Popkultura

Dobrze wyśpiewana bajka – recenzja filmu Aladyn

Joanna Kułakowska, 03.06.2019 09:00 0

Historia złodziejaszka, który zdobył i serce Dżina, i serce księżniczki, miała już wiele adaptacji, w tym rozśpiewane, ale tu mamy klasyczny musical.

Nie ma chyba potrzeby, by przypominać treść opowieści Szeherezady o cudownej lampie Aladyna ani disnejowskiej kreskówki z 1992 r., stworzonej przez Johna Muskera i Rona Clementsa, która została nią zainspirowana i która zdobyła serca wielu osób w każdym wieku. Najnowsza baśń o przygodach dzielnego i sprytnego Aladyna wpisuje się w cykl adaptacji Disneya swoich własnych pełnometrażowych animowanych hitów, jak np. Piękna i Bestia w reżyserii Billa Condona i wciąż wyświetlany na ekranach kin Dumbo Tima Burtona. Można oczywiście dywagować, czy odcinanie kuponów warte jest ryzyka osłabienia marki w przypadku nieudanego obrazu, ale takie produkcje mają nieco sensu: aktorska wersja wymaga innych środków wyrazu, by przekonać do siebie publiczność, więc przy okazji można odświeżyć całą historię, pogłębić postacie i dodać różne niuanse, dostosowując opowieść do czasów współczesnych i zjednując nowych widzów. Naturalnie nie obejdzie się bez filmowych gwiazd i spektakularnej oprawy wszelkich realizatorskich sztuczek. Nowa wersja Aladyna dostała wszystko, co trzeba, aby przykuć uwagę – ciut inaczej rozłożone akcenty fabularne, oryginalną formułę, mnóstwo efektów specjalnych, Willa Smitha wcielającego się w Dżina oraz Guya Ritchiego jako reżysera.

 

 

Aladyn (ang. Aladdin) jest projektem interesującym, choć niekoniecznie poszedł w stronę, której mogliśmy się spodziewać. Obecność Guya Ritchiego potencjalnie obiecywała popkulturowe perskie oko wyskakujące z każdego fragmentu dzieła, charakterystyczny quasi-gangsterski sznyt, który ów reżyser lubi wrzucić choć na krótką chwilę, oraz tempo akcji wprost z rollercoastera, tymczasem obraz jest niemal pozbawiony specyficznej sygnatury twórcy. W zasadzie autorski ślad Ritchiego dostajemy może w trzech scenach, np. podczas zwariowanego pościgu straży za bohaterem. Film został zrealizowany w sposób „bezpieczny”, bo jest bardzo podobny do animowanego poprzednika (włącznie z elementami postmodernistycznymi) i nie ma tu jakichś niezwykłych eksperymentów formalnych...

 

 

Lecz nie znaczy to, że formuła recenzowanego filmu nie jest wciągająca i oryginalna. Przede wszystkim otrzymujemy klasyczny musical – tak więc trzeba wyraźnie powiedzieć: jeśli ktoś tego typu produkcji nie trawi, to nie ma czego szukać w kinie, a jeśli wręcz przeciwnie, to niech wykorzysta u domowych Dżinów życzenie nabycia biletów i wspólnego wyjścia, bo gwarantowana jest niezła zabawa. Kolejną kwestię stanowią inspiracje związane ze scenografią i choreografią. Aladyn Ritchiego zrealizowany został w konwencji zamierzonego rozbuchanego kiczu – to jaskrawy camp nawiązujący do wodewilu z lat 20. XX wieku oraz do kina rodem z Bollywood. Niektórzy zapewne dostrzegą tu również podobieństwo do operowo-campowych inklinacji Baza Luhrmanna (Romeo i Julia, Wielki Gatsby, a zwłaszcza musical Moulin Rouge!). Mamy tu piosenki, których interpretacja przypadłaby do gustu Josephine Baker, oraz niesamowite, urzekające skalą sekwencje taneczne. Próżno tu szukać zabawy w choćby śladowy realizm, ani tu klimatu prawdziwej Arabii, ani pustynnego pyłu, mamy za to iście baśniowy i mocno teatralny (a do tego bollywoodzko-kabaretowo-burleskowy), ociekający złotem i epatujący feerią barw przepych. Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, usłyszymy utwory znane z pierwowzoru, ale w nowej aranżacji, a także nową piosenkę oferowaną księżniczce Dżasminie.

