Popkultura

The End of the F***ing World powraca z drugim sezonem. O dziwo, z sensem

Kamil Ostrowski, 02.12.2019 11:10 0

Czy jest sens, aby stworzyć kontynuację zgrabnej opowiastki, którą idealnie zamknięto w ośmiu krótkich odcinkach? Okazuje się, że tak.

Pierwszy sezon The End of the F***ing World bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Ta mała, chociaż bardzo zgrabna opowiastka o dwójce nastolatków z debiutującego dopiero pokolenia “Zetek”, uwiodła mnie pomieszaniem prostolinijności z poziomem przekombinowania i zakręcenia, które jest charakterystyczne właśnie dla wchodzących w dorosłość roczników “milenijnych”. Zakręceni w swoim poczuciu wyjątkowości, a jednocześnie bardzo typowi nastolatkowie i “young adults” w wersji psycholatyczno-psychiatrycznej powracają. Chociaż sami nie do końca wiedzą o co im chodzi, mają do powiedzenia coś ważnego.
 
Nowa seria zaczyna się… dobrze zgadliście - bezpośrednio po wydarzeniach które mieliśmy okazję obserwować w pierwszym sezonie. James przechodzi rehabilitację po postrzale którego padł ofiarą w ostatnim odcinku wyemitowanym w 2017 roku. W tym czasie Alyssa również dochodzi do siebie, chociaż w bardziej emocjonalnym wymiarze. Wraz z matką wyprowadzają się na prowincję, gdzie zaczynają, no a przynajmniej próbują zacząć nowe życie. Nieszczególnie udaje się to rodzicielce naszej bohaterki, tej drugiej trochę lepiej… przynajmniej na pozór.

Proces rekonwalescencji, zarówno fizycznej jak i duchowej, obojga postaci z którymi zdążyliśmy się już przecież trochę zżyć, nie przechodzi bez bólu. Z czasem dowiadujemy się więcej na temat tego z czym przyszło się mierzyć zarówno Jamesowi, jak i Alyssie. Ten pierwszy dostawał po głowie co i rusz z taką intensywnością i siłą, że ciężko było powstrzymać się od westchnienia nad jego dramatycznym losem. Z kolei główna postać kobieca… cóż, prawdę mówiąc mocno musiałem się nagimnastykować, żeby zrozumieć jej ból i postawę wobec życia, własnych i cudzych uczuć, oraz okoliczności jakie przypadły jej udziałem. O ile jej durnowaty upór i wieczne szukanie dziury w całym było całkiem urocze w pierwszym sezonie, tak w drugim zwyczajnie irytowało.

Na szczęście para głównych bohaterów nie jest pozostawiona sama sobie w drugim sezonie The End of the F***ing World. Dołącza do nich Bonnie, niedoszła/doszła dziewczyna/kochanka Clive’a - gwałciciela akademika, którego James zamordował w obronie Alyssy w jednym z kulminacyjnych momentów pierwszego sezonu. Jej pojawienie się daje asumpt do rozłożenia na czynniki pierwsze kolejnego “świrniętego” umysłu. Bonnie na swoją trudną historię, której nie będę Wam w tym miejscu zdradzał, jednak chyba domyślacie się, że podobnie jak w przypadku Jamesa i Alyssy, wszystko zaczyna się w domu.

Pod wieloma względami drugi sezon przypomina pierwszy - zwracają na to nawet uwagę sami bohaterowie. Co prawda w zupełnie innych okolicznościach, ale bohaterowie znów lądują w samochodzie i udają się w trasę donikąd. Po raz kolejny próbują dowiedzieć się czegoś o sobie. Parka ma swoje słabsze momenty, ale ogólnie rzecz biorąc ich niezręczne interakcje pozostają tak samo zabawne i urocze jak w pierwszym sezonie.

O dziwo drugi sezon The End of the F***ing World nie jest tak odtwórczy, ani niepotrzebny, jak się spodziewałem. Wprowadzenie nowej postaci tchnęło wymaganą odrobinę świeżości, a resztę zrobiły solidne podstawy, które twórcy mieli już do dyspozycji w spadku po pierwszym sezonie. Nie ma tutaj wielkiej filozofii - najzwyczajniej zgrabnie uniknięto popełnienia błędów przy prostej kontynuacji. Ogólnie więc rzecz biorąc, ogląda się równie przyjemnie co pierwszą serię.

https://www.youtube.com/watch?v=mlFA77ksLc0

Dla kogo jest The End of the F***ing World? Dla wszystkich, którzy lubią nieoczywisty, nieco ciężkawy humor, a także czujących sympatię do kina drogi.

najnowsze