Popkultura

Historia Supermana na opak – recenzja filmu Brightburn: Syn ciemności

Joanna Kułakowska, 09.06.2019 17:00 0

Mariaż filmu (anty)superbohaterskiego z horrorem to superpomysł, ale wymaga też odpowiedniej „iskry” w realizacji – i tu Yarovesky już nie zabłysnął.

Brightburn: Syn ciemności (ang. Brightburn) to projekt wyprodukowany m.in. przez Jamesa Gunna (znanego chociażby jako reżyser i scenarzysta Strażników Galaktyki) i jako taki otrzymał odpowiednie wsparcie, aby skoncentrować się na całkiem zgrabnej polemice z toposami superbohaterów. Film – wyreżyserowany przez Davida Yarovesky’ego, napisany zaś przez Briana i Marka Gunnów (kuzyna oraz brata Jamesa) – przedstawia z grubsza historię, którą zaserwowano, opowiadając o początkach Supermana, tylko że tu origin story bohatera zaprezentowane jest jako odbicie w mrocznym zwierciadle.

 

 

Pamiętamy tę opowieść? Sympatyczne małżeństwo farmerów przyjmuje pod swój dach i z czułością hołubi chłopca, który niczym boski dar przybył do nich wprost z nieba, stanowiąc odpowiedź na ciche modlitwy o potomka. Dotarł w meteorycie, który okazał się kapsułą. Oczywiście dziecko jest niezwykłe, lecz przybrani rodzice przez dłuższy czas nie domyślają się tego, jak bardzo. Syn rośnie i zaczyna objawiać wielkie moce, które fizycznie stawiają go ponad  ludźmi – jest odporny na zranienia, ma niesamowitą siłę i szybkość, potrafi latać tudzież emitować z oczu śmiercionośne promienie, przepalające wszystko na swej drodze. Małżeństwo Kentów uczy Clarka moralności, troski o słabszych – dzięki swej miłości i edukacji rozbudza w nim najlepsze cechy i sprawia, że chłopak czuje się człowiekiem, a nie Obcym, więc kiedy nadchodzi czas, staje się obrońcą ludzkości. Teraz wyobraźmy sobie, że Smallville znajduje się w filmie Davida Yarovesky’ego i nazywa się Brightburn, Martha Kent i Jonathan Kent to Tori Breyer (Elizabeth Banks) i Kyle Breyer (David Denman), a ich wychuchany synuś Brandon (Jackson A. Dunn) to wyśmiewany, zakochany w nauce bystrzak o cechach nerda – zamiast przystojniaka w typie sportowca – w którym rośnie gniew, pycha, chęć zemsty i dominacji, a wszelkie starania szczerze kochających opiekunów spalają na panewce, bo chłopak świetnie rozumie, że ich wychowawcze próby nie mają poparcia w przekonujących argumentach. W argumentach siły...

 

 

Twórcy zadbali o szereg tropów, za pośrednictwem których mrugają do miłośników i miłośniczek komiksów i filmowych adaptacji o tematyce superbohaterskiej. Mamy tu klasyczną ścieżkę rozwoju wraz z apogeum, ale na opak, i artefakty związane z Supermanem – na przykład jedyną rzecz, która może wyrządzić bohaterowi fizyczną szkodę, i dziewczynę, którą molest... znaczy adoruje, jest też swoista groteskowa parodia superbohaterskiej maski i peleryny, a także charakterystyczny znak, który zamiast symbolu nadziei okazuje się podpisem seryjnego mordercy itp. Za ciekawy zabieg można uznać elementy, które generują otwarte pytanie: Co by było, gdyby dzieciaki nie drwiły z Brandona Breyera? Czy stałby się owym synem ciemności Yarovesky’ego, czy może jednak bohaterem, który jasno płonie „dobrem”? Czy to jedynie wpływ obcej siły, która wysłała tu swego przedstawiciela, czy niczym nieskrępowana decyzja Brandona, wypływająca z rozwścieczonego, upokorzonego wnętrza? Tu wchodzi motyw stricte z horroru – diabelskie opętanie niewinnej duszyczki albo przybycie Antychrysta z misją rodem z Omenu.

 

 

Generalnie kwestię głównego bohatera obrazu Brightburn: Syn ciemności można odbierać też jako metaforę marzeń prześladowanych dzieci lub wyboistej drogi dojrzewania każdego nastolatka czy nastolatki (no bo przecież problemy w szkole, odbieranie prawa do „dorosłości” przez osoby, które uznaje się za gorsze i głupsze i które oczywiście „nic nie rozumieją”, błędne dekodowanie intencji płci przeciwnej i niewłaściwe rozgrywanie newralgicznych sytuacji...), jak również faktu, że w wielu momentach posłuch jest po prostu wymuszany przez okoliczności. Dzieciak potrzebuje rodziców albo zdaje sobie sprawę z ich przewagi, więc instynktownie uważa na swoje poczynania. A co, jeśli wielki, zwalisty ojciec nic nie może zrobić dwunastolatkowi? A co, gdy ów o tym wie, a ponadto jest socjopatycznym egoistą lub – jak kto woli – zestresowanym neurotykiem o psychopatycznych skłonnościach? Yarovesky i Gunnowie zdają się sugerować, że w najsłodszym dziecku, a później nastolatku, drzemie potwór, którego karmią rozmaite wydarzenia, który tylko czeka, by wydostać się na zewnątrz, i którego może okiełznać jedynie respekt odczuwany przed silniejszym. Niby dlaczego silniejszy ma słuchać słabszego – kogoś, kto nie dysponuje żadnymi sensownymi środkami przekonywania? To bardzo prosta, a zarazem nośna polemika z amerykańskim mitem „rodzina jest najważniejsza, rodzina przezwycięży każdy problem i będzie trzymać się razem”, wiarą w dobro, które rozdmucha bezinteresowna miłość, z bajką o wielkim opiekunie maluczkich, który dostrzega w nich piękno i okazuje wdzięczność, czując się zobligowany do otoczenia opieką pobratymców tych, co dali mu schronienie i obdarzyli uczuciem. Polemika ze źródłem idei Supermana (taglainy: He's Not Here To Save The World oraz Evil Has Found Its Superhero).

