Pierwszy od siedmiu lat film z Gwiezdnych wojen zadebiutował w kinach. Oceniamy, czy było warto tyle czekać.
Połowa sezonu
Po zakończeniu trylogii sequeli Gwiezdne wojny stanęły na rozdrożu i pomimo ambitnych planów na kolejne filmy, studio dowodzone przez Kathleen Kennedy nie potrafiło żadnego z nich zrealizować. Skupiono się więc na serialach i pompowaniu kontentem Disney+, co również wyszło z mieszanym skutkiem. Wszystko to spowodowało, że dzisiaj marka Gwiezdnych wojen nie jest tak silna jak kiedyś, dlatego kuriozalnym wyborem wydaje się powrót serii po tylu latach do kin produkcją, która w założeniach miała być czwartym sezonem serialu. Tym bardziej, gdy poprzedni sezon zadebiutował na streamingu ponad trzy lata temu, a dodatkowo nie był zbyt udany i szeroko krytykowany nawet przez największych fanów przygód Din Djarina. Tym samym Mandalorian i Grogu z góry skazywany był na porażkę, jako projekt, który nie ma prawa istnieć w obecnej formie i zdobyć Gwiezdnym wojnom nowych widzów, a co za tym idzie, przywrócić miłość do serii starym wyjadaczom. Zgodnie z przewidywaniami był to strzał w stopę i na prawdziwy nowy film z Gwiezdnych wojen trzeba będzie poczekać przynajmniej do przyszłego roku. Nowe, tym razem kinowe przygody Mandalorianina i Grogu rozczarowują, choć trzeba przyznać, że niektóre wątki mogłyby świetnie sprawdzić się w kolejnym sezonie serialu.
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu
Din Djarin (Pedro Pascal) i towarzyszący mu Grogu pracują dla Nowej Republiki, zbierając zlecenia od Pułkownik Ward (Sigourney Weaver), najczęściej polegające na złapaniu byłej imperialnej szychy, aby nie dopuścić do odrodzenia się potęgi, którą przed laty władał Palpatine. Ich następnym celem jest tajemniczy Lord Coin, który staje się ogromnym zagrożeniem dla Nowej Republiki. Mandalorianin i jego uczeń udają się do planety Huttów, aby spotkać się z Bliźniakami. Otrzymuje zadanie odnalezienia Rotty, jedynego syna Jabby Hutta, który znajduje się na odległej planecie, z dala od jurysdykcji sił Republiki. Okazuje się, że Rotta (Jeremy Allen White) wcale nie został porwany, a obecnie spłaca dług dla Lorda Janu (Jonny Coyne), właściciela areny. Din musi przekonać Rottę, aby wrócił z nim do jego krewnych, spodziewając się, że inaczej może zostać zabity przez Lorda Janu. Niedługo później wychodzi na jaw szokująca prawda o drugim z celów, który ścigany jest przez Mandalorianina. Bohaterowie wpadają w zasadzkę, a ich tropem podąża inny łowca nagród, który nie chce dopuścić do wykonania ich misji.
Trzeba od razu postawić sprawę jasno – Mandalorian i Grogu nie powinien być filmem. Już sama konstrukcja fabuły zdradza, że Dave Filoni i Jon Favreau planowali wykorzystać te pomysły w czwartym sezonie serialu, który został anulowany, a może nawet bardziej zawieszony, w momencie rozpoczęcia prac nad filmem. Nie dość, że produkcja jest bezpośrednią kontynuacją serialu, więc widzowie wybierając się do kina muszą mieć świadomość, że przynajmniej podstawowa wiedza z produkcji Disney+ jest wymagana, to dodatkowo od samego początku do końca czuć epizodyczność tej historii. Twórcy starają się stworzyć z tego w miarę spójną fabułę i jak udaje im się to jeszcze w pierwszej, tej lepszej połowie, tak zupełnie polegli w dalszej części, która objawia swój serialowy rodowód i nic nie jest w stanie zamaskować, że to skrócony czwarty sezon w przebraniu filmu. Tym samym na Mandalorian i Grogu można byłoby spojrzeć łaskawszym okiem, gdyby był to kolejny sezon serialu, ale że mamy do czynienia z pierwszym od siedmiu lat kinowym filmem, nie ma mowy o żadnej taryfie ulgowej. Abstrahując już od samego filmu i jego jakości, to Disney z Lucasfilm popełnili błąd i powinni pozwolić najpierw zadebiutować innej, samodzielnej produkcji z Gwiezdnych wojen w kinach po tak długiej przerwie, a nie tworowi, który filmem nigdy nie powinien się stać.
