Recenzja

Dziki goryl i dziki jazz - recenzja Ape Out

Piotr Nowacki, 23.03.2019 13:00 0

Jazzowe Hotline Miami z gorylem w roli głównej - czego tu nie kochać?

A gdyby w Hotline Miami zamiast techno był jazz? – podejrzewam, że nikt z was nigdy takiego pytania sobie nie zadał. Jednak na to właśnie pytanie odpowiada Ape Out.

Ale od początku. Ape Out słusznie może kojarzyć się z Hotline Miami. Obie te gry to piekielnie trudne, brutalne gry akcji z perspektywą z góry. Te tytuły również łączy wyrazista stylistyka oraz niepowtarzalna ścieżka dźwiękowa. Co je różni? Podczas gdy Hotline Miami to przerysowana wizja lat 80., w której wcielamy się w niezrównoważonego mordercę, w Ape Out sterujemy gorylem uciekającym z ośrodka badawczego.

Stawiając tezę, że Ape Out to jazzowe Hotline Miami nie mam tu na myśli prostej substytucji jednego gatunku muzycznego na inny, to nie jest prosta zamiana M|O|O|N i Perturbatora na Charliego Parkera, Milesa Davisa czy Johna Zorna. W Hotline Miami muzyka stanowi rdzeń tej gry, razem z rozgrywką tworzą doskonałą synergię. Jeśli muzyka ma współgrać z jazzowym Hotline Miami, to w dużej mierze esencja gry musi również ulec zmianie.

Istotą techno jest jego doskonała repetytywność – i to znajduje swoje odzwierciedlenie w rozgrywce Hotline Miami. Gra nie pozostawia żadnego marginesu na błąd, przeciwnicy mają czas reakcji taki, jakby mieli dziurki w nosie wiecznie pełne kokainy (co w sumie pasuje do ejtisowo-gangsterskiego klimatu), chwila zawahania skutkuje śmiercią i koniecznością powtarzania poziomu. Dlatego tak jak sekwencer zawsze perfekcyjnie wybije rytm, tak samo gracz musi osiągnąć tę mechaniczną perfekcję, aby przeżyć. Ape Out idzie inną drogą. Wyróżnikiem jazzu jest improwizacja, i to improwizowanie jest zadaniem graczem. W przeciwieństwie do Hotline Miami, gdzie na ogół konieczne było wymordowanie wszystkich wrogów na każdym poziomie, tu cel jest inny: wydostać się na wolność. Jak tego dokonamy – to już kwestia drugorzędna. Nie ma możliwości oprzeć się na jednej, z góry wybranej strategii. Po każdej przegranej poziom jest generowany od nowa, i nawet jeśli chwilę wcześniej najlepszą taktyką było ciche przemykanie się poza zasięgiem wzroku wrogów, przy kolejnej próbie największe szanse na przeżycie możesz mieć zabijając wszystkich wkoło.

Ten improwizowany duch doskonale oddaje muzyka. Z jednej strony, podkład dźwiękowy dostosowuje się do tego, co się dzieje na ekranie, na bieżąco dobierając odpowiednie ścieżki z bazy setek sampli. Samo w sobie to nie zwala z nóg – z dynamiczną muzyką mieliśmy do czynienia już dwie dekady temu w Unrealu. Jednak jeden mały detal zmienia tutaj bardzo wiele: gracz niejako współtworzy muzykę – każdemu zabiciu wroga towarzyszy uderzenie w talerz, i chociaż na papierze nie wygląda to jak coś oszałamiającego, w praktyce to świetnie zwiększa zaangażowanie gracza, pozwala zanurzyć się w muzyce. Gracz na swój sposób wciela się nie tylko w rolę goryla, ale też staje jazzmanem.

W związku z tym, że nie ma możliwości nauczenia się poziomu na pamięć, pod niektórymi względami nie jest to tak bezlitosna produkcja jak gry ze studia Dennaton. Nasz goryl ginie dopiero od trzeciego trafienia, a strażnicy reagują z zauważalnym opóźnieniem – co jest zupełnie zrozumiałe, ja zapewne też bym zamarł na chwilę, gdyby szarżował na mnie ćwierćtonowy goryl. Nie znaczy to bynajmniej, że jest łatwo. Ape Out jest szalenie wymagające, to jeden z niewielu tytułów, który powodował, że głośno złorzeczyłem i rzucałem w stronę komputera wysoce nieparlamentarnym językiem. Nie zdziwię się, jeśli ofiarą tej gry padnie niejeden kontroler przemieniony gniewem w improwizowany pocisk balistyczny.

Ape Out powinno zachwycić również wszystkich miłośników minimalizmu. Widać, że maksyma less is more przyświecała przy projektowaniu każdego elementu gry. Za przykład może służyć znikomy interfejs. Nie ma licznika stanu zdrowia – to, ile życia ma jeszcze goryl, pokazuje obfitość strumienia krwi, który za sobą zostawia. To samo się tyczy inspirowanej plakatami i animacjami Saula Bassa grafiki. Zamiast natłoku detali mamy wyraziste plamy barwne przecinane wizualnymi szumami przywodzącymi na myśl trzask winylowej płyty. Przy czym tę grę trzeba oglądać w ruchu, statyczne obrazki mogą nie wyglądać zbyt zachęcająco.

I, przede wszystkim, minimalizm widać w rozgrywce. Często we współczesnych grach przeszkadza mi niepotrzebny natłok elementów. Gdy gram w jakimkolwiek Call of Duty i widzę dosłownie dziesiątki broni, to tęskno mi do shooterów z lat 90., które miały 10 sztuk różnego orężna - ale za to naprawdę unikalnego i dopracowanego od początku do końca. Jednak przy Ape Out w starych Quake’ach mieliśmy istny bizantyjski przepych. Tutaj możliwość interakcji ze światem gry ogranicza się w zasadzie do dwóch czynności: lewym klawiszem myszy, w zależności od kontekstu, uderzamy przeciwnika albo rzucamy tym, co mamy w rękach, prawy zaś służy do chwytania. Brzmi ubogo, ale ten z tej prostej mechaniki wyciśnięto wszystko, co się da. Te proste czynności w zależności od sytuacji potrafią dać drastycznie odmienny efekt. Chwytając szeregowego przeciwnika dostajemy doskonałą żywą tarczę, jeśli zaś złapiemy wroga z dynamitem, to wybuchniemy razem z nim, jeśli trafi go zbłąkana kula. Ochroniarz z karabinem maszynowym po złapaniu wysyła w losowym kierunku cały strumień pocisków, dzięki czemu możemy szybko wyczyścić z wrogów cały korytarz… A to tylko wierzchołek góry lodowej. Kombinacji jest multum, a do osiągnięcia sukcesu niezbędne jest opanowanie ich wszystkich.

Znacie to wspaniałe uczucie satysfakcji, kiedy wszystko do siebie idealnie pasuje? Kiedy prawidłowo umieszczonym pionowym klockiem w Tetrisie czyścimy planszę do zera, kiedy piłka trafia do kosza nawet nie muskając obręczy, albo gdy oglądamy filmy z niesamowitymi maszynami z fabryk? Właśnie takie wrażenia towarzyszyły mi, kiedy grałem w Ape Out. Twórcy wzięli kilka elementów – jazz, wielki, wkurzony naczelny i stylistyka lat 50. – i konsekwentnie wyciągnęli z nich wszystko co się dało, każdy zbędny element wyrzucając do śmietnika. Dawno nie miałem do czynienia z grą równie spójną i przemyślaną.

Nie jest to jednak tytuł dla każdego. Jeśli nie bawią Cię gry bezlitośnie trudne, to zapewne nie znajdziesz za dużo uciechy grając w Ape Out. Możliwe również, że ta gra Ciebie nie porwie, jeśli nie jesteś miłośnikiem lub miłośniczką jazzu. Ale być może do nieprzekonanych przekona do tego gatunku ułożona przeze mnie playlista, na której nie znajdziecie podstarzałych nudziarzy w garniturach, którzy grają ugładzony jazz dla wyższej klasy średniej.

APE OUT (Switch)

  • muzyka!
  • dopracowana, satysfakcjonująca rozgrywka
  • Saul Bass!
  • poziom trudności może odstraszać
Dla miłośników jazzu i trudnych wyzwań. 9.0
najnowsze

Poznajcie Sigmę, nowego bohatera Overwatch

Przez cały weekend twórcy bawili się wyśmienicie drocząc się ze społecznością graczy Overwatcha, którzy usilnie próbowali odgadnąć, kim będą mogli zagrać w najbliższej przyszłości. Teraz już wiedzą.