Dzień objawienia – recenzja filmu. Temat zastępczy

Radosław Krajewski
2026/06/10 20:00
0
0

Nowy film Stevena Spielberga zadebiutował w kinach. Oceniamy, czy to powrót do czasów Bliskich spotkań trzeciego stopnia oraz E.T.

Incydent w Roswell

Przez ostatnie dziesięć lat Steven Spielberg nie raczył nas zbyt wieloma blockbusterami. Player One z 2018 roku okazał się rozczarowaniem, pomimo tego, że produkcja stała się kinowym hitem, zaś dwa lata wcześniej zadebiutował BFG: Bardzo Fajny Gigant, choć była to produkcja bardziej skierowana do dzieci i młodzieży. W międzyczasie od legendarnego reżysera otrzymaliśmy mniejsze projekty, jak Czwarta władza, czy Fabelmanowie, a także remake jednego z najbardziej znanych musicali, czyli West Side Story. Ciężko więc było nie kryć ekscytacji, gdy zapowiedziano, że Spielberg pracuje nad nowym filmem o UFO. Wszyscy fani tego reżysera doskonale pamiętają, że to takie dzieła, jak Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czy E.T. zapewniły amerykańskiemu twórcy zapisanie się w annałach historii kina. Teraz, po ponad czterdziestu latach reżyser wraca do tematu kosmitów, prezentując swój kolejny rozdział nieformalnej trylogii o UFO. Do współpracy przy Dniu objawienia zaprosił swoich stałych i zarazem starych współpracowników, czyli scenarzystę Davida Koeppa, kompozytora Johna Williamsa oraz operatora Janusza Kamińskiego. Gdy do naszego rodzimego artysty trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, tak już praca pozostałej dwójki pozostawia sporo do życzenia. Spielberg również się nie popisał, przez co jego najnowszy film żadnym objawieniem nie jest, a wręcz przeciwnie, to pełna schematów, fabularnych dziur, kiepskich dialogów i zbyt wielu religijnych analogii oraz metafor historia, która ekscytuje tylko przez pierwszą godzinę.

Dzień objawienia
Dzień objawienia

Daniel Kellner (Josh O'Connor) staje się celem tajnej rządowej organizacji znanej jako WARDEX, dowodzonej przez Noaha Scanlona (Colin Firth), po tym, jak wykrada ściśle tajne materiały, potwierdzające istnienie kosmitów. Wraz ze swoją dziewczyną, Jane Blankenship (Eve Hewson), próbują przetrwać pościg, dostając się do Hugo Wakefielda (Colman Domingo), byłego współpracownika Daniela. W międzyczasie niespełniona prezenterka pogody, Margaret Fairchild (Emily Blunt), zaczyna odkrywać w sobie nadludzkie moce – rozumie emocje i odczucia innych ludzi, mogąc sięgać również do ich przeszłości. Kobieta na wizji zaczyna przemawiać w języku nie z tego świata, zwracając na siebie uwagę WARDEX i Scanlona. Niedługo później jej drogi krzyżują się wraz z Danielem i oboje zaczynają odkrywać prawdę o swojej przeszłości. Postanawiają ujawnić archiwalne nagrania o UFO całemu światu, aby każdy dowiedział się, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, a wszystko to w obliczu nadciągającej trzeciej wojny światowej.

Dzień objawienia nie jest typowym filmem o UFO. Tutaj pierwszy kontakt, jak i wiele kolejnych, z przybyszami z innego świata, już nastąpił, a amerykańskich rząd robi wszystko, aby prawda nie wyszła na jaw. Nie tylko ze względu na zmiany społeczne, jak i polityczne, jakie zaszłyby, gdyby materiały wideo trafiły do ludzi, ale również ze względu na wykorzystywanie technologii obcych i ogromne kontrakty z firmami zbrojeniowymi. To zmieniłoby świat na zawsze, czego świadomy jest Daniel, chcąc zaryzykować całą swoją karierę, ale również życie, aby ujawnić skrywaną przez wiele dekad prawdę. Już od pierwszych scen film zdradza przed nami, że będziemy świadkami „zabawy w kotka i myszkę”, gdzie Daniel wraz z Jane będą uciekać przed ścigającym go Scanlonem i jego armią. Problem w tym, że ten sam motyw zostaje wykorzystany również w przypadku wątku Margaret i niemal cały film, ktoś jest goniony lub ktoś kogoś ściga. Przez pierwszą godzinę jak najbardziej może się to podobać, gdyż mamy zarysowanych kilka tajemnic, do tego motywacje głównego złego są dobrze nakreślone, a wszystko to spaja równie enigmatyczna persona Hugo, która zdaje się wiedzieć o wiele więcej, niż chce komukolwiek wyjawić.