Trwający nieco ponad dwie godziny Mandalorian i Grogu jest więc w zasadzie skondensowaną, czteroodcinkową historią, która zresztą ma wyraźnie zarysowane podziały na epizody. Pierwsze dwa, które dotyczą wątku Rotty i poszukiwań Lorda Coina, można zaliczyć do udanych. W Gwiezdnych wojnach od zawsze pociągało mnie odkrywanie nowego, więc dobrze było zobaczyć pewne znajome motywy, ale w świeżym anturażu, żeby tylko wspomnieć o planecie Shakari, która wygląda jak cyberpunkowe Gotham, czy też planecie Nal Hutta, niemal dzikiej i nieokiełznanej dżungli, pośrodku której stoi znajomy pałac, a wokół kręcą się byłe droidy Separatystów, co dodatkowo pozwala spojrzeć na całość z nutką nostalgii. Chociaż Mandalorian i Grogu zawodzi na całej linii pod względem historii, to nie brakuje tu elementów ciekawych, a nawet zachwycających. Ale właśnie, niemal wszystko co najlepsze otrzymujemy w pierwszej połowie, zaś druga to zlepek fillerów i pośpiesznego kończenia wątków, z obowiązkowo zbyt rozdmuchanym i widowiskowym finałem. Wygląda to tak, jakby ktoś sobie przypomniał, że kręcą film, a nie kolejny odcinek serialu i trzeba całość zakończyć z odpowiednią pompą, godną kinowej produkcji z Gwiezdnych wojen.
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu
Cierpi na tym warstwa emocjonalna, której po prostu brak. Doskonale wiemy, że dwójka głównych bohaterów zginąć nie może, więc ich kolejne problemy stają się błahe, a co gorsza przewidywalne. Szczególnie doskwiera to w scenach akcji, które może i wyglądają nie najgorzej, szczególnie przy pojedynkach wręcz, ale strzelaniny pozostawiają już sporo do życzenia. Mandalorian jest wprawnym strzelcem, a jego zbroja z beskaru chroni go od postrzału, ale i tak zbyt łatwo radzi sobie nawet z całym oddziałem przeciwników. Traci na tym nie tylko dynamika starć, ale również brakuje tu jakiegokolwiek napięcia. Sceny akcji to ogromne rozczarowanie, a przy takiej skali blockbusterze jest ich całkiem sporo.
Ratunek w muzyce
Kiepsko wypadają również te sceny, które mają zbudować emocje poprzez wzruszenie. W drugiej połowie otrzymujemy cały długi segment, który poświęcony jest głównie Grogum a którego długość mniej więcej odpowiada jednemu odcinkowi serialu. Mały zielony Jedi ma niewiele do roboty w pierwszej części i robi wyłącznie za śmieszną maskotkę, którą trzeba ratować z tarapatów. Fani „Baby Yody” doczekają się dla niego wielkiego momentu, który niestety obnaża problemy filmu. Wątek Grogu sprawdziłby się lepiej jako specjalny, krótkometrażowy film na Disney+, coś w tylu ostatniego Punishera w uniwersum Marvela, ale nie jako część kinowej produkcji i większej fabuły. Znacznie spowalnia to tempo i zasadzie niewiele wnosi do całości.
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu
GramTV przedstawia:
I tu dochodzimy do kolejnego sporego problemu Mandalorian i Grogu, czyli zachowania statusu quo. Gdyby ten film nie powstał, kompletnie nic by to nie zmieniło dla Gwiezdnych wojen. Nie chodzi nawet o jakiś szerszy kontekst budowy tego uniwersum, ale wspólne przygody Din Djarina i Grogu nie zmieniają nic w ich relacji. Jest dokładnie taka sama, jak była przedtem i jedynie pewne użycie Mocy zielonego stworka może zwiastować, że w przyszłości stanie się nowym Yodą, ale to również wiedzieliśmy już w zasadzie na poziomie pierwszego sezonu. Zmarnowano także potencjał drzemiący w Rottcie, którego motyw zdobycia szacunku w inny sposób, niż jego ojciec, zasługuje na jakiekolwiek rozwinięcie. Niestety Dave Filoni i Jon Favreau wolą tracić czas na zupełnie niepotrzebne sceny, głównie komediowe, zamiast jakkolwiek rozwinąć swoich bohaterów. Rotta mógłby być genialną postacią, która imponowałaby nie tylko swoją ogromną siłą, ale również charyzmą i kontrastem do Jabby. Niestety tego w tym filmie nie uświadczymy.
