Bez prądu - film

Bajka na dobranoc w zimową porę życia - recenzja filmu Przemytnik

Joanna Kułakowska, 17 marca 2019 23:00 1

Kolejny film Clinta Eastwooda, w którym nie tylko wciela się on w głównego bohatera, ale jest także reżyserem oraz spiritus movens produkcji.

Przemytnik (ang. The Mule) w reżyserii Clinta Eastwooda sprawia wrażenie opowieści fikcyjnej z gatunku tych cudownie niedorzecznych i nieprawdopodobnych, ale za to „duszoszczypiastej”, gdzieniegdzie dydaktycznej, gdzieniegdzie zaś przewrotnej, lecz tak czy owak komicznej. Ot, zwariowana komedia obyczajowa o bajkowym charakterze – gdzie bohaterowie chwilami zachowują się niczym w zabawnej kreskówce – stworzona ku pokrzepieniu serc wszystkich starszych osób, które czują się bezradne i niepotrzebne, mając wrażenie, że świat oszalał, a one nie mogą już za nim nadążyć (ba, nawet nie chcą), ku napomnieniu dla młodszych, by nie lekceważyły „starych pryków”, i ku przestrodze dla wszystkich, by nie traciły z oczu tego, co w życiu najważniejsze (a o czym wielu z nas lubi zapominać w pogoni za karierą lub zabawą). Tymczasem scenariusz Sama Dolnicka i Nicka Schenka nawiązuje do wydarzeń, które jak najbardziej zaistniały w rzeczywistości – rzecz opisana została w artykule Dolnicka, który można przeczytać tutaj. Tak więc faktycznie uwaga na dziarskich staruszków... A zwłaszcza, jeśli mają werwę Clinta Eastwooda, który raz po raz udowadnia, że potrafi łączyć swój niegdysiejszy wizerunek cynicznego twardziela z portretem osoby kruchej i zagubionej, a mocny przekaz z dowcipem, i tworzyć filmy, w których każdy znajdzie coś dla siebie.

Earl Stone (Clint Eastwood), główny bohater filmu Przemytnik, to hodowca liliowców, który szalenie kocha kwiaty i swój klub weterana. W zasadzie kocha on również swoją rodzinę, ale dwie pierwsze miłości wymagają nieustannego „podlewania”, a brylowanie wśród uwielbiających jego czar i poczucie humoru znajomków stanowi dlań „wodę życia”... W rezultacie w życiu Earla nie ma już zbytnio miejsca na rodzinne sprawy, nie ma już czasu, by poświęcać go na tak męczące, upierdliwe i w gruncie rzeczy mało ciekawe kwestie, jak na przykład ślub jedynej córki Iris (w którą notabene wciela się Alison Eastwood, córka Clinta). Sytuacja zmienia się nieco, gdy ignorowane dotąd zmiany społeczne i technologiczne w postaci internetu jednak w końcu brutalnie dają o sobie znać. Nasz bohater staje się bankrutem, wszystko, co uważał za pewnik, przekwita i znika, przede wszystkim zaś ciąży mu samotność – wtedy to powoli zaczyna rozumieć, że wykazał się brakiem serca i głupotą, straciwszy z pola widzenia coś znacznie cenniejszego niż interes i hobby w jednym.

Na szczęście wnuczka Ginny (Taisa Farmiga), pomimo ostrzeżeń, postanowiła nie skreślać swego irytującego, egoistycznego dziadka... dzięki czemu ów mógł odmienić swój los. A jako że życie nieraz okazuje się twórcą najdziwniejszych scenariuszy, dotyczyło to nie tylko aspektów rodzinnych. Owa odmiana losu – zarówno na płaszczyźnie uczuciowej, jak i finansowej – odbyła się w sposób wysoce nietypowy. Niewielu ludzi, a już na pewno nie 90-letnich starców, może powiedzieć, że zostało przemytnikami narkotyków dla meksykańskiego kartelu Sinaloa, i to w dodatku bardzo cenionymi... Jako że nasz przemytnik jest i wrażliwym ogrodnikiem, i twardym weteranem wojny koreańskiej, a do tego człowiekiem niezwykle oderwanym od współczesności, zostajemy świadkami istnego kalejdoskopu przezabawnych, powalających swoistym absurdem zdarzeń.

Clint Eastwood ma świetną rękę do parodii i uwypuklania groteskowego wymiaru rzeczywistości. Tak więc podczas seansu Przemytnika ciężko powstrzymać się od chichotu, oglądając pretensjonalny, ociekający złotem i seksem „dwór” szefa kartelu; staruszka, który przez długi czas nawet nie stara się połączyć faktów (w myśl zasady, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a wszak wnuczka i kumple potrzebują forsy), niefrasobliwie korzystając z wszelkich dobrodziejstw nagłej poprawy sytuacji materialnej; groźnych latynoskich gangsterów (co bez wahania skatują albo wsadzą kulkę w głowę), jak okazują pełną czułości sympatię zmagającemu się z obezwładniającym zadaniem wysyłania SMS-ów „Tacie” tudzież pozwalają mu realnie sobie ojcować, a także agentów DEA, którzy w ramach ironii losu długo gonią własny ogon, bo żadna osoba hołdująca zdrowemu rozsądkowi nie uzna za prawdopodobne tak (nie)oczywistych możliwości. Oklaski wzbudza wyeksponowany dysonans poznawczy – na przykład zestawienie przyzwyczajonych, że sieją grozę bądź nie budzą nadmiernego zainteresowania, meksykańskich gangusów z białymi redneckami z małego miasteczka. Eastwood i scenarzyści rozbrajająco pokazują dzisiejszy świat oczyma osobnika (bardzo) starej daty, dla którego pomysł, że kogoś trzeba jakoś tam nazywać, a inne określenia są uznane za deprecjonujące, jak również fakt, że współczesny młodziak odcięty od internetu może okazać się kompletnie bezradny w oczywistych dla bohatera kwestiach, stanowi po prostu wcieloną niedorzeczność. Co ciekawe, wszystko to udało się tak spreparować, że oznacza zarazem pochwałę pokonywania dystansu i uprzedzeń między ludźmi z różnych pokoleń i o różnych kolorach skóry.

Bardzo mocną, wzruszającą stronę opowieści Przemytnik – choć jednocześnie sprawia to wrażenie najbardziej naciąganego wątku – stanowi problem związany z traktowaniem rodziny, następujące później częściowe odkupienie oraz proces przebaczenia i akceptacji. Szczególnie szybkie tempo tego ostatniego budzi wątpliwości. Przyznać jednak trzeba, że twórcy przygotowali w ten sposób wyciskacz łez, który podziała na sporą część publiczności. Cóż, po prostu chcemy, żeby to było możliwe, pragniemy w to wierzyć. Może przez intensywność faktu, w jaki sposób główny bohater (a może i sam Clint Eastwood?) przekonuje innych, tych, którzy nie mają jego doświadczenia i lat na karku, żeby się opamiętali i nie popełniali tych samych błędów co on, że Praca nie przeszkadza, pod warunkiem że jest na drugim miejscu. Trzeba, bo potem może być za późno – nawet długie życie jest... krótkie. Dlatego samo zakończenie paradoksalnie wydaje się nader specyficzne. W zasadzie mamy do czynienia z trzema prawdopodobnymi interpretacjami: albo staruszek uniósł się honorem „prawdziwego mężczyzny”, nie zdając sobie sprawy, że przez to postąpił niehonorowo wobec tych, którzy zasługiwali, by poświęcić im cały czas, jaki mu pozostał; albo – świadomie czy nie – znów zachował się egoistycznie, preparując sobie sławę, a zarazem święty spokój na ostatnią zimę swego życia, albo też uważał, że ich chroni, że czyni to dla ich dobra. Chociaż może wszystko naraz?

Prawdziwy ojciec i prawdziwa córka

Generalnie rzecz biorąc, niniejszy obraz należy zaliczyć do bardzo udanych. W Przemytniku bierze udział śmietanka aktorska, która dostarcza widzom i wzruszeń, i odrobiny stresu, i wyśmienitej zabawy. Przede wszystkim zachwyca Clint Eastwood, znakomity aktor, który w swej kreacji łączy lekką, prześmiewczą komedię z mądrym dramatem obyczajowym i nawet dokonując aktów komicznie przerysowanych, okazuje się nad wyraz przekonujący. Na głośne brawa zasługują Bradley Cooper (agent Colin Bates) i Michael Peña (agent Trevino), którzy odpowiadają za najśmieszniejsze teksty w filmie. Na ekranie zobaczymy też Laurence’a Fishburne’a jako oficera zajmującego się kartelem oraz