Popkultura

Agenci bez przekonania – recenzja filmu Men in Black: International

Joanna Kułakowska, 25.06.2019 09:00 0

Popularna franczyza to łakomy kąsek do eksploatacji i tym głównie jest najnowsza odsłona MiB – drenażem marki, średnim produktem jadącym na sentymencie.

Niegdyś pewna zręcznie zrealizowana komedia SF humorystycznie przetworzyła temat amerykańskich teorii spiskowych o lądowaniach UFO i rządowych agentach w czarnych garniturach, którzy mają za zadanie wszystko zatuszować, by trzymać społeczeństwo w nieświadomości. Przy okazji dość niefrasobliwie przemyciła też kwestie terroryzmu i nielegalnej imigracji. Tematyka w połączeniu z prostym, ale niegłupim scenariuszem, zabawnymi dialogami i humorystycznym kontrastem charakterów postaci – żywiołowością młodego czarnego agenta J (Will Smith) i groteskowym chłodem dużo starszego, białego K (Tommy Lee Jones) – zaowocowało w latach 90. wielkim komercyjnym sukcesem, wzbudzając szczery aplauz widowni. Była to adaptacja komiksowej serii Lowella Cuninghama i Sandy’ego Carruthersa pod wiele mówiącym tytułem Faceci w czerni (Men in Black), który to tytuł ostatecznie wszedł w posiadanie Marvela. Siłą rzeczy wyreżyserowany przez Barry’ego Sonnenfelda film z 1997 r., jako nośna marka, dorobił się dwóch niezłych, choć nie tak miodnych kontynuacji (autorstwa tego samego reżysera). Za niniejszą, czwartą już odsłonę – Men in Black: International – odpowiada F. Gary Gray, który notabene raz już przejął pałeczkę po Sonnenfeldzie (tworząc Be Cool, ciąg dalszy filmu Dorwać Małego). Najnowszy MiB (czy też MIB), pomimo innego twórcy, zmodyfikowanego, rozszerzonego podejścia do settingu oraz gagów i całkiem dobrego pomysłu na fabułę, cierpi na coś gorszego niż syndrom wypalenia, który lekko dawał o sobie znać w części III – nie ma duszy.

 

 

Willa Smitha i Tommy’ego Lee Jonesa zastępują tu Tessa Thompson i Chris Hemsworth, czyli agentka M (a raczej praktykantka, osoba na okresie próbnym) oraz stary wyjadacz, gwiazdor i pupilek szefa londyńskiego oddziału Agencji, pogromca ludzkich i kosmicznych serc niewieścich, agent H. Ta dwójka aktorów stworzyła już rozbrajający tandem w filmie Thor: Ragnarok – i teraz również fundują widzom garść zabawnych momentów, ale niestety, choć teoretycznie postacie mają się ku sobie (oczywiście relacja nie ma szans, by potoczyć się w romantycznym kierunku, z czego obydwoje świetnie zdają sobie sprawę – agenci mają poświęcić się Agencji, a pomiędzy jej funkcjonariuszami pożądane są jedynie stosunki służbowe), to w praktyce jednak brak tu i wzajemnej chemii, i wyraźnego oddania na rzecz roli, które pozwoliłyby chociaż trochę wczuć się w ich sytuację i misję, jaka przed nimi stoi. Niestety, w przeciwieństwie do gwiazd poprzednich trzech odsłon, odtwórcy głównych ról w obrazie Men in Black: International zdają się nie mieć serca ani do swoich postaci, ani do łączącej je relacji, ani też do fabularnej intrygi – technicznie nic im nie można zarzucić, lecz grają bez ikry i bez przekonania. Wróćmy jednak do początku, a raczej obu początków.

