Felieton

Trafienie Krytyczne #71. W rocznicę osiemdziesiątą

Sławomir Serafin, 02.09.2019 13:00 3

W okrągłą rocznicę wybuchu II wojny światowej nie wypada, żeby felieton miał inną tematykę, niż właśnie drugowojenną. Zwłaszcza, że ten temat nie został jeszcze przez twórców gier zgłębiony nawet pobieżnie

Ile to razy, na okoliczność premiery takiego czy innego Call of Duty tudzież Battlefielda, ci, którzy trochę znają historię II wojny światowej, narzekali, że te gry, i gry w ogóle, ciągle wracają do tych samych, najbardziej znanych bitew? Ciągle te Normandie, Ardeny czy tam inne Stalingrady, nie? A gdzie inne, niesamowicie ciekawe i dramatyczne epizody wojny? Wojna zimowa między Finlandią i ZSRR, na przykład? Bitwa o Monte Cassino? Choćby i to powstanie warszawskie nawet? Nikt tych tematów nie tyka, ciągle tylko wałkują to samo. I to jest prawda. W grach związanych z II wojną światową mamy ciągle to samo. Bardziej nawet, niż nam się wydaje.

Ta najbardziej znana wojna, najlepiej udokumentowana historycznie, mająca największy wpływ na to, jak dziś wygląda cały świat, jest przez twórców gier traktowana w sposób całkowicie pozbawiony wyobraźni. Mocne stwierdzenie, nie? Ale to prawda. Spójrzmy na to od nieco innej strony może. Jakie produkcje kojarzone są z tą tematyką? Strzelanki. Wiadomo. Gry strategiczne. Też typowe. I symulatory, mniej lub bardziej zręcznościowe. Coś jeszcze? Nie bardzo, nie? A, cholera jasna, dlaczego nie? Przecież drugowojenne tło jest fantastyczne. Doskonale wszystkim znane, i to nie tylko z popkultury, jak jakieś Gwiezdne Wojny, ale i z lekcji historii w szkole. Każdy coś wie o tym konflikcie. I każdego można zainteresować czymś z nim związanym. Nawet jeśli nie ciągną go same militaria, to przecież mamy jeszcze mnóstwo innych tematów powiązanych z wojną. Gry wywiadów, działalność ruchów oporu, Holocaust, obozy jenieckie i mnóstwo, mnóstwo innych. II wojna światowa to jest kopalnia złota, dosłownie, która nie tylko nie została jeszcze wyeksploatowana przez twórców gier, ale nawet wręcz przeciwnie, większość złoża jest jeszcze nietknięta zupełnie.

Nie mogę zapomnieć pewnego bardzo mądrego stwierdzenia, które przeczytałem w wywiadzie z twórcami Warsaw, wiecie, tej nowej gierki o powstaniu warszawskim, która wykorzystuje mechanikę i koncepcje wzorowane trochę na Darkest Dungeon. Otóż, ich zdaniem, gra nie powinna być „o powstaniu warszawskim”, tylko powinna być na tyle dobra, właśnie od strony mechaniki i pomysłów na rozgrywkę, że można by ją osadzić w dowolnym tle fabularnym. A potem, jak już ma się właśnie takie solidne podstawy, taką niewzruszoną bazę, można właśnie na nich zbudować coś, co będzie nawiązywało do powstania. CDP Red tak zrobił z Wiedźminem chociażby, nie? Ich gry wiele zyskują na tym, że się tak mocno odwołują do uniwersum stworzonego przez Sapkowskiego, ale i bez tego, z jakimś oryginalnym światem wymyślonym od podstaw przez twórców, byłyby bardzo dobre.

I tak samo trzeba patrzeć na II wojnę światową. To jest genialne, wielowymiarowe, niesamowicie barwne, dramatyczne, tragiczne i niewyczerpane tło do gier. Wszelakich. II wojna światowa dodana do w zasadzie dowolnej solidnej mechaniki, sprawi, że gra będzie lepsza. A przynajmniej tak mi się wydaje. Mogę się mylić, bo jednak siedzę mocno w temacie i fascynuję się tym konfliktem w zasadzie od momentu, gdy nauczyłem się czytać. Tudzież gapić w telewizorze na Czterech pancernych i psa. Ale… zróbmy taki mały eksperyment. Weźmy jakieś bestsellerowe serie growe, które nigdy II wojny światowej nie tykały i spróbujmy sobie wyobrazić jak by wyglądały, gdyby sięgnęły po tę tematykę.

