nadaje wagę decyzjom i chroni życie przed mechanicznym trwaniem.

Tragedia Hamleta — i Hamneta zarazem — to paradoks: to, co nas unieruchamia, jednocześnie nadaje formę naszemu człowieczeństwu. To właśnie dostrzega bohaterka w ostatnich momentach filmu, jakkolwiek mało błyskotliwie zostaje to rozegrane. Wątek ten można wydobyć dopiero przy dużym zaangażowaniu w historię, bo pływając po jej powierzchni, docierają do nas jedynie sprzeczne emocje. I być może właśnie dlatego Hamnet bardziej pomaga zrozumieć Hamleta niż samego siebie.

6,5
Ten film trochę poruszył, trochę podrażnił, ale jego temat na szczęście jest większy niż jego realizacja
Plusy
  • Film imponuje wizualną konsekwencją i dbałością o nastrój
  • Aktorstwo Jessie Buckley przyciąga uwagę nawet tam, gdzie scenariusz idzie na skróty
  • Tematyka, ukryte znaczenia, o wiele większe, od samego filmu
Minusy
  • Przemiana bohaterki następuje zbyt nagle, jakby wymagała jedynie jednego symbolicznego gestu
  • Sztuka zostaje potraktowana jako zbyt łatwe i natychmiastowe remedium na cierpienie
  • Film częściej pokazuje, jak żałoba powinna wyglądać, niż pozwala jej naprawdę wybrzmieć
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!