Graliśmy

Teamfight Tactics – wrażenia z bety. Nowy fenomen na horyzoncie.

Sławomir Serafin, 07.07.2019 14:00 1

Druga produkcja twórców League of Legends ma spory potencjał do uzależnienia i pozbawienia realnego życia kolejnych milionów graczy.

Jest źle. Ten tekst miał powstać kilka dni temu już, ale na wszelkie możliwe sposoby kombinowałem, jak tu jeszcze usprawiedliwić kolejną rundkę z Teamfight Tactics, zamiast wziąć się do pisania. A od kilku lat już nie wkręcam się w pierwszą lepszą grę – wiadomo, starość. Perspektywa się zmienia, człowiek nie podnieca się już tak bardzo bezmyślnym klikaniem, jak dawniej. A tu proszę, wpadłem po uszy. Prawdopodobnie także dlatego, że Teamfight Tactics, i cały rodzący się właśnie gatunek auto-chess, to są gry dla starych ludzi właśnie. Klikanie jest, ale rozważne i spokojne. Koci refleks nastolatka nie jest wymagany. Potrzebne jest za to ostre móżdżenie, elastyczne myślenie i umiejętność szybkiej oceny sytuacji i zmiany podejścia do realizowanej taktyki. To jeszcze mogę, na szczęście. I, jak widać, nie tylko ja.

W sumie to źle napisałem, że auto-szachy jako gatunek się właśnie rodzą. Niedobre porównanie, bo przywodzi na myśl bolesny i czasochłonny proces porodu. A ten rodzaj gier powstał i zdobył sobie popularność raczej tak jak wszechświat – była sobie jakaś mała kropka, a potem jak nie buchnie, jak nie gruchnie i w kilka sekund bam! Mamy kosmos. Teamfight Tactics i auto-szachowe przeróbki DOTA 2 eksplodowały popularnością momentalnie, bardziej niż dawniej ich szanowni rodziciele, czyli gry MOBA, czy też niedawno te wszystkie strzelanki battle royale. Cholera, dlaczego? Co w tym takiego fajnego? I jak się w to gra w ogóle, do diaska?!

Wyobraźmy sobie choćby te szachy. Takie, w których każdy z graczy na początku dostaje tylko po trzy pionki, wybrane własnoręcznie z kilku wylosowanych z większej puli. Każdy pionek jest inny. Każdy ma swoją specjalną zdolność i statystyki. I każdy jest opisany dwiema (lub trzema) cechami, które dzieli z innymi pionkami. Są pionki-piraci, są pionki-ninja, są pionki-magowie i pionki-zabójcy też. I wiele innych. Jak mamy trzech magów, to każdy z nich mocniej czaruje. Jak mamy trzech piratów, to lepiej łupią i plądrują. I tak dalej. Naszym, graczy, zadaniem jest takie dobranie tychże pionków, żeby te ich cechy się ładnie, synergicznie splotły w naszej małej, ale ciągle rosnącej armii. Skubańców możemy mieć nawet dziewięciu w końcowej fazie meczu, choć rzadko do tego dochodzi – większość gier zamyka się na etapie, gdy gracze mają po siedem/osiem pionków. Jest potencjał do różnych kombinacji, nie?

Teamfight Tactics zastępuje pionki postaciami z League of Legends, a szachownicę heksagonalnym polem bitwy. I tak naprawdę, podobnie jak pozostałe gry z tego gatunku, bardziej przypomina nie szachy, ale karcianki takie jak Hearthstone. Tutaj też buduje się zwycięską talię, która bazuje na różnych synergiach i połączeniach. Różnica jest taka, że w każdej grze buduje się ją od nowa. I z tego, co nam jaśnie wielmożny generator wartości losowych uprzejmie zaoferuje. Gracze tłuką się między sobą w kolejnych potyczkach w ramach całego meczu, a po każdej z nich dostają losowo dobrane karty/pionki. Mogą je sobie nabyć, jeśli im pasują do zaplanowanej strategii. Mogą też, za niewielką opłatą, dobrać nowe, w nadziei, że tam będzie coś przydatnego. A mogą też zmienić swoją strategię, gdy wpadnie im jakaś naprawdę dobra postać, która nie pasowała do poprzedniego planu, ale będzie centralną częścią nowego.

No dobra, szachy czy nie, ale dlaczego auto? Dlatego, że nasza aktywna rola kończy się w momencie, gdy już dobierzemy sobie postacie i ustawimy je na planszy. Sama potyczka rozgrywana jest już niezależnie od nas, automatycznie właśnie. My tylko patrzymy jak działa nasza maszynka. I jak działają te pozostałych graczy. A mają te maszynki od groma różnych elementów składowych. Samych postaci-pionków jest pięćdziesiąt, lepszych i gorszych, przy czym nie ma szans, żeby trafić te pierwsze na początku meczu. Każdy z pionków może awansować na drugi a nawet trzeci poziom, stając się poważną figurą, jeśli tylko zbierzemy i połączymy odpowiednio wiele jego kopii po drodze. Do tego mamy dwadzieścia różnych cech, w dwóch grupach, co daje nam od groma różnych synergii. I jeszcze przedmioty są, oczywiście. Wypadają ze stworków, z którymi się bijemy w przerwach między potyczkami z innymi graczami. Przedmiotów tychże jest osiem tylko, ale każdy z nich można połączyć z innym jakimś (lub takim samym) w bardziej zaawansowany ekwipunek. Prawie pół setki tego jest finalnie. I jeszcze trzeba rozsądnie gospodarować funduszami na dodatek! Sporo tego wszystkiego, nie? Ale do ogarnięcia.

Teamfight Tactics, w przeciwieństwie do samego League of Legends, ma bardzo niski próg wejścia. Wystarczy się trochę zorientować w tym jak to działa i już można skończyć na pierwszym miejscu. Wszyscy mają równe szanse, nie tak jak w karciankach, w których przewagę ma ten, kto zainwestował więcej kasy lub czasu w tworzenie talii. Tutaj za każdym razem składa się ją od nowa. I za każdym razem inaczej. Jasne, można cały czas próbować iść w stronę jednej konkretnej kompozycji i synergii, ale to nie działa, bo losowanie postaci może nam rzucić kłody pod nogi. Trzeba być elastycznym. Trzeba myśleć. Dużo. Szybko. Ostro. Mimo tego, że pionki tłuką się same, Teamfight Tactics jest grą, która przede wszystkim nagradza umiejętności gracza. To jego decyzje dają zwycięstwo lub powodują przegraną.  

Teamfight Tactics potrafi zawładnąć człowiekiem momentalnie. Przebiegle wykorzystuje mechanizmy hazardowej gratyfikacji do wciągnięcia i nie puszczania. Po meczu, nie ważne czy wygranym, czy wręcz przeciwnie, chce się natychmiast zagrać następny. Żeby zobaczyć, co tym razem nam wypadnie i jaki sprytny plan uknujemy. Takie growe narkotyki. Tylko, na szczęście, za darmo i bez uszczerbku na zdrowiu jakiegoś większego. Chyba. Czas pokaże. Teamfight Tactics jest w tym momencie dostępne jako dodatkowy tryb w League of Legends, więc wystarczy ściągnąć klienta tego ostatniego i już można zacząć sobie ćpać autoszachowość. Jak na wersję beta wygląda to całkiem nieźle, składnie i tak dalej. Są niewielkie problemy z balansem, ale mniejsze, niż można się było spodziewać. Wkrótce, po kolejnej łatce, mają ruszyć drabinki rankingowe. I wtedy dopiero się zacznie. Bez was lub z wami. Ale raczej z wami. Teamfight Tactics to samo dobro. I samo zło. Złobro.

Sprawdźcie koniecznie.

Czuję się jak diler.

najnowsze