Popkultura

Truposze może i nie umierają, ale niestety są pozbawione życia – recenzja filmu Jima Jarmuscha

Joanna Kułakowska, 28.07.2019 09:00 0

Najnowszy obraz Jarmuscha, choć nosi wyraźną sygnaturę tego twórcy, wydaje się płaski, banalny i w sumie błahy w porównaniu z jego poprzednimi filmami.

Film Truposze nie umierają (ang. The Dead Don’t Die) nie należy do kinematograficznych bubli, wręcz przeciwnie – to ciekawy projekt, inspirowany trendami popkulturowymi, krytyką społeczną, kinowymi modami oraz żartami odnośnie do środowiska show-biznesu. Jim Jarmusch wziął tu na warsztat mnóstwo elementów, dokonując parodii rozmaitych motywów filmowych, oczywiście przede wszystkim tych związanych z estetyką kiczu, kinem klasy B, katastrofizmem i niuansami opowieści o Zombie. Problem w tym, że Mistrz trochę przesadził – zarówno jeśli chodzi o senne tempo narracji, natłok budujących poczucie absurdu, lecz w gruncie rzeczy nazbyt sztucznych komponentów fabuły, jak i łopatologię przekazu. Niestety, to ostatnie zdecydowanie psuje – skądinąd niezłą – psychodeliczną podróż przez prowincjonalne amerykańskie miasteczko, które musi sobie radzić z nader kuriozalnym końcem świata.

 

 

Oto miejscowość Centerville, która mogłaby stanowić tło opery mydlanej bądź sitcomu o nudziarzach i dziwakach z prowincji (którzy tak naprawdę stanowią każdego z nas odbitego w krzywym zwierciadle), albo też dramatu obyczajowego o problemach mieszkańców małych miasteczek, którzy muszą jakoś związać koniec z końcem... Lecz również horroru rodem z książek Stephena Kinga, który chętnie opowiada o brudach skrzętnie skrywanych w zapyziałych albo pozornie sielskich mieścinach, lub też kryminałów, thrillerów, a nawet slasherów traktujących o sadystycznych redneckach ścigających hipsterów i inne wielkomiejskie dzieciaki... Jednakże nic z tych rzeczy. Film Truposze nie umierają ukazuje nudne, nieco smętne, ale w gruncie rzeczy nie najgorsze miejsce, w którym nikt z miejscowych nie postponuje Bobby’ego Wigginsa (Caleb Landry Jones) – miejscowego oryginała kolekcjonującego komiksy i wiedzącego wszystko na temat Zombie i różnych horrorów – gdzie nawet znienawidzony farmer Miller (Steve Buscemi) – rasista obnoszący się z marzeniem o powrocie „białej Ameryki” – unika otwartej konfrontacji z czarnoskórym sprzedawcą Hankiem Thompsonem (Danny Glover), grzecznie pijąc z nim kawę w przytulnej restauracji, a dobroduszny szeryf Cliff Robertson (Bill Murray) ze wszystkich sił stara się nie złapać czającego się w lesie pustelnika Boba (Tom Waits), powtarzając jak mantrę, że ów nigdy nic nikomu nie zrobił (pomimo iż strzela w stronę funkcjonariuszy policji...).

 

 

Uroczy obrazek trochę zaburza znajdujący się w miasteczku poprawczak, ale nawet tam patologiczne zachowania są ledwie sugerowane. Wrażenie nudy modyfikują nieco doniesienia sprzątaczki Lily (Rosal Colon), która plotkuje z kelnerką Fern (Eszter Balint) na temat Zeldy Winston (Tilda Swinton) – nowej właścicielki domu pogrzebowego. Oczywiście, Jim Jarmusch w charakterystyczny dla siebie sposób odmalowuje w swym obrazie sporo szczegółów, które uwypuklają (bądź nadają) groteskowy wymiar codziennych, zwykłych sytuacji, rozmów i spraw. Tak więc w poszczególne sceny wplecione zostają informacje na temat groźnych skutków przechylenia osi Ziemi, wkrótce „dzień jak co dzień” okazuje się wynaturzonym, dziwacznym ewenementem, a poczciwi mieszkańcy Centerville stają oko w oko z apokalipsą Zombie. Naturalnie truposze (wywołując szczery chichot widowni) sieją spustoszenie i choć wbrew tytułowi można je ponownie uśmiercić, zarówno bohaterowie i bohaterki produkcji Truposze nie umierają, jak i odbiorcy i odbiorczynie zasiadający w kinowych fotelach od początku częstowani są pesymistycznym stwierdzeniem funkcjonariusza Ronniego Petersona (Adam Driver): To się źle skończy.

