Popkultura

Recenzja serialu Happy! Czyste szaleństwo z mocną nutką gore

Kamil Ostrowski, 06.06.2019 09:45 0

Jeżeli sądziliście, że w telewizji przekroczono już wszelkie granice brutalności i obrzydliwości, to sprawdźcie ten serial.

Happy! to absolutna jazda bez trzymanki, oparta o fabułę tak szaloną, jaką tylko był w stanie wyprodukować umysł osoby względnie normalnej. Zdegenerowany były policjant, swego czasu najlepszy detektyw w Nowym Jorku, obecnie alkoholik, menel i zabójca na zlecenie, w wyniku pewnych dziwacznych zbiegów okoliczności wikła się w sprawę porwań małych dzieci. Żeby całości dodać pikanterii, tenże degenerat, pijak i narkoman jako jedyny widzi tytułowego Happy’ego, który jest nikim innym, jak zmyślonym przyjacielem jego własnej córki Hailey (z rozbitego małżeństwa, a jakże). Tak oto zaczyna się podróż Nicka Saxa tropem mordercy, który okazuje się zresztą częścią większej machiny, a także czegoś w rodzaju spisku “na górze”.

Historia do tej pory rozciągnięta jest na dwa sezony: pierwszy skupiał się na okresie świąt Bożego Narodzenia, drugi z kolei na Wielkiej Nocy. W obydwu przypadkach zasadniczo chodzi o powstrzymanie złych, psychopatycznych, szalonych zapędów ludzi na wpół zwariowanych. O ile na początku historia z Happy! wydaje się przypominać coś w rodzaju wkręconego kryminału noir ze szwarccharakterami o komiksowym, ale jednak w miarę realnym zabarwieniu, tak z czasem, a w szczególności w drugim sezonie, fabuła zaczyna skręcać w stronę fantastyki. Przyznam szczerze, że wolałem pierwotny wydźwięk, ale rozumiem dlaczego scenarzystów z czasem ostro poniosło.

Dlaczego wcale się nie dziwię, że twórcy serialu w pewnym momencie poczuli, że mogą “popłynąć”? Ponieważ od samego początku to co dzieje się na ekranie trzeba traktować z dużym przymrużeniem oka. Mocno komiksowa, przegięta stylistyka, bohater który jest czymś w rodzaju skrzyżowania nieśmiertelnego czołgu z menelem, maksymalnie przerysowane postaci, bardzo specyficzna gra kolorów czy ujęcia, a do tego dziwaczny, potrafiący namieszać w głowie montaż, to wszystko wzięte do kupy tworzy naprawdę specyficzną mieszankę. Happy! stara się być czymś w rodzaju wycieczki do lunaparku w wersji z koszmaru sennego i przez większość czasu mu się to udaje.

Na osobny akapit zasługują sceny walki. Nick Sax jest prawdziwym wirtuozem siania chaosu, zniszczenia, śmierci i cierpienia. Nie ma takiej ilości pionków, których brutalnie nie porozstawiałby po kątach. Przy czym trzeba mu oddać, że robi to ze swego rodzaju okrutnym wdziękiem. Nie przypominam sobie żadnego innego serialu, filmu czy nawet gry wideo, która tak często skręcałaby mi wnętrzności na widok tego co się dzieje na ekranie. Przedmioty wbijane w najgorsze możliwe miejsca, miażdżone głowy i inne części ciała, rozrywanie, cięcie, skórowanie… Brrr… Przy czym główny bohater wcale tutaj nie wiedzie prymu - brutalność w jego wykonaniu jest raczej drogą do celu, niż celem samym w sobie. No, ale wariatów nie brakuje.

Nie zdziwcie się, jeżeli podczas seansu trafi się scena od której zrobi Wam się zwyczajnie niedobrze. Nie chodzi tutaj nawet wyłącznie o typowo okrutne sceny. Nad całością, zwłaszcza nad drugim sezonem, wisi swego rodzaju oślizgły, lepki klimat, który zwyczajnie budzi wstręt. Osobiście unikałem oglądania Happy! do posiłków, co jest moim zwyczajowym podejściem do nadrabiania seriali. Coś dla koneserów fujki.

Ten dziwaczny miks, ten shake z komiksowej stylistyki, brutalności, klimatu noir, fantastyki, ohydy i humoru nie byłby możliwy, gdyby nie wyjątkowo dobrze dobrani aktorzy, którym udało się znakomicie wyczuć swoje role. Niezapomniane są odzywki, mimika i ogólny sposób bycia Christophera Meloniego jako Nicka Saxa czy Patricka Fischlera jako Smoothie. Swoje robi obecny zwłaszcza w drugim sezonie Christopher Fitzgerald jako Sonny Shine. Ciekawych kreacji nie brakuje, chociaż całość w dół ciągnęły nieco drętwe kreacje Lili Mirojnick jako Merry i Mediny Senghore jako Amandy.

https://www.youtube.com/watch?v=t7OYkSgmM-w

Ogółem rzecz biorąc Happy! to rzecz jedyna w swoim rodzaju. Coś w rodzaju nietypowej, lekko obrzydliwe przekąski, którą warto sprawdzić z czystej ciekawości, jak kiszone śledzie czy chińskie stuletnie jaja. Polecam sprawdzić, chociaż jest spora szansa, że nie zasmakujecie. Nie szkodzi. Nie wszystkim musi podchodzić.

Happy! spodoba Wam się, jeżeli lubicie brutalność, macie dużą tolerancję na obrzydliwostki i cenicie sobie komiksową stylistykę z przymrużeniem oka.
 

najnowsze