 

 

Wszystko pięknie – ale co z procesem realizacji recenzowanej produkcji? Na pewno pochwalić należy nawiązujące soczystą kolorystyką do superbohaterskiej poetyki zdjęcia autorstwa Michaela Dallatore’a czy przyzwoitą, oldskulową, nieco bombastyczną muzykę stworzoną przez Tima Williamsa. Nie budzi jednak żywszego bicia serca dynamika sekwencji poszczególnych wydarzeń – za dużo horrorowych klisz, za dużo powtórek z rozrywki pod innym pretekstem. Po co okazjonalne sztampowe sceny Gore? Okazały się po prostu nudne, niczym nie zaskoczyły. Po co wtryniona ni przypiął, ni wypiął scena snu z upiornymi akcentami? Wcale nie stymulowały one napięcia, nie straszyły, raczej nużyły i przeszkadzały poczuć grozę (David Yarovesky ma doświadczenie w shortach – i to widać). Rozbraja za to paradokumentalna końcówka opowieści Brightburn: Syn ciemności i wycieczka odnośnie do dwóch innych sławnych person z DC Comics. Aktorzy i aktorki nie sprawili zawodu, choć także nie rzucili na kolana. Najlepiej wypadła Elizabeth Banks jako szalenie oddana matka, do ostatniej chwili broniąca się przed ponurą rzeczywistością (choć sceny, gdy biega, wołając jękliwie: „Brandon!”, są nieco drażniące). Nieźle zagrała Emmie Hunter (Caitlyn), przekonująco ukazując coraz bardziej przerażoną dziewczynkę. Mieszane uczucia budzi odtwórca głównej roli – Jackson A. Dunn wydaje się mdły, z drugiej strony jego nijakość to kontrast odnośnie do zagrożenia, jakie stanowi, co podkreśla niespodziankę dla otoczenia – przedzierzgnięcie się w syna ciemności.

 

 

David Yarovesky i współpracownicy wcale nie zrobili złego filmu. Brightburn: Syn ciemności zbiera dość zróżnicowane opinie, bo chociaż twórcy przemycili niemało fajnych elementów do dywagacji, to fakt faktem potencjał nie został w pełni wykorzystany. Przede wszystkim odpowiadają za to problemy warsztatowe, powodujące odczucie nijakości i powtarzalności – a przecież powinno być świeżo, z biglem, z „iskrą”. Mamy do czynienia ze „złym odpowiednikiem” Supermana, więc mamy też niskie zagrywki i pastwienie się nad ofiarami (odwrotność heroizmu, szlachetności i rycerskości). Dlaczego jednak nie ma czarnego humoru? Zły Superman – postać nienowa w grach i komiksach – może nigdy nie okazał się zabawny, ale humor sytuacyjny był całkiem istotnym składnikiem podstawowej konwencji, więc tu by się przydał. Tymczasem w filmie Yarovesky’ego mamy tylko jeden naprawdę zabawny, nieco surrealistyczny moment. Za to chwilami otrzymujemy nudnawe kalki z filmów o demonicznym dziecku, pozbawione ciekawych innowacji...

 

 

Podsumowując: Opowieść bazuje na dobrym pomyśle, który należy docenić. Warto obejrzeć produkcję pod kątem przeprowadzanej z lekkim przymrużeniem oka dyskusji z archetypem superbohatera oraz utworu o ukrytej naturze miłego dziecka, które już nie chce i nie ma powodu, żeby być miłe, ale nie dostaniemy w pełni ujmującego, nowatorskiego obrazu. W zasadzie bardziej przewrotną i szokującą polemikę stanowił film Watchmen. Strażnicy Zacka Snydera albo wizja Supermana z komiksowego The New 52. No i skąd się wziął ten syn ciemności w polskim tłumaczeniu? Dla kontrastu z nazwą miasteczka? Przecież Brightburn ironicznie oddaje istotę naszego „antysuperbohatera”. A może dla horrorowych konotacji? Żeby jakkolwiek przykuć uwagę potencjalnego widza do tytułu? Jeśli już, to lepszy byłby raczej podtytuł nawiązujący do Człowieka ze stali.


Brightburn: Syn ciemności to film dla Ciebie, jeśli lubisz zabawę motywami dotyczącymi postaci superbohaterów w popkulturze i na przykład otoczkę fabularną gry Injustice: Gods Among Us.

najnowsze