Popkultura

Hakuna Matata? No, nie do końca - recenzja filmu Król Lew

Adam "Harpen" Berlik, 19.07.2019 08:45 1

Nostalgia ma potężną moc. Ale mający dzisiaj swoją premierę remake Króla Lwa z pewnością na niej nie żeruje. To wciąż genialny film.

Paradoksalnie największą zaletą i wadą jednocześnie jest warstwa wizualna nowego Króla Lwa. Paradoksalnie również na film wybiorą się głównie fani oryginału z 1994 roku, ale spodoba się on przede wszystkim tym, którzy owego pierwowzoru nie widzieli. Mimo iż od pierwotnego wydania klasyka minęło 25 lat, nadal potrafi on chwycić za serce. Historia jest bardzo prosta, a zarazem niezwykle głęboka. Jak żadna oferuje potężną huśtawkę nastrojów, choć rozkręca się nieco zbyt wolno. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet znając jej każdy fragment i wiedząc, czego należy spodziewać się w kolejnych scenach filmu, siedzimy wpatrzeni w ekran jak w obrazek.

Król Lew wygląda obłędnie. Momentami ciężko uwierzyć, że mamy do czynienia z dziełem wygenerowanym komputerowo. Całość prezentuje się tak, jakby została wykonana na zlecenie jednej z popularnych stacji telewizyjnych emitujących programy przyrodnicze. I w tym największy szkopuł, bo realizm, którego dopuścili się twórcy Króla Lwa, nie pozwala oddać wielu emocji, jakie towarzyszą głównym bohaterom i postaciom drugoplanowym. Kiepska sprawa, biorąc pod uwagę fakt, że jak bardzo na uczuciach zagrał nam Król Lew 25 lat temu. Tam jednak wszystko tworzyło spójną całość, tutaj natomiast widać, że do opowiadanej historii znacznie lepiej pasuje wersja rysunkowa, a nie wspomniane już CGI.

https://www.youtube.com/watch?v=QWrYQMwzWTs

Mimo wszystko te niedostatki udaje się – przynajmniej częściowo – nadrobić zupełnie od nowa przygotowanym dubbingiem. Piszę „częściowo”, bo Artur Żmijewski w roli Skazy nie wypada szczególnie okazale, natomiast Danuta Stenka jako Sarabi brzmi jedynie poprawnie. Ponowne zatrudnienie Wiktora Zborowskiego jako Mufasy ciężko uznać za pomyłkę, ale ewidentnie słychać, że aktorowi brakuje w głosie takiego pazura, jak przed laty. Uznania należą się zaś młodemu Simbie, gdyż Paweł Szymański w trakcie kluczowej sceny mającej miejsce niedługo po pierwszych trzydziestu minutach filmu, wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności. Rewelacyjnie spisali się również Stuhrowie – Maciej Stuhr jako Timon to godny następca Krzysztofa Tyńca, a Rafiki mówiący głosem Jerzego Stuhra brzmi po prostu genialnie. W pamięć zapada także kreacja Piotra Polka, który wystąpił jako Zazu, oraz Michała Piela, czyli filmowego Pumby.

Dubbing to jednak oczywiście nie tylko kwestie dialogowe, ale i piosenki. Zwłaszcza w Królu Lwie, gdzie co rusz albo słuchamy nowych utworów, albo postacie rozmawiające ze sobą śpiewając. Niestety, ale nie robią tego tak dobrze, jak w wersji sprzed 25 lat. Piosenkom zdecydowanie brakuje dynamiki, czegoś, co sprawiłoby, że miałbym ciarki nie tylko ze względu na fenomenalną muzykę (i wspomnienia), ale także z powodu głosów śpiewających aktorów. Wyjątek od reguły stanowi polska wersja The Lion Sleeps Tonight w wykonaniu Macieja Stuhra.

Wspomniałem już, że polskie głosy w nowym Królu Lwie nagrano raz jeszcze i może to być dla niektórych ogromne zaskoczenie, ale nie można było postąpić inaczej. Remake nie jest do końca wierny oryginałowi. Część scen została bardziej rozbudowana, inne z kolei uproszczono; pojawiły się także nowe gagi (zwłaszcza z udziałem Timona i Pumby). Zgodnie ze współczesnym trendem role żeńskie zostały znacznie bardziej uwypuklone niż w oryginalnej wersji. Mowa w tym przypadku głównie o Sarabi i Nali, które nie tylko mają więcej do powiedzenia, ale i udowadniają, że potrafią świetnie walczyć. Takie podejście do tematu należy ocenić jak najbardziej pozytywnie, bo ostatecznie wybraliśmy się na doskonale znany film, ale możemy zobaczyć go z nieco innej perspektywy.

Przez ostatnich 25 lat wydarzyło się naprawdę wiele, ale jedno się nie zmieniło – Król Lew pod względem konstrukcji scenariusza, fabuły, dialogów i postaci to wciąż jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza produkcja Disneya. Na remake warto się wybrać zarówno dlatego, by przeżyć historię Mufasy, Simby i innych raz jeszcze, ale i zobaczyć, jak fenomenalnie wygląda ten film (nawet jeśli jego warstwa wizualna nijak nie komponuje się zresztą).

najnowsze