 

 

Otwarcie akcji filmu F. Gary’ego Graya to oczywiście straszliwe niebezpieczeństwo zagrażające Ziemi, które podejmują się zażegnać agent T (Liam Neeson) i jego protegowany – wspominany już agent H. Uzbrojeni w rozum i deatomizator wjeżdżają na wieżę Eiffla, by pokonać Rój absorbujący kolejne inteligentne gatunki... Natomiast dwadzieścia lat wcześniej mała Molly ma spotkanie III stopnia ze słodziutko wyglądającym kosmitą, którego ścigają faceci w czerni (brawa dla twórców za perskie oko odnośnie do motywu mogwai z Gremlinów). Oczywiście, zauroczona stworzeniem, umożliwia mu rejteradę, ale co ważniejsze – unika zneutralizowania przez MiB. Owo wydarzenie na zawsze zmieni jej życie – już jako dorosła kobieta nie spocznie, dopóki nie znajdzie tajemniczych funkcjonariuszy, chcąc poznać prawdę o wszechświecie i poświęcić życie czemuś niezwykłemu... I przez długi czas nie mając przez to własnego życia, ale za to zyskując opinię nieszkodliwej wariatki. Kiedy w końcu trafia do upragnionego miejsca, wiedziona ambicją i ciekawością, dostaje się w sam środek zawieruchy na skalę galaktyczną.

 

 

Men in Black: International charakteryzuje się iście Bondowskim zacięciem nie tylko w kwestii superbryk i całej masy gadżetów oraz bohatera, który stanowi łagodną  parodię Bonda – jest lekkomyślny i arogancki, ale jednocześnie czarujący; pakuje się w tarapaty, ale zwykle wychodzi z nich zwycięsko, wygrywając z typami spod ciemnej gwiazdy na nieortodoksyjne sposoby; mężczyźni go podziwiają, a kobiety – nawet szefowa syndykatu zbrodni – mają doń słabość, więc z łatwością nawiązuje (oczywiście niebezpieczne) romanse. Sytuacja się zmieniła, nie jest już czarno-biała – w obrazie F. Gary’ego Graya padają ważkie słowa o tym, że kiedyś agenci chronili Ziemię przed paskudnymi typami, a dziś zapewniają im ochronę, pilnując, aby byli bezpieczni i dobrze się bawili (ostatecznie warto poniańczyć będącego na bakier z prawem, rubasznego członka rodziny królewskiej pewnej planety, bo inaczej flota owej cywilizacji zmiecie nas z mapy wszechświata). To jednoznaczne odniesienie do niejednoznacznej roli politycznej i brudnych rąk wszelakich rządowych agencji. Zarazem okazuje się, że nie warto oceniać po pozorach, nie wato być niczego pewnym, za to cały czas trzeba trzymać rękę na pulsie – stary współpracownik może zostać podkupiony, może się zmienić i w końcu zdradzi, natomiast bezczelny, dwuznaczny moralnie osobnik potencjalnie wykaże dobre intencje.

 

 

Dwójka bohaterów dostaje w swe ręce broń o iście kosmicznej sile rażenia, która może okazać się ratunkiem dla Ziemi i innych cywilizacji, o ile z kolei nie dostanie się w ręce niepowołane... Musi zmierzyć się zarówno z zagrożeniem zewnętrznym, jak i wewnętrznym, a także stawić czoła swojej własnej przeszłości. Akcja pędzi szybko, wydarzenia rzucają ich po całym globie – Paryż, Londyn, Nowy Jork, Marrakesz... Scenariusz jednak bynajmniej nie jest skomplikowany – wręcz przeciwnie, łatwo roztrzaskać intrygę przedstawioną w Men in Black: International, łatwo rozpoznać charakterystyczne motywy. To jednak nie stanowi wielkiej wady, produkcja w reżyserii Graya i tak miała potencjał, a jej siła leży w nawiązaniach tak do już wykreowanego świata (które niestety mogły być liczniejsze), jak i do popularnych filmów szpiegowskich i kina Nowej Przygody.