Pod względem wizualnym Mandalorian i Grogu trzymają poziom. Serial początkowo potrafił zachwycić swoją kinową jakością, więc ciężko spodziewać się, że film będzie jakoś od tego odbiegać. Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, ale nawet w tej materii jest się do czego przyczepić. Chociażby do projektów potworów, głównie tych na arenie w Shakari, które nie dość, że wyglądają okropnie brzydko, to też niektóre nie pasują do klimatu Gwiezdnych wojen. Powstaje również spory dysonans między kukiełkami z praktycznymi efektami, a Rottą, czy Zebem stworzonymi w pełnym CGI. Gdy te pierwsze są lekko ociężałe i nieporadne, tak te drugie nie prezentują sobą aż takie jakości, aby zakryć pewną sztuczność i brak charakteru. Gdy w przypadku Rotty jeszcze jestem w stanie zrozumieć decyzję o w pełni komputerowej postaci, tak w Zebba mógłby wcielić się aktor, mający na sobie kostium postaci.
Jeżeli coś w Mandalorian i Grogu wyszło bez żadnych zarzutów, to doskonała ścieżka dźwiękowa Ludwiga Göranssona. Autor muzyki do serialu powraca z wieloma nowymi kompozycjami, które sprawiają, że odbiór niektórych scen jest po prostu lepszy. Wystarczy posłuchać motywu z Shakari, który perfekcyjnie buduje cyberpunkowy klimat nocnego miasta. Co istotne, Göransson nie powiela tu motywów znanych ze streamingowej produkcji i nawet główny motyw muzyczny zyskuje nieco inne brzmienie. To kawał świetnego soundtracku, dzięki któremu można poczuć klimat Star Wars.
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu nie jest chwalebnym powrotem serii po siedmiu latach do kin. Już sam pomysł kontynuowania serialu filmem był nietrafiony, a co dopiero, gdy to ta produkcja ma za zadanie przywrócić Gwiezdnym wojnom dawno utracony blask. To nie miało prawa się udać i tak też się stało. Z niepokojem można więc patrzeć na przyszłość serii pod wodzą Dave’a Filoniego, który znany jest ze swojego dużego ego i stawiania na piedestale własnych pomysłów i postaci. Czas pokaże, czy Filoni nie stanie się jeszcze gorszy od Kennedy, ale takie produkcje jak Mandalorian i Grogu nie pozwalają przekonać do siebie osób, które utraciły miłość do Gwiezdnych wojen, od kiedy seria została przejęta przez Disneya. Możemy jedynie trzymać kciuki, aby zaplanowany na przyszły rok Star Wars: Starfighter okazał się dobrym filmem, a przynajmniej lepszy od nowych przygód Mandaloriana i Grogu. To nie powinno być trudne zadanie.
4,0
Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu zgodnie z przewidywaniami nigdy nie powinien stać się filmem. To posklejane kilka odcinków serialu, które udają spójną fabułę.
Plusy
Powrót Rotty Hutta w przepotężnej wersji
Kilka pojedynczych scen, jak pierwsze pojawienie się bohaterów na Shakari
Dla fanów Grogu znajdzie się cała długa sekwencja z tym bohaterem
Film wprowadza trochę nowości do świata Gwiezdnych wojen, ale nic rewolucyjnego
Fantastyczna muzyka Ludwiga Göranssona
Minusy
Zbyt prosta historia
Nudna druga połowa
Brak napięcia, emocji i okropna przewidywalność
Grogu nie ma nic do roboty przez większość filmu
Brak rozwoju relacji dwójki głównych bohaterów
Koszmarnie zmarnowany potencjał Rotty i jego podejścia do spuścizny ojca
Zbyt rozbuchana końcówka, która nie pasuje do reszty filmu
Jona Favreau nie popisał się reżysersko
Wiele okropnych dialogów i zbyt dużo humoru
Nie ma żadnego znaczenia dla serialu The Mandalorian, ani też na świat Gwiezdnych wojen
To po prostu skrócony sezon serialu wyświetlony na dużym ekranie
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!