Wszyscy doskonale pamiętamy strategię jaką jest Bitwa o Śródziemie, ale czy ktoś pamięta jeszcze Warcrafta III… ee, to znaczy Wojnę o Pierścień?
W historii gier osadzonych w świecie Tolkiena są tytuły, o których pamięta niemal każdy. Są takie, które do dziś wracają w rozmowach graczy z rozrzewnieniem, a ich nazwy wywołują natychmiastowy przypływ pięknych wspomnień jak choćby wspomniana Bitwa o Śródziemie lub Powrót Króla opisany w poprzedniej części naszego cyklu. Niestety bywają też produkcje, które nieco zacierają się w naszej pamięci. Są to gry, które nigdy nie osiągnęły statusu wielkich hitów, ale mimo to – moim zdaniem - zapisały się w historii jako interesujące próby opowiedzenia historii Śródziemia. Jedną z takich gier jest strategia czasu rzeczywistego The Lord of the Rings: War of the Ring z 2003 roku, czyli po naszemu Wojna o Pierścień.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Wspominamy Wojnę o Pierścień
Był rok 2003, a więc świat nadal żył filmową trylogią Petera Jacksona, z kolei gracze zaczynali coraz śmielej oczekiwać, że świat Tolkiena będzie znacznie częściej pokazywał się na ich gamingowych sprzętach. Po absolutnie fantastycznym przyjęciu gier akcji, którymi były Dwie Wieże oraz Powrót Króla, nadchodząca Wojna o Pierścień postanowiła obrać nieco inną drogę. Zamiast kolejnego, żwawego akcyjniaka, otrzymaliśmy strategię czasu rzeczywistego.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Najciekawsze w Wojnie o Pierścień było już samo założenie. Twórcy z Liquid Entertainment postanowili stworzyć grę RTS osadzoną w świecie Władcy Pierścieni i dla wielu z nas od pierwszych minut było jasne, że inspiracją ku temu był fantastyczny Warcraft III: Reign of Chaos. Widok izometrycznej mapy, sposób poruszania jednostkami, kolorystyka, wyraźne sylwetki postaci oraz sposób prezentacji bohaterów przywoływały skojarzenia z dziełem Blizzarda. Wystarczy spojrzeć na screeny lub gameplaye w sieci, aby szybko przekonać się, że Wojna o Pierścień wygląda niemal jak mroczniejsza, brutalniejsza i nieco bardziej “brudna” wersja Warcrafta III. Choć podobieństw było naprawdę wiele, Wojna o Pierścień kusiła znaną mitologią Śródziemia, która była jedną z najważniejszych powieści fantasy XX wieku i myślę, że to właśnie ten pomysł przyciągał fanów, a niekoniecznie fakt podobieństw do świeżego hitu jakim był Warcraft III. Co więcej, zmieniła się perspektywa przedstawienia historii. Nie patrzyliśmy już na konflikt wyłącznie oczami głównych bohaterów, a spoglądaliśmy na niego oczami wielkich armii (w cudzysłowie oczywiście, to nie Total War), otwartych bitew i tego brutalnego życia przeciętnych wojaków.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Wojna o Pierścień ukazała się wyłącznie na PC z systemem Windows, więc możliwość doświadczenia gry była mocno ograniczona. W tamtym czasie była to jednak decyzja całkowicie zrozumiała. Strategie czasu rzeczywistego wciąż kojarzono przede wszystkim z pecetami. Klawiatura i mysz pozostawały naturalnym środowiskiem dla gatunku, który wymagał szybkiego wydawania poleceń i zarządzania jednostkami. Trudno było uzyskać podobną dynamikę na konsolach (choć dzisiejsze gry pokazują, że da się to zrobić dobrze, np. Age of Empires). Tak więc, gdy na konsolach gracze nadal walczyli w Powrocie króla, pecetowi fani otrzymali kameralną, ale bardziej wymagającą propozycję.Wojna o Pierścień od początku wydawała się tytułem skierowanym do osób, które chciały od Śródziemia czegoś więcej niż prostego widowiska, nastawionego wyłącznie na eliminację kolejnych zastępów orków.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
W przeciwieństwie do gier bezpośrednio opartych na filmach, Wojna o Pierścień nie korzystała z wizerunków aktorów z kinowej trylogii. Nie zobaczyliśmy cyfrowego Aragorna z twarzą Viggo Mortensena, ani Gandalfa wyglądającego jak Ian McKellen. Twórcy musieli stworzyć własne wizje postaci. Nie wykorzystano również głosów odtwórców kluczowych postaci. Dialogi nagrali inni lektorzy, a oprawa dźwiękowa nie była oparta bezpośrednio na muzyce filmowej. To sprawiało, że gra od początku miała odrębną tożsamość i wyłamywała się z tego do czego w ostatnich latach przyzwyczaiły nas gry z tego uniwersum.