Dzień objawienia
Dzień objawienia

Problemy zaczynają się w drugiej połowie, gdzie przed widzem odkrywane jest coraz więcej elementów, co mnoży różne fabularne dziury. Wystarczy wspomnieć o pewnym irracjonalnym zachowaniu Daniela, który powierza cenny artefakt obcych swojej dziewczynie, która z kolei dwukrotnie wcześniej stała się ofiarą mentalnego ataku Scanlona, który mógł z nią rozmawiać i wyciągnąć cenne informacje. Co dziwne, chociaż dziewczyna znika, nikt z WARDEX, ani tym bardziej Scanlon nie zamierza jej szukać, chociaż staje się nie mniej groźnym celem od Daniela. Różnych absurdów popełnianych przez ten film można wymienić sporo, jak chociażby regularne przypominanie o mocy Margaret, nagłe pojawienie się Jane, aby stała się swoistym deus ex machina, czy też wspomniana już schematyczność całej historii, która w niektórych momentach zamienia się w prostą przygodówkę spod znaku Indiany Jonesa, a nie trzymającym w napięciu thrillerem science fiction.

Kosmici już tu są

Całości nie ratują motywy religijne, których w Dniu objawienia jest mnóstwo. Praktycznie na każdym kroku mamy tu różne odwołania, odniesienia, alegorie, czy matafory, które podkreślają chrześcijański charakter całości. Problem w tym, że Spielberg wraz z Koeppem wydają się samozadowoleni z samych nawiązań, pod którymi nie kryje się nic więcej. Podobnie zresztą jest z wieloma wskazówkami, które twórcy pozostawili we wcześniejszych fragmentach filmu, a które zostają odkryte pod koniec filmu. Brakuje tu jednak efektu „wow”, że uważny widz samemu połączył kropki, dopasował puzzle i odkrył znaczenie wielkiego finału, jeszcze zanim ten nadszedł. Zresztą Dzień objawienia kończy się w najciekawszym momencie, pozostawiając widza z wieloma pytaniami, na której prawdopodobnie już nigdy nie otrzymamy odpowiedzi.

Dzień objawienia
Dzień objawienia

GramTV przedstawia:

Innym problemem filmu jest ścieżka dźwiękowa. Muzyka Johna Williamsa jest naprawdę dobra, ale kompletnie nie pasuje do tego filmu. Otrzymujemy tu znajome motywy z kina przygodowego spod znaku Stevena Spielberga, ale Dzień objawienia to bardziej akcyjniak, thriller, więc zaproponowane przez kompozytora melodie mijają się z tym, co widzimy na ekranie, a co dodatkowo buduje niepotrzebny kontrast. Jednak pod względem technicznym produkcja jak najbardziej daje rade i warto pochwalić chociażby zdjęcia Janusza Kamińskiego, czy też zwarty, a przy tym dynamiczny montaż scen akcji. Niestety do tej realizacji do pięt nie dorastają efekty specjalne, które są kolejnym elementem wybijającym z imersji. Film był i tak już drogi, ale widocznie przyoszczędzono za dużo budżetu na CGI.

Film nadrabia za to aktorsko i Emily Blunt, czy Josh O'Connor są naprawdę świetni. Szczególnie Blunt ma wiele scen, w których może się wykazać. Także Colin Firth doskonale wciela się w głównego złoczyńcę, który w żadnej chwili nie staje się przerysowany, czy groteskowy. Bogatą obsadę pełną gwiazd uzupełnia Eve Hewson, która wcale nie odstaje od reszty. Jeżeli do kogokolwiek można się bardziej przyczepić, to tylko do Colmana Domingo, który znów gra w ten swój nieznośny, egzaltowany sposób, jakby odgrywał rolę życie na deskach teatru, walcząc o nagrodę Tony.

Dzień objawienia to niestety jeden z najgorszych filmów w dorobku Stevena Spielberga. Widać, że reżyser miał na to jakiś większy pomysł, ale podczas realizacji popadł w zbyt duże schematy, metaforyczne płycizny i samozadowolenie, nie dopuszczając do siebie myśli, że w zasadzie to niczym niewyróżniająca się produkcja, która próbuje szokować, ale za bardzo nie ma czym. Dzień objawienia jest jednak sprawnie zrealizowany, ale gdy dochodzi do finału, czegoś tam ewidentnie brakuje, a baśniowy klimat, który pojawia się w trzecim akcie, kompletnie zmienia ton całej historii. Jeżeli historie o UFO od Spielberga, to lepsze są te z dawnych lat, a jeżeli wolicie nowości, to Projekt Hail Mary wciąż nic nie stracił na swojej atrakcyjności przez te kilka miesięcy od premiery.

5,0
Dzień objawienia oferuje całkiem przyjemną pierwszą godzinę, ale im dalej, tym jest coraz gorzej.
Plusy
  • Trzymająca w napięciu, pełna scen akcji pierwsza połowa
  • Obiecujący punkt wyjścia historii
  • Świetna realizacja
  • Aktorzy spisali się bez zarzutów
Minusy
  • Kiepski finał
  • Historia pełna płytkich religijnych metafor
  • Baśniowy klimat w trzecim akcie
  • Scenariusz Davida Koeppa pełen dziur fabularnych i bzdurnych dialogów
  • Niepasująca muzyka Johna Williamsa
  • Egzaltowana rola Colmana Domingo
  • Kiepskie efekty specjalne
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!