Popkultura

Strachy na Lachy – recenzja filmu Upiorne opowieści po zmroku

Joanna Kułakowska, 16.08.2019 17:00 0

Filmowa adaptacja antologii opowiadań Alvina Schwartza pod tym samym tytułem ma swój urok, ale to nie tyle horror, co dydaktyczne bajki z dreszczykiem.

Wbrew sugestiom marketingowej machiny film Upiorne opowieści po zmroku (ang. Scary Stories to Tell in the Dark) w reżyserii André Øvredala, podobnie jak stanowiąca pierwowzór seria książek autorstwa dziennikarza i badacza folkloru Alvina Schwartza, której pierwszy tom ukazał się niedawno nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, pasuje do odbiorców i odbiorczyń rekrutujących się spośród dzieci i młodszej młodzieży, a nie dorosłych. Starsi widzowie raczej nie poczują mrówek przebiegających po plecach – no, chyba że któraś scena jednak będzie współgrać z posiadanymi fobiami lub przypomni niegdysiejsze lęki z dzieciństwa, które zmuszały do snu przy zapalonym świetle. W innym przypadku mocnych nerwów bynajmniej oglądającym nie potrzeba. Film, reklamowany przede wszystkim osobą Guillerma del Toro, który jest tu producentem i jednym ze scenarzystów (prócz Kevina Hagemana i Dana Hagemana), skonstruowany został wedle wzorca quasi-nowelek (opartych na historiach, które pojawiły się w antologii) połączonych przygodą kilkorga pechowych nastolatków. Jak to z dzieciakami bywa, wykazują się oni wyjątkową niefrasobliwością, w rezultacie zaś muszą zmierzyć się z mroczną, paskudną tajemnicą z przeszłości...

 

 

Fabuła Upiornych opowieści po zmroku rozgrywa się w małym miasteczku, w 1968 r., gdy Ameryka była zaangażowana w wojnę w Wietnamie. Punktem zapalnym akcji staje się zabawa podczas Halloween, kiedy to ekipa szkolnych nieudaczników postanawia odegrać się na swoich prześladowcach w (dosłownie) brudny sposób... Nieoczekiwany rozwój sytuacji prowadzi do całej serii niefortunnych zdarzeń. Stella (Zoe Margaret Colletti), Auggie (Gabriel Rush) i Chuck (Austin Zajur), wraz ze świeżo poznanym Ramónem (Michael Garza), lądują w starym, opuszczonym domostwie, o którym krążą ponure, fantastyczne legendy. Ich główną bohaterką jest Sarah Bellows (Kathleen Pollard), odnośnie do której wiadomo na pewno tylko to, że była przetrzymywana w zamknięciu przez własną rodzinę. Cierpiąca ponoć na tajemniczą chorobę dziewczyna znalazła jednak możliwość kontaktu z otoczeniem – siedząc przy ścianie, w miejscu gdzie dało się słyszeć jej głos, snuła dla ciekawskich dzieci upiorne opowieści, oczywiście po zmroku. Wieść niesie, że słuchacze odchodzili z tego świata, otruci przez szaloną Sarah.

 

 

Nasi bohaterowie, kręcąc się po posiadłości, szybko przekonują się, że faktycznie dzieją się tu dziwne, niepokojące rzeczy... Niestety dla wszystkich Stella – wielka miłośniczka grozy i aspirująca, początkująca pisarka – znajduje prawdziwy rarytas: księgę, w której Sarah zapisywała swoje opowieści. Oczywiście zafascynowana tajemnicą i niezwykłym znaleziskiem dziewczyna zabiera ów skarb ze sobą. A poza tym to tylko stara, nikomu niepotrzebna książka, czyż nie? Co złego może zrobić zbiór bajek dawno zmarłej autorki? Cóż, w recenzowanym filmie André Øvredala zrobi bardzo wiele. Na początku Upiornych opowieści po zmroku Stella stwierdza, że opowiadane często  historie  mogą stać się prawdą, że opowieści mogą leczyć, ale także ranić. I tak jest w istocie... Wkrótce okazuje się, że Sarah Bellows nie tworzyła zwyczajnych historyjek – książka budzi się do życia i ożywają też koszmary nastolatków... Nawet postronni, ci, których noga nigdy nie postała w upiornym domu, mogą znaleźć się w wielkim niebezpieczeństwie. Przyjaciele muszą działać, żeby ratować życie – a w tym celu trzeba poznać sekret Sarah i jej księgi.