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Jednym z najciekawszych elementów gry była konstrukcja kampanii. Twórcy przygotowali dwie ścieżki fabularne. Jedna pozwalała stanąć po stronie sił dobra, druga prowadziła przez wydarzenia z perspektywy armii pod dyktando Saurona. Kampania dobra skupiała się na walce Wolnych Ludów przeciwko narastającej potędze potężnego czarnoksiężnika. Gracz prowadził do boju elfy, krasnoludy i ludzi, a w niektórych misjach kontrolował również bohaterów takich jak Gandalf czy Aragorn. Z kolei kampania zła oferowała bardziej nietypowe spojrzenie. Pozwalała wcielić się w siły Mordoru i Isengardu, prowadząc orków oraz inne mroczne stworzenia do podboju Śródziemia. To była jedna z rzeczy, które wyróżniały grę na tle innych. Nieczęsto mieliśmy okazję poznać historię konfliktu po obu stronach barykady, co było bardzo dużym plusem. Fabuła nie była wiernym odwzorowaniem książki ani filmu. Stanowiła raczej luźną interpretację wydarzeń osadzonych w znanym nam świecie, dzięki czemu twórcy mogli pozwolić sobie na własne pomysły, choć czasem prowadziło to do wielu uproszczeń.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
GramTV przedstawia:
Pod względem mechaniki Wojna o Pierścień była klasycznym RTSem. Gracz budował bazę, gromadził surowce, szkolił jednostki i wysyłał je do walki. Podstawowy rytm rozgrywki był znajomy każdemu, kto spędził choć trochę czasu przy strategiach RTS z początku XXI wieku. Jednostki podzielono na kilka kategorii - piechota, łucznicy, kawaleria oraz jednostki specjalne. Bohaterowie byli znacznie silniejsi od zwykłych żołnierzy i potrafili przechylić szalę zwycięstwa. Ważnym elementem był system rozwoju bohaterów. Wraz z kolejnymi starciami zdobywali doświadczenie i odblokowywali nowe umiejętności i trudno nie zauważyć, że było to rozwiązanie wyraźnie inspirowane Warcraftem III, ale chcąc nie chcąc, dobrze pasowało do świata Władcy Pierścieni. Do tego każda frakcja miała własny styl walki, dlatego Elfy stawiały na precyzję i dystans, krasnoludy na wytrzymałość, a siły zła na liczebność i brutalność. Dzięki temu rozgrywka potrafiła zaskoczyć nawet po kilkunastu próbach podjęcia jakiegoś scenariusza.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Już na początku tekstu wspomniałem o grafice i chciałbym jeszcze do niej wrócić, ponieważ to jednak dość interesujący element gry. Jak pisałem wcześniej, już przy pierwszym kontakcie z grą można było zobaczyć wyraźne podobieństwa do Warcrafta III. Modele jednostek były kolorowe, lekko przerysowane, ale bardzo czytelne. Nie był to realizm znany z filmów, ale bardziej baśniowa interpretacja Śródziemia, choć nadal bardziej surowa jeżeli porównać ją do hitu Blizzarda. Tu zdania były podzielone. Wiele osób krytykowało grę za zbyt duże podobieństwo do konkurencji. Osobiście nawet mi to odpowiadało, ponieważ lubiłem styl poznany w Warcrafcie, a że mogłem z nim ponownie obcować w swoim ukochanym uniwersum? Proszę bardzo.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Być może to jednak ten element zaważył na odbiorze gry. Z jednej strony pomysł osadzenia uniwersum Władcy Pierścieni w strategii był super. Przystępność, klimat Śródziemia i kampania były zdecydowanie na plus, ale to nie wystarczyło i wiele osób zarzucało grze brak oryginalności. Sporo zarzutów padało w kwestii zbyt dużych podobieństw do Warcrafta oraz wobec braku innowacyjności i słusznie, ponieważ Wojna o Pierścień nie wnosiła do gatunku RTS niczego odkrywczego. Przy okazji nie pomagały jej problemy z przeciętną sztuczną inteligencją przeciwników oraz powtarzalność misji. Dla fanów Władcy Pierścieni gra z pewnością była bardzo atrakcyjnym kąskiem, ale entuzjaści strategii jako tacy, raczej spoglądali na tę produkcję ze sporym dystansem. Prawdę mówiąc, po latach spróbowałem zagrać ponownie w tę grę, ale absolutnie nie robi takiego wrażenia jak wspomniana Bitwa o Śródziemie i w porównaniu do Warcrafta III, trochę źle się zestarzała.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Wojna o Pierścień była ciekawą próbą spojrzenia na Śródziemie, ale nigdy nie stała się wielkim hitem. Nie zapoczątkowała nowej serii, nie była tytułem, o którym mówiło się latami. Mimo wszystko jest to produkcja, która w erze grafiki 3D pozwoliła choć na chwilę poczuć, że bitwa o Śródziemie to nie tylko historia kilku bohaterów, ale także wojna wielkich armii, których losy zwykle giną gdzieś na drugim planie. Być może właśnie dlatego, mimo wszystkich swoich niedoskonałości, Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień wciąż ma w sobie coś wartego wspomnienia. Nie wielkość, nie przełom, ale szczere chęci opowiedzenia znanego i lubianego świata na nowo.
Władca Pierścieni: Wojna o Pierścień
Czego jednak nie osiągnęła Wojna o Pierścień, perfekcyjnie nadrobiła Bitwa o Śródziemie, ale to już temat na inną historię. W szóstej części Podróży o Śródziemie poruszymy jednak inną produkcję, zakrawającą o… japońskie RPG. Domyślacie się o jaki tytuł może chodzić?
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!