 

 

Czym różnią się obie produkcje? Fabuła jest bardzo podobna, ale u Ritchiego brak niektórych scen (np. walki z wezyrem zmienionym w wielkiego węża), a pewne sprawy mocniej zaakcentowano. Mnóstwo bajek (chociażby nasz Kot w butach, który na pewnym poziomie abstrakcji wydaje się dość podobny do Lampy Aladyna) ma przynajmniej pozornie „demokratycznego” ducha albo stworzono je ku pokrzepieniu serc (i tak naprawdę raczej dla utrzymania status quo), w myśl zasady „dobrze postępuj, a będziesz mieć szczęście, ktoś cię dostrzeże i wynagrodzi”. Pastereczki i sierotki wychodzą za książąt, „Jasiowie” z gminu poślubiają królewny. Animowany Aladyn jest bajką o charakterze emancypacyjnym – mówi o uczuciu, które przełamuje prawa wynikające z urodzenia, opowiada o odmianie losu, o tym, że biedak może być szczęśliwy, zwłaszcza gdy trochę się postara i... trafi mu się odpowiedni przypadek. Aktorski Aladyn, zachowując urok tamtego filmu, kładzie nacisk na ambicje i działania bohaterów – oczywiście bez łutu szczęścia się nie obejdzie, ale bohaterowie pomagają mu, jak mogą, można rzec, iż sobie nań solidnie zapracowali. Opowieść jest już mocno emancypacyjna – kiedy przegryziemy się przez tańce, śpiewy i wizualne wodotryski, ujrzymy baśń o deprecjonowanych outsiderach, osobach, które mówią „dość” i chwytają szansę, jaką przynosi im los, po czym zdecydowanie biorą rzeczonego we własne ręce, aby wykorzystać swój potencjał.

 

 

Parafrazując wypowiedź księżniczki Dżasminy, można powiedzieć, że Aladyn Guya Ritchiego to bunt przeciwko kłanianiu się prawom i zwyczajom, które biorą się z pogardy. Bohater tytułowy to młodzieniec z nizin społecznych, któremu na każdym kroku powtarzają, że nie jest nic wart, że jest tylko „kundlem”, „szczurem”. Aladyn (Mena Massoud) wyśpiewuje widzom, że: je, żeby żyć, kradnie, żeby jeść – ale tylko wtedy, kiedy nie ma pieniędzy na jedzenie, czyli... zawsze. Z drugiej strony pamięta, że trzeba wiedzieć, kiedy kraść, a kiedy się powstrzymać, oddaje głodnemu dziecku figi, choć sam jest głodny, i pomaga nieznajomej dziewczynie uciec przed strażnikami, ryzykując własne życie. Dlaczego nie znalazł sobie uczciwej pracy? Trochę ciężko, gdy jesteś sierotą, nie masz protektora, a twoim jedynym opiekunem zawsze była jedynie... małpka Abu. Bardzo ważną personę stanowi oczywiście księżniczka Dżasmina (Naomi Scott), która tu ma dalej idące aspiracje aniżeli wyjście z pałacu, by zażyć trochę świata i uniknąć niechcianego małżeństwa z nieznanym sobie władyką. Dziewczyna jest bardzo piękna, ale jej prawdziwe piękno leży w dobrym sercu i bystrym umyśle. Chociaż jest tak inteligentna, że droga do jej serca wiedzie przez umysł, nawet ukochany ojciec nie traktuje jej poważnie. Chociaż zależy jej na poddanych jak nikomu innemu i przeczytała wszystkie księgi w pałacu, wezyr może jej spokojnie powiedzieć: Na księżniczkę lepiej patrzeć niż jej słuchać. W rezultacie jest to bohaterka, która ma archetypowe feministyczne dążenia, podbudowane empatią i altruizmem: zyskać szacunek i wpływ na świat (który miałaby ot tak, gdyby urodziła się jako książę), zrealizować swój potencjał, którym jest coś więcej niż śliczna buzia. O tym jest zresztą wspomniana już nowa piosenka, „protest song” Speechless. No i pojawia się Dżin (Will Smith) – niewolnik, w którym budzą się własne pragnienia.