 

 

Upiorne opowieści po zmroku to malownicza produkcja, posiadająca klarowne przesłanie, w której dostrzeżemy wiele znanych motywów. Ma to swój urok, gdyż rozmaite wątki, które same z siebie trącą myszką, zostały zszyte w spójną (choć zarazem mocno naciąganą) całość, prezentującą uniwersalną dla każdej epoki opowieść o przyjaźni, lojalności, miłości i odwadze w obliczu niebezpieczeństwa grożącego bliskim, lecz również o egoizmie, chciwości, okrucieństwie i najgorszej możliwej zdradzie. Twórcy powielili popularny metafizyczny aspekt kreacji fikcji, która dzięki talentowi i włożonym uczuciom kreatora staje się rzeczywistością, oraz motyw ożywającego lęku, faktu, że najgorsza groza czai się w naszej własnej głowie. Każdy z nas jest przecież bohaterem/bohaterką strasznej opowieści, którą tłamsimy na dnie swojej psychiki. Filmowcy bawili się przy tym motywem, że terapeutyczna moc opowieści może stać się źródłem cierpienia, narzędziem zemsty – opowieść może leczyć lub ranić. Ponadto Øvredal, del Toro i bracia Hageman wprawdzie śladowo (szkoda, bo więcej specyficznych szczegółów miałoby pozytywny wpływ na film), lecz zaznaczyli charakter danego momentu historycznego, mamy tu więc niekamuflowany rasizm, ekscytację wojną ze strony małolatów, a z drugiej strony strach kogoś, kto doświadczył jej skutków. Przekaz filmu jest prosty: Błędy przynoszą konsekwencje. Świat nie jest miłym miejscem i dlatego należy wspierać swoich przyjaciół oraz odważyć się stawić czoła własnym lękom. Pogrążeni w bólu i strachu możemy stać się potworami jak nasi oprawcy. I wreszcie optymistyczne założenie (a jednocześnie ostrzeżenie) – złe uczynki wracają do swych „rodziców”.

 

 

Mimo uniwersalnego przesłania i skierowanej raczej ku dorosłym myśli, że nawet najgłupsze koszmary z dzieciństwa zawsze pozostaną przerażająco realne dla tych, którzy je pamiętają, sama forma obrazu André Øvredala – i generalnie taka formuła horroru – odwołuje się do gustów i oczekiwań młodszych widzów. Przedstawione tematy zostały pobieżnie muśnięte. Postacie są płytkie lub stereotypowe, mają ledwie zarysowaną, pozbawioną głębi osobowość, nie dając zabłysnąć aktorom i aktorkom (którzy i tak nieźle wypadają, realistycznie ukazując emocje). Stanowią pretekst do oddania określonych archetypów i opowiedzenia bajkowej, prostej historii. Oto wredny szeryf; zapracowany ojciec, który sam wymaga opieki; próżna i naiwna blondynka; dręczący innych chuligan; przystojny Meksykanin, który gdyby nie pochodzenie, znajdowałby się na szczycie hierarchii dziobania; tęgi chłopaczek o przaśnym poczuciu humoru; nieśmiały podrywacz i wreszcie szara myszka-intelektualistka, która znajduje w sobie odwagę lwicy... Podobnie wygląda relacja między pierwszoplanowymi bohaterami Upiornych opowieści po zmroku – „dziwadła” sprzymierzone przeciw popularnym i nic więcej nie da się tu powiedzieć. Otrzymujemy proste schematy w prostym settingu, w nader przewidywalnym utworze o mocno dydaktycznym wydźwięku, fabuła Upiornych opowieści po zmroku nie zawiera bowiem prawie żadnych niespodzianek dla osób, które już naoglądały się horrorów. Może natomiast trafić do serca małolatów, które wcale nie oczekują zbyt skomplikowanych postaci i wydarzeń, bo z takimi trudniej się identyfikować, tylko chcą przygody i spektakularnych akcji z posmakiem namacalnych dla nich problemów.

 

 

Najważniejsze jednak, że film, choć starannie zrobiony, nie straszy. Opiera się głównie na jumpscare’ach i ma w sobie coś z wystroju lunaparku, prowincjonalnego wesołego miasteczka, jarmarcznego festynu... Strachy są zbyt nierealne, zbyt groteskowe (podobnie jak w Łowcy trolli André Øvredala, tylko że tam był to zabieg wykonany z premedytacją – dla śmiechu i odjechanego klimatu). W ramach efektów specjalnych twórcy wykorzystali efekty praktyczne, za które odpowiadało studio Spectral Motion. Bardzo często efekty takie generują o wiele lepsze wrażenie niż cyfrowe, tu jednak tak się nie stało – wyszło kwaśnawo, nie pomagają dobre zdjęcia i ścieżka dźwiękowa. Upiorne opowieści po zmroku kojarzą się nieco z serialami Opowieści z krypty, Gęsia skórka i Czy boisz się ciemności?, serią filmów o Dyniogłowym czy obrazem Upiorna noc Halloween Michaela Dougherty’ego. Nie mają zbyt wiele wspólnego z atmosferą Stranger Things, jak chcieliby niektórzy. Ot, strachy na Lachy, dydaktyczne bajeczki z dreszczykiem i odrobiną staromodnego uroku...


 Ten film może Ci się spodobać, jeśli dobrze się bawisz, grając w Bloodwings: Zemsta Dyniogłowego.

najnowsze