 

 

Istotny problem polega na wspomnianym uprzednio braku chemii i podejściu bez przekonania do przedstawianych postaci, jak również bardzo pobieżnym ich potraktowaniu przez F. Gary’ego Graya oraz scenarzystów Matta Hollowaya i Arta Marcuma. O agencie H wiemy niewiele, trochę szkoda, ale ujdzie – wszak to Bond z przymrużeniem oka, swoista zagadka dla bohaterki. Bolesne jest jednak to, co zrobiono z agentką M. No dobra, nie wierzy w miłość, jest „psem posokowcem” podążającym za tropem i należy do grona geniuszy... Cóż, twórcy każą w to widzowi uwierzyć, lecz niezbyt starają się ukazać w trakcie trwania Men in Black: International. Mała Molly czyta Krótką historię czasu Hawkinga, duża Molly – podczas pracy na infolinii – hakuje teleskop i oblicza trajektorię UFO, by znaleźć agentów. Dalej nic z tego nie zostaje wykorzystane ani dla zbudowania postaci, ani dla wzbogacenia fabuły. Serwowana odbiorcy/odbiorczyni historia prezentuje napędzaną serią przypadków i emocjami, ledwie wyciągają wnioski z sytuacji i rzucającą czerstwymi tekstami, nieprzekonującą parkę, która pełni funkcję wytrycha dla kolejnych scen. Inny problem zaś stanowi fakt, że pomimo iż Gray i reszta twórców starają się wyeksponować humor, to wiele scen sprawia wrażenie zrobionych na siłę, bez duszy. Hej, patrzcie, ale jesteśmy zabawni – zabawni właśnie teraz! Czy już zwróciliście uwagę, jakie to było zabawne?

 

 

Do udanych humorystycznych elementów recenzowanego MiB należy Pionkuś (głos: Kumail Nanjiani), która to malutka, oddana swej królowej persona ma dobrze napisane dialogi i nieraz – niczym granat – rozbraja męczącą, powoli zahaczającą o nudę filmową sytuację. Uśmiech budzą sceny z agentką O (Emma Thompson), którą poznaliśmy w trzeciej odsłonie serii, a zwłaszcza rozmowa, jaką przeprowadza z agentką M odnośnie do tytułowych facetów w czerni, związana z problematyką marginalizacji i obniżania statusu kobiet poprzez dominację zwyczajowych męskich form w języku (słowo Man w języku angielskim). Obecna w Men in Black: International scena sprokurowana została z jajem i ma sens – w przeciwieństwie do podobnego, obraźliwego dla inteligencji widza płci dowolnej motywu w X-Men: Dark Phoenix. Jeśli chodzi o komponenty męsko-damskie, na brawa zasługuje dowcipne odniesienie do zasady slow motion, kiedy to zwykle żeński obiekt pożądania męskiego głównego bohatera komedii zostaje przedstawiony odbiorcom, malowniczo zamiatając długimi włosami – tutaj nie dość, że zabawiono się tradycyjnymi płciowymi schematami, to jeszcze wyjaśniono to fabularnie. Niestety, nie ma tego wiele więcej... Istnieje za to niedbałość dotycząca logiki świata przedstawionego. Miasto się wali, a neutralizator bynajmniej nie jest w użyciu... Filmowcy coś rzadko sobie o nim przypominają, a jak już, to traktują po macoszemu.

 

 

Warto natomiast pochwalić efekty specjalne w obrazie Graya. Zarówno CGI, jak i efekty praktyczne wyglądają tu interesująco i odpowiednio nawiązują do wcześniejszych części cyklu MiB. Przyjemnie było patrzeć na grę bohaterów drugoplanowych. Szkoda za to, że ci, którzy kupując bilety, posiłkowali się plakatami i reklamami, licząc tym samym na więcej rzeczonych nawiązań i bardziej znaczącą rolę znanych, zabawnych drugoplanowych postaci, zostali zwyczajnie oszukani... Podsumowując: To nie jest kompletnie zły film – ma swoje momenty – ale też żadna rewelacja. Ot, płytki, zrobiony trochę na siłę i bez przekonania, jadący na popularności marki, komercyjny średniak, który nie ukontentuje w pełni starych fanów i fanek, a nowych też raczej nie zdobędzie.


Men in Black: International może przypaść Ci do gustu, jeśli lubisz niezbyt skomplikowane komedie szpiegowskie i dobrze Ci się grało w The Bureau: XCOM Declassified.

najnowsze