 

 

Swoją drogą, kwestia Dżina budziła niemałe obawy. W trailerze ujrzeliśmy niebieską, przepakowaną i wyjątkowo tandetną karykaturę Willa Smitha, a ponadto aktor miał zmierzyć się z legendą, którą stworzył Robin Williams. I co? I dobrze wyszło. Otrzymaliśmy solidny występ – połączenie klasycznego disnejowskiego Dżina z manierą aktorską Smitha, z jego urokiem, ciepłem i jajcarskim błaznowaniem. Jako że Dżin często pojawia się w ludzkim przebraniu, wychodzi świetny efekt. Mamy sympatycznego, zabawnego, charakterystycznego bohatera, który ma coś do przekazania, więc możemy jakoś przecierpieć kiepskiego niebieskiego stwora. Boli on tym bardziej, że cała reszta efektów specjalnych robi porządne wrażenie... Nie da się narzekać na zapierające dech w piersiach przejażdżki na latającym dywanie (który dostał od twórców rozbrajającą osobowość) ani na Abu – towarzysza Aladyna – ani na ukochanego tygrysa księżniczki Dżasminy, ani też na papugę Iago (głos: Alan Tudyk), sługusa wezyra Dżafara (Marwan Kenzari).

 

 

Najnowsza wersja Aladyna to porządnie zrobiona przygodowa baśń, która ma więcej walorów niż mankamentów. Do tych ostatnich, prócz problemu z odwzorowaniem prawdziwej formy Dżina, należy fabularna konstrukcja postaci wspomnianego uprzednio Dżafara. W filmie Guya Ritchiego dokonano teoretycznie zgrabnego zabiegu – uczłowieczono głównego złola i uczyniono zeń lustro protagonisty. Wszystko fajnie... tylko że to jakoś nie zadziałało – osobnik okazał się kompletnie nieprzekonujący, nie budził ani lęku, ani współczucia. Może to również wina Marwana Kenzariego? Kolejnym słabym punktem stał się fakt, że choć obsadzony w roli Aladyna Mena Massoud okazał się mistrzem w kwestiach komediowych (bełkot o dżemach – rewelacja!), to już nie szło mu aż tak dobrze w scenach dramatycznych. Aktor wykazał dużo mniejszą charyzmę aniżeli jego partnerzy – niezwykle utalentowana Naomi Scott i gwiazdor Will Smith – co niestety przełożyło się na jakość narracji. Istnieją także wady związane z realizacją – skądinąd wspaniale wyśpiewane utwory były nagrywane w studio, po czym dźwięk został podłożony i... czasem widać niezgodność w synchronizacji warg i głosu.

 

 

Podsumowując: Warto zobaczyć, ale przede wszystkim posłuchać na nowo opowiedzianej, pełnej magii historii, której morał oddaje motto Jaskini Cudów: Skarb zdobędzie ten, kto skrywa skarb w sobie. Nieoszlifowany diament. Warto cały czas szlifować samego/samą siebie, by mieć w życiu szczęście i osiągnąć zamierzone cele.


Aladyn jest filmem dla Ciebie, jeżeli cenisz w grach muzykę, urzekająco zaśpiewane piosenki i element baśniowy.   

najnowsze