Popkultura

Kryzys oczami striptizerek – recenzja filmu Ślicznotki

Joanna Kułakowska, 02.11.2019 09:00 0

Kto nie reflektuje na repertuar hołdujący Helloween, ma alternatywę chociażby w postaci filmu obyczajowo-kryminalnego o nietypowym, acz ślicznym gangu.

Nie trzeba się obawiać – Ślicznotki (ang. Hustlers) w reżyserii Lorene Scafarii nie przypominają słabych Showgirls Paula Verhoevena. Nie traktują też o kryzysie wieku średniego – choć zapewne motywuje on co poniektórych bywalców klubów ze striptizem. Film mówi o wydarzeniach, których tłem, a zarazem czynnikiem aktywującym był kryzys ekonomiczny (z kulminacją w 2008 roku, kiedy to zbankrutował bank inwestycyjny Lehman Brothers). Esencję recenzowanego obrazu stanowią wycinki z barwnego światka tancerek egzotycznych, na który jednak ciężko patrzeć przez różowe okulary. Chociaż dziewczyny są obsypane brokatem, ich życie – paradoksalnie uzależnione od sytuacji na Wall Street niczym egzystencja panów w eleganckich garniturach i czerwonych krawatach – nie błyszczy. Gdy nie posiadasz wykształcenia, ale masz rodzinę na utrzymaniu, a dysponujesz zgrabnym tyłkiem i głową pełną naiwnych marzeń, to nie myślisz o pracy w hipermarkecie (zresztą Scafaria pochyla się i nad tym, pokazując, dlaczego to wcale nie jest kusząca alternatywa). Potem okazuje się, że erotyczny taniec to nie blichtr i zabawa, a nużąca rutyna – wyczerpująca fizycznie i psychicznie, nieraz budząca obrzydzenie praca, która wielkich dochodów nie przynosi, bo większość zabiera szefostwo i ochrona, trzeba zapłacić rachunki i podatki, a wreszcie zadbać o „warsztat pracy” (nieatrakcyjny kociak nic nie zarobi...). Oczywiście są i wyjątki – czasem striptizerka jest i atrakcyjna, i dość sprytna, aby dobrze się urządzić. Czasem też życie oferuje szansę, z której zdesperowana ślicznotka może skorzystać...

 

 

Owa szansa to naturalnie odpowiedni mężczyzna, czy raczej mężczyźni, lecz powiedzmy sobie od razu, że mieszanka kryminału, dramatu i komedii, jaką są Ślicznotki Loren Scafarii, w niczym nie przypomina komedii romantycznej Pretty Woman Garry’ego Marshalla. Tu nie chodzi o miłość i szlachetnych mężczyzn ze zdrowym rozsądkiem, acz czułym sercem, którzy pochylą się nad „Kopciuszkiem” i dostrzegą weń księżniczkę wartą zachodu, ale o tych problematycznych. O napalonych, zapatrzonych w siebie – i przez to łatwowiernych – maczystów, najlepiej takich, którzy chętnie piją, pokazowo szastają forsą i zdradzają swe żony, albo zakompleksionych frajerów, co to chętnie pozować będą na samców alfa. Na pewno zaś o wszystkich, którzy traktują striptizerkę jak bezmózgi towar, zabawkę w ładnym opakowaniu, a nie osobę, która robi to głównie dlatego, że potrzebuje kasy, by przeżyć, i tym samym może być groźnym drapieżnikiem. Najbardziej intratną szansę dla bohaterek Ślicznotek stanowią pracownicy giełdy i banków. Tak jest, dopóki trwa passa wynikająca z koniunktury, bo gdy załamuje się rynek, trzeba szukać ratunku gdziekolwiek. I wykazać się okrutną pomysłowością, generując ostry szwindel, o którym swego czasu było głośno.

 

 

Historia snuta przez Loren Scafarię oparta jest na faktach, które z kolei przedstawiła opinii publicznej Jessica Pressler na łamach New York Magazine (artykuł znajduje się tutaj). Sprawa zresztą nieco przypomina oszustwa w polskich klubach go-go, które zostały wyciągnięte przy okazji niekończącej się opowieści, jaką stała się afera w Cocomo. Konstrukcja filmu odwołuje się do klasycznego motywu „przesłuchania” – oglądamy kolejne fragmenty kariery w branży tańca erotycznego i późniejszego przekrętu z punktu widzenia postaci centralnej, która relacjonuje swe przeżycia dziennikarce (Julia Stiles). Później poznajemy także wersję swoistej Matki Chrzestnej całego przedsięwzięcia. Reżyserka koncentruje się jednak przede wszystkim na uwypukleniu ciepłej relacji, jaka wytworzyła się między tytułowymi ślicznotkami – spontanicznej siostrzanej wspólnoty, która choć nie była niezniszczalna, zapewne stanowiła najlepszą rzecz w ich życiu, dowód, że ludzie nie zawsze są skazani tylko na siebie. Owo siostrzeństwo przegrało głównie z macierzyństwem (Macierzyństwo to choroba psychiczna – stwierdza czule jedna z bohaterek i wychodzi na to, że ma rację...). Generalnie Scafaria oferuje nam – niestety, momentami ckliwą – tragikomiczną historię przyjaźni trochę pogubionych kobiet, które potrzebowały kogoś, kto je zrozumie, zamiast oceniać, oraz specyficzny heist film z mocno komediowymi, nieraz absurdalnymi elementami. Całość zaś przypomina konwencją jaskrawy teledysk (migotliwe, rozlewające się światło, zwolnione tempo, „pulsujący” montaż), w którym wnętrza klubów, pijani goście i gibkie ciała tancerek przeplatają się z realistycznymi, surowymi scenami, paradoksalnie dobrze oddającymi rodzinną atmosferę.

 

 

Poznajemy główną bohaterkę obrazu Scafarii, Destiny (Constance Wu), kiedy zaczyna pracę w ekskluzywnym nowojorskim klubie, będąc na samym dole hierarchii. Jednakże opiekująca się chorą babcią dziewczyna wie, że musi zdobyć więcej środków na utrzymanie ich obu, poza tym jest ambitna i pragnie awansować. Dostaje swą szansę, zbierając się na odwagę i zagadując do Ramony (Jennifer Lopez). Owa diwa tańca na rurze może nie jest już pierwszej młodości (hmm, cała rzesza kobiet zabiłaby za sylwetkę i kondycję, jakie Lopez prezentuje w Ślicznotkach), ale wciąż pozostaje jaśniejącą gwiazdą na klubowym firmamencie, niekwestionowaną królową sceny. Ramona, wiedziona po trosze rodzicielskim instynktem, a może po trosze upatrując w młódce element łatwy do sterowania, co wszak zawsze może się przydać, łaskawie bierze ją pod swoje skrzydła – czego alegorią jest klimatyczna, bardzo plastyczna scena otulania koleżanki puszystym futrem, sugerującym powodzenie i zamożność. Ofiaruje wsparcie, edukację, a nawet pracę w artystycznym duecie, co obu ślicznotkom zapewnia lepsze zarobki.

 

 

Sielanka trwa aż do czasu, gdy pęka bańka finansowa – krach na giełdzie, wywrócenie się instrumentów pochodnych opartych na rynku kredytów i niewypłacalność instytucji finansowych staje się faktem dokonanym. Wtedy to pęka również metaforyczna mydlana bańka, w której żyły sobie striptizerki, sięgając do kieszeni chutliwych bankierów, maklerów i biznesmenów. Jednakże Ramona i Destiny nie po to umęczyły się kręceniem biodrami i zrzucaniem bikini, żeby teraz zbankrutować – obie mają już dzieci, trzeba je przecież nakarmić i ubrać, a własnych markowych ciuchów i torebek także im żal. Ramona tworzy więc plan, który polega na wykorzystaniu wykorzystujących i zostaje wcielony w życie przy współudziale ekipy zaradnych ślicznotek. Uznając, że to nic złego okraść złodzieja, selekcjonują one odpowiedniego kandydata (ważny jest i portfel, i obrączka na palcu), po czym upijają, narkotyzują i zwabiają do klubu, gdzie czyszczona jest karta delikwenta. Fabuła rozgrywa się nader klasycznie – od wzlotu do upadku, pasmo sukcesów nie trwa wiecznie: pomyłki, lekkomyślność i chciwość, niszcząca początkową taktykę jedzenia małą łyżeczką, generują bolesne skutki.

 

 

Podczas seansu łatwo dostrzec pewne podobieństwa – tak w rozwoju fabuły i motywacji postaci, jak i w przerysowanym sposobie realizacji – do Big Short Adama McKaya oraz Wilka z Wall Street i Chłopców z Ferajny Martina Scorsese. Lorene Scafaria bawi się w gruncie rzeczy banalną, ale całkiem nośną paralelą do sytuacji USA (Ten kraj jest jak klub ze striptizem – mówi jedna z kobiet), jak również krytyką pogoni za pieniądzem (co dotyczy w równym stopniu klientów klubów i zachłannych, pozbawionych skrupułów tancerek) i konsumpcyjnego podejścia do kobiet ze strony „samców alfa” oraz motywem odwrócenia tradycyjnych ról. Na tym ostatnim zasadza się intryga, a zarazem społeczna wymowa Ślicznotek – drapieżnik staje się ofiarą, kupujący zostaje sprzedany, a domniemany towar okazuje się konsumentką, dystrybutorką lub nabywczynią.

 

 

Na uwagę zasługuje fakt, że obraz Scafarii dostarcza ciekawych obserwacji natury obyczajowej, co zostaje oddane podczas realizacji za pomocą efektu związanego z okiem obserwatora. Dyskretnie odwzorowano kwestię percepcji postaci Ramony, która różni się w zależności od pryzmatu społecznego. Destiny widzi ją zawsze jako barwną, elokwentną boginię, natomiast pochodząca z wyższej warstwy dziennikarka Jessica Pressler spogląda na niezbyt interesującą babę z klasy robotniczej, posługującą się prostym językiem (inna sprawa, że można uznać również, iż Ramona stara się sprawić „niegroźne”, budzące współczucie, wrażenie). Zresztą, tytułowe ślicznotki są prostymi kobietami o prostych gustach (co nie zawsze znaczy, że głupimi) – uwypukla to charakteryzacja i kostiumy rodem z wspominanego już teledysku, który emanuje brokatem i kiczowatym, tandetnym pseudo-blichtrem.

 

 

Ślicznotki Lorene Scafarii to ciekawa wariacja na temat słynnej sprawy. Oczywiście są tu drobne mankamenty – mamy ciut dłużyzn i zbędną, irytującą cukierkowość pewnych scen. Szkoda, że raperka Cardi B (w roli Diamond), która z racji charakteru i niegdysiejszego doświadczenia w branży tańca erotycznego mogła nieźle zaszaleć, nie ma zbyt dużo czasu ekranowego. Powala za to choreografia występów, a muzyczne tło składa się z przebojów powodujących, że nogi rwą się do tańca. Obsada dopisała – oprócz Constance Wu, przekonującej odtwórczyni głównej roli, przykuwa uwagę Lili Reinhart (jako Annabelle – reagująca na stresujące sytuacje niczym Stan z South Parku, co podkreśla absurdalny komizm wielu scen), ale to Jennifer Lopez, wcielająca się w Ramonę, kradnie zdecydowaną większość tego show (udzielane Destiny lekcje tańca oraz wykłady na temat różnych kategorii mężczyzn są wprost bezcenne (i cóż, ponadczasowe...)). Warto obejrzeć ów film chociażby dla tej ślicznotki.


Ślicznotki przypadną Ci do gustu, jeśli masz ochotę ujrzeć odwrotność perspektywy Larry’ego Bajeranckiego Garniaka, lubisz gry z erotycznym akcentem i nieoczywistymi czarnymi charakterami.

najnowsze