Popkultura

Upiorna panna młoda bez Sherlocka – recenzja filmu Zabawa w pochowanego

Joanna Kułakowska, 29.10.2019 22:10 1

Zbliża się Halloween, czas więc na filmowe uczty w kinowych domach strachu. Za krwawy aperitif może służyć zabawna i pomysłowa Zabawa w pochowanego.

Zabawa w pochowanego (ang. Ready or Not) w reżyserii Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta to naprawdę niezła zabawa dla fanek i fanów horrorów z silnym komponentem komediowym. Scenariuszowy duet (za tryskającą krwią i perwersyjnym humorem opowieść odpowiadają relatywnie mało znani Guy Busick oraz Ryan Murphy), a następnie obaj reżyserzy wykreowali rozbrajającą mieszankę gore, parodii slashera, czarnej komedii i slapsticku. Jeśli ktoś jeszcze nie widział Zabawy w pochowanego, to ma dobrą okazję, by tym seansem przygotować się do filmowego świętowania Halloween i okolic. Jeżeli nie czekamy, że film trafi na streaming, to lepiej się pośpieszyć, gdyż dziełko Bettinelliego-Olpina i Gilletta dobrze się prezentuje na srebrnym ekranie, a raczej szybko przestanie być dostępne.

 

 

Prezentowana w recenzowanym filmie historia okazuje się banalnie prosta, ale też jego siłą nie jest skomplikowana fabuła. Oto Grace (Samara Weaving) przygotowuje się do najszczęśliwszego dnia swego życia i jeszcze szczęśliwszej nocy – ślub, wesele i biała suknia bynajmniej dziś nie stanowią szczytu marzeń każdej dziewczynki, ale na pewno takiej jak główna bohaterka Zabawy w pochowanego, która ponad wszystko pragnie mieć własną rodzinę, bo nigdy nie było jej to dane. A jeśli wybranek jest nie tylko niemalże rycerzem na białym koniu, ale jeszcze księciem z bajki, a raczej z bardzo bogatego domu, to dziewczyna z domu dziecka zrobi wszystko, by wyjść za mąż. Oczywiście odbiorcy i odbiorczynie szybko orientują się, że coś jest nie tak, albowiem Alex (Mark O’Brien), przyszły małżonek Grace, delikatnie stara się odwieść swą lubą od sfinalizowania ceremonii, ewidentnie ostrzegając przed swą rodziną.

 

 

Nie byłoby jednak całej zabawy, a już na pewno nie w pochowanego, gdyby Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett do ślubu nie doprowadzili. Niestety, noc poślubna, delikatnie rzecz ujmując, zaskakuje naszą bohaterkę. Otóż dowiaduje się ona o starym rodzinnym zwyczaju, zgodnie z którym każde spośród nowych członków musi zagrać w grę. Ten swoisty rytuał odbywa się, odkąd niezwykle bogaci Le Domasowie rozkręcili istne imperium gier (po czym z pokolenia na pokolenie poszerzali swój udział w rynku), i ma na celu zatrzymać rodzinną fortunę tudzież uhonorować tajemniczego pana Le Baila, który dopomógł pradziadkowi obecnej głowy rodu zdobyć majątek. Dziewczyna ma pecha – wyciąga najgorszą kartę... I tak rozpoczyna się zabawa mająca za zadanie doprowadzić owieczkę na rzeź, jednak śnieżnobiała, złotowłosa, niewinnie wyglądająca Grace, odziana w koronki księżniczki, jakoś nie kwapi się, aby zostać ofiarą – okazuje się natomiast wilczycą, która żeby wyrwać się na wolność, pozostawia za sobą krwawy szlak, nie wahając się nawet „odgryźć sobie łapy”, gdy nie ma już innego wyjścia.

 

 

Zarówno wieczór, który przemienia się w pełną absurdalnych momentów jatkę w stylu gore, jak i błyskawiczna ewolucja – czy może odsłanianie prawdziwego oblicza? – nieszczęsnej panny młodej są iście upiorne, przedstawione w widowiskowy, ociekający pomysłową, a zarazem groteskową przemocą sposób. Próżno tu szukać głębi intelektualnej, nikt nie musi się zabawiać w Sherlocka, aby nadążyć za rozwojem fabuły – zresztą jest tylko jeden solidny cliffhanger, w dodatku uprzednio sygnalizowany – ale też chyba nikt się tego po owym obrazie nie spodziewał. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że w filmie Bettinelliego-Olpina i Gilletta mamy do czynienia z dowcipnym przeinaczeniem motywów klasycznego, tradycyjnego slashera, w pewnym sensie parodię odwracającą schematy gatunku, włącznie z wątkami odizolowanej grupy, która znajduje się w niebezpieczeństwie, konfrontacji z psychopatycznym mordercą oraz „final girl”. Zabawę w pochowanego można również postrzegać jako satyrę na ujmowanie wojny klas w popkulturze, a zarazem rozmaite horrory z wątkami okultystycznymi.

 

 

Dużym walorem obrazu Bettinelliego-Olpina i Gilletta jest to, że bardzo umiejętnie połączyli oni gore z czarnym humorem i absurdalno-slapstickowymi elementami jump scare’y i poszarpane ciała osób wyekspediowanych na tamten świat w dziwacznych sytuacjach splatają się z obyczajowymi kuriozami, pełniącymi funkcję komediowego przerywnika dla „kubłów krwi wlewanych na scenę”. Poza tym postacie, choć pozbawione jakiejkolwiek głębi, odpowiadające często wykorzystywanym filmowym archetypom, dzięki obsadzie bawią do łez. Na oklaski zasługuje sprawna praca kamery, dynamika scen i ciekawa perspektywa poszczególnych kadrów, jak również ścieżka dźwiękowa zaserwowana przez Briana Tylera. Wszystko to podkreśla groteskowy klimat Zabawy w pochowanego. Podsumowując: warto iść do kina, jeśli lubimy estetykę gore i nastawiamy się na czystą rozrywkę, która nie wymaga myślenia.


Zabawa w pochowanego może Ci się spodobać, jeśli miło wspominasz gry z serii Manhunt, a ponadto w dzieciństwie nieobce Ci było poczucie, że grę w chowanego można by trochę ulepszyć...

najnowsze