No co by tu… Może alfabetycznie, od pierwszej litery? Assassin’s Creed. Dobra seria. Z solidną mechaniką i pomysłem na siebie. Świetna sprzedaż. I nawet historyczna, nie? Zagralibyście w coś, co się nazywa, no nie wiem, Assassin’s Creed: Stalingrad? Ja bym grał jak dziki. Wojna Asasynów i Templariuszy nałożona na jedną z najbardziej krwawych, dramatycznych i ikonicznych bitew w historii. Nie pasuje? No cholera, pasuje jak ulał. Zrujnowane miasto może być równie niesamowite jak inne historyczne metropolie. Tropienie celów i skradanie się jeszcze bardziej ekscytujące nawet w warunkach frontowych. A i galerię bohaterów jest z czego budować, bo oprócz żołnierzy w mieście ukrywają się też tysiące cywilów. No i kurcze, w „czwórce” fajnie się pływało statkiem, nie? A tutaj można by jeździć czołgiem! Albo latać samolotem! Najbardziej epicka misja w historii całej serii – przekraść się na niemieckie lotnisko, ukraść Stukasa obwieszonego bombami, a potem wlecieć nim w bunkier, w którym ukrywa się nasz cel, wyskakując na spadochronie w ostatniej chwili przed uderzeniem. A potem wejść do środka, żeby się upewnić, że gość nie żyje. Bagnetem się upewnić. Albo saperką. Niech mi ktoś powie, że to by nie było zajebiste.

Albo Far Cry, skoro już jesteśmy przy UbiSofcie. Tego typu strzelanka w otwartym świecie może sobie brać na tło jakąś tam Montanę czy inne Himalaje, jasne. Ale o ileż lepsza, ciekawsza i bardziej barwna byłaby, gdyby dać jej fabułę w stylu macleanowskich Komandosów z Nawarony i akcję przenieść do okupowanej Jugosławii. Sorry, ale fanatycy z „piątki” to małe miki przy tym, co tam się działo. Czetnicy, Ustasze, komuniści Tity, wojska niemieckie, doradcy brytyjscy i radzieccy – to dopiero był kocioł pełen krwawego chaosu. I to w pięknych okolicznościach przyrody. Dołóżmy do tego jakieś dramatyczne wydarzenia, takie jak na przykład operacja Rösselsprung, w ramach której Niemcy zrzucili elitarnych spadochroniarzy na kwaterę główną Tito w Dvarze, i już mamy najlepszego Far Cry w całej serii. A już na pewno z najfajniejszymi gnatami, bo do gry można by wrzucić dosłownie wszystko, czego używano w czasie wojny i byłoby to zgodne z historią.

A, tak w sumie, czy ta zgodność z historią jest aż taka ważna? Dlaczego by nie pomieszać konwencji trochę? Weźmy nasze polskie Dying Light. Dwójka już wkrótce, wszyscy czekają niecierpliwie, nie? A co by było, gdyby gra się nazywała Dying Light ’44? I zamiast w jakimś współczesnym mieście rozgrywała się na przykład w Neapolu albo nawet i Rzymie w czasie walk o Włochy? Zombie i II wojna światowa pasują do siebie jak jajecznica i sól przecież. A tu moglibyśmy mieć zombie w mundurach niemieckich, włoskich, amerykańskich, brytyjskich, polskich i… chyba wszystkich, jakie były na wojnie, oprócz radzieckich i japońskich. A do tego bitwę, która cały czas trwa dookoła miasta i w nim też, między agentami różnych stron, wysłanymi w celu zbadania tego, co tam się dzieje. Rany, ale bym grał w coś takiego. Dzień i noc.

I nie zapominajmy, że II wojna światowa może być też doskonałym tłem do czegoś więcej niż gry akcji. Jakby dobrze pokombinować, to nawet erpega w stylu BioWare by można z tego zrobić, w stylu Mass Effecta. Nie dało by rady? No jak nie, jak tak. Zastępujemy statek kosmiczny zagubionym za liniami wroga alianckim czołgiem, trochę w stylu filmowej Furii, i voila, gotowe. A gry przygodowe? Też jest wielki potencjał. Jeśli ktoś myślał, że jakieś The Walking Dead od Telltale jest dramatyczne, niech sobie wyobrazi grę epizodyczną tym stylu, która opowiada historię rodem z Kompanii Braci na przykład. Albo podąża śladami Witolda Pileckiego, który idzie na ochotnika do Oświęcimia. No przepraszam bardzo, ale to by dopiero była gra, która demoluje człowieka emocjonalnie i na długo zostaje w głowie, nie?

Tylko… nikt tego nie robi. Nie mam pojęcia dlaczego twórcy gier uparcie ignorują II wojnę światową, która jest takim genialnym tłem do gry w zasadzie dowolnej. Wystarczy solidna mechanika. Porządne podstawy. Coś, co byłoby dobre bez różnicy, w jakich realiach by zostało osadzone. A potem dodajemy do tego najbardziej rozpoznawalny, najciekawszy, najbardziej emocjonujący okres w historii Europy, a może nawet i całego świata. Co by to mogło pójść nie tak? No właśnie. A mimo to, wszystko, na co możemy liczyć, to pochód niewiele różniących się od siebie strzelanek. I strategii. I World of Tanks. Tyle wojny leży i się marnuje, nie? Szkoda. Cholerna szkoda.

PS. Właśnie zapowiedziano nową polską produkcję, Land of War: The Beginning. Strzelanka z kampanią wrześniową w tle. Prawdopodobnie podzieli losy Mortyra czy tam innego Enemy Front. To tak odnośnie tezy, że twórcy gier wykorzystują II wojnę światową w sposób niesamowicie wtórny i pozbawiony wyobraźni.

najnowsze