Bez prądu - film

Recenzja filmu To My. Horror i lekcja WOSu w jednym

Kamil Ostrowski, 28 marca 2019 18:30 0

Koszmary nie rodzą się w czeluściach piekielnych, lecz na drugim biegunie naszych wygodnych, cieplutkich żyć w dobrobycie.

Jordane Peele należy do najciekawszych przedstawicieli filmowego nowego pokolenia zza oceanu. Czarnoskóry reżyser i scenarzysta na swoim koncie miał do niedawna tylko Uciekaj! z 2017 roku. Kiedy weźmiemy jednak pod uwagę, że film został obsypany nagrodami, w tym za najlepszy scenariusz oryginalny właśnie dla Peela, to trudno dziwić się, że oczekiwania w stosunku do To My (w oryginale o podwójnie intrygującej nazwie Us) są ogromne. Nawet jeżeli twórcy nie udaje się przebić samego siebie, tak zdecydowanie jest na dobrej drodze do zbudowania swojej marki, a w konsekwencji może i legendy.

To My jest na pewnych gruntach bardziej klasycznym horrorem od Uciekaj!, a z drugiej strony reżyser pozwala sobie na dużo wyraźniejsze zarysowanie wątków społecznych trapiących amerykański naród. Tutaj warto przystanąć na chwilę. Całkiem możliwe że podobnie jak ja, również wielu z Was spodziewało się kontynuacji pochylania się nad konfliktem rasowym we współczesnym USA. Chociaż na wczesnym etapie projekcji może się wydawać, że Peela kusiło takie podejście do sprawy, tak ostatecznie morał jest zupełnie inny i bardziej uniwersalny. Jednocześnie twórcy udaje się przekazać go w sposób względnie zręczny, nawet jeżeli w ostatnich dwudziestu minutach łopatologicznie wykłada nam znaczenie swojego dzieła (chyba największa wada To My).

Film przybliża nam historię amerykańskiej rodziny (czarnoskórej, chociaż to akurat bez znaczenia), która spędza wakacje na południu kalifornijskiego wybrzeża. Klasyczna rodzinka w postaci dwa plus dwa relaksuje się w domku nad rzeką, dojeżdżając w ciągu dnia na plażę w Santa Cruz, gdzie czekają na nich znajomi (biali, chociaż to akurat też bez znaczenia). Sielankę mocno zaburza fakt, że matka/żona, a zarazem główna bohaterka przeżyła w dzieciństwie traumę bawiąc się w gabinecie luster w tej właśnie okolicy. Niedługo po przybyciu zaczyna ona zresztą dostrzegać coraz wyraźniejsze znaki świadczące o tym, że niedługo wydarzy się coś potwornego. Klasycznie nie trzeba długo czekać od momentu namnożenia się objawień numerów złowrogich wersetów z Biblii, do pojawienia się ZŁA.

Nie jest żadną tajemnicą czym jest ZŁO w To My. Już zwiastun zdradza, że spokojną rodzinkę nawiedzają ich diabelskie odbicia lustrzane. Każdy z bohaterów posiada swój złowrogi odpowiednik. Kreacja tych postaci zdecydowanie stanowi najjaśniejszy punkt programu jaki serwuje nam Peele. Ich dziwaczny sposób poruszania się przywodzi na myśl nie tyle dzikie zwierzęta, ile ludzi opętanych, bądź pod wpływem narkotyków. Pomimo tego, że nie mają żadnych supermocy, nie pojawiają się nagle za plecami bohaterów, ani nie wstają z grobu po piątym ich uśmierceniu, to wydają się bardziej demoniczni, niż wiele filmowych potworów o nadprzyrodzonym rodowodzie.

To My nie straszy jakoś szczególnie. To raczej thriller niż horror. Nawet ten strach który już występuje, raczej ma pobudzić do myślenia o tym co autor miał na myśli, niż sprawić, żebyśmy kulili się w fotelu kinowym. Tym bardziej, że Jordan Peele nie leci standardowym horrorowym, ani nawet thrillerowym schematem. Nie ma sinusoidy strach-rozluźnienie, a raczej utrzymanie względnie wysokiego napięcia mniej więcej już po pół godziny filmu i trzymanie ciśnienia niemalże do napisów końcowych. Często twórca rezygnuje też z klasycznych konfrontacji jeden na jednego, nawet kiedy aż się o to prosi.

Słowo uznania dla aktorstwa. Pierwsze skrzypce gra genialna wręcz Lupita Nyong’o w podwójnej roli Adelaide Wilson i swojego złowrogiego alter-ego, czyli Red. Zdumiewa mnie to jak płynnie przechodzi z gry silnej, zdeterminowanej, ale jednocześnie przerażonej kobiety, w skórę demonicznej siły. Ludzkiej, ale wypaczonej do granic możliwości. Pozostali radzą sobie też dobrze, chociaż nie tak znakomicie. Wspomnę jeszcze o występującej w mocno drugoplanowej, ale bardzo dobrej roli Elizabeth Moss jako Kitty Tyler/Dahlii.

To My to bardzo ciekawe kino. Twórca wymyka się schematom, pozwala sobie na trochę moralizatorstwa, czym na szczęście nie kanibalizuje dobrego pomysłu. Aktorzy dopisali, dialogi dopisały, zdjęcia dopisały. Co prawda jest gorszy od genialnego Uciekaj! i w ogóle trochę słabo sprawuje się jako straszak, aczkolwiek po pierwsze nie można spodziewać się, że niedawny debiutant przejdzie samego siebie tak szybko, a po drugie, nie wszystkie filmy musimy przecież szufladkować. Tak czy inaczej, wstydu nie ma.

Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
Jaja bez trzymanki i wartości rodzinne - recenzja filmu Shazam!
Potykający się kurier - recenzja filmu Kurier
Recenzja filmu Girl. Dojrzewanie do kwadratu
najnowsze