 

 

Podczas seansu Truposzy... łatwo jest poczuć, że Jim Jarmusch doskonale się bawi, mieszając w wielkim campowym tyglu (przy wykorzystaniu i wizualnej formy, i motywów z filmów klasy B), a zarazem poruszając istotne kwestie – dziś pewnie bardziej niż kiedykolwiek. Czego tu nie ma... Złośliwie zaprezentowana bezduszność korporacji i polityczna niefrasobliwość; ledwie zakamuflowana przestroga przed zmianami klimatycznymi i katastrofą ekologiczną; drwina z konsumpcyjnego stylu życia, który pozbawia duszy; wyeksponowane uzależnienia od używek, gadżetów i bzdur, które sprawiają wrażenie ważnych, a tylko przyćmiewają prawdziwą wartość egzystencji... Twórca ironizuje, żartuje sobie z oczekiwań i przyzwyczajeń publiczności (chociażby z automatycznych założeń, że znana twarz wykonawcy albo określony typ postaci gwarantują wpływ na fabułę) oraz klasycznych wątków i zagrywek w kinematografii, sięgając ku obecnej modzie na kino samoświadome czy dekonstrukcję gatunków filmowych. Mamy na przykład pozornie urwane, puste wątki, których percepcja zmienia się po pobieżnej analizie – „śmieci” na obrzeżu społeczeństwa zdają sobie sprawę z istoty i powagi wydarzeń, w przeciwieństwie do „zdrowej tkanki społecznej”, ale przecież nie mają powodu, by przejmować się tymi, przez których wylądowali na marginesie... Znajdziemy tu także mnóstwo popkulturowych wycieczek, perskie oko puszczone do wielbicieli filmów i seriali o Zombie, jak również bezpośrednio do fanów i fanek Adama Drivera oraz Tildy Swinton. Na dokładkę pojawia się istna śmietanka show-biznesu (włącznie z totalnie rozbrajającym Iggym Popem), która jak najbardziej staje na wysokości zadania. Szkoda, że mimo starań Jarmuscha nie bawimy się równie dobrze jak on.

 

 

To wszystko nie wystarczy, aby przyćmić mankamenty obrazu. Utwory Jima Jarmuscha mają swoją specyficzną poetykę, odjechany, lekko oniryczno-psychodeliczny klimat, ale choć generują wrażenie pewnej martwoty, stagnacji i kuriozalnego, niepokojącego, powoli sączącego się snu, to zwykle wibrują podskórnym nerwem i stanowią celebrację życia w całej jego dziwności. Film Tylko kochankowie przeżyją również analizował motyw nieumarłych, a jednak był to niezwykły obraz o traceniu i poszukiwaniu na nowo własnego miejsca w zmieniającym się, coraz bardziej „martwym”, bezdusznym świecie oraz życiu pełną piersią na przekór losowi. Tymczasem film Truposze nie umierają, mówiąc o martwych za życia, jednocześnie nie ma w sobie dość życia, aby w pełni zaintrygować widownię (i „pobudzić do życia”, skierować na właściwe tory). Historia, pomimo licznych momentów wywołujących śmiech, jest na dłuższą metę dość nużąca. Sposób realizacji przypomina po trosze obrazki stanowiące stand-upowe występy – garść dowcipów na imprezie, nieskładających się w spójną, zamkniętą, mocną całość. Jarmusch chwilami dostarcza niezgorszej rozrywki, ale psuje to wrażenie, upewniając się, że widzowie na pewno zrozumieją przesłanie (mimo że nie jest zbyt skomplikowane i średnio rozgarnięta osoba jest w stanie stwierdzić, o co chodzi, już w jednej trzeciej filmu). W rezultacie wbija puentę kafarem, mocą uderzeń przebijając nawet Darrena Aronofsky’ego w mother! (recenzję owego filmu można przeczytać tutaj). Nie pozwalając na wieloznaczność i możliwość własnej interpretacji ze strony oglądających, spłaszcza swoje dzieło i sprowadza je do banału. Mówiąc, że świat już się skończył.

 

 

Czy zatem Truposze nie umierają to film warty, by udać się nań do kina? Cóż, jak już zostało powiedziane, obsada nie zawodzi – szczególnie Caleb Landry Jones, który przyprawia o gęsią skórkę jako nieśmiały nerd o spojrzeniu spłoszonego psychopaty; Adam Driver, który daje popis mrocznego malkontenctwa, i generująca niesłabnące poczucie iście groteskowej grozy Tilda Swinton. Dla nich samych na pewno warto. Niektóre sceny zapewne lepiej prezentują się na dużym ekranie, a opowieść ma swoje momenty, choć trudno określić je jako chwile chwały. Jeśli nie będzie się oczekiwać czegoś więcej aniżeli specyficzna ciekawostka-błahostka o rzeczach oczywistych, można przeżyć niezły seans, ale nie da się zapomnieć, że te truposze zostały pozbawione życia – co oczywiście źle się kończy.


Ten film jest dla Ciebie, jeśli:

  • należysz do grona miłośników Jima Jarmuscha, muzyki Sturgilla Simpsona lub kogoś spośród obsady;
  • lubisz popkulturowe zabawy w filmach i grach komputerowych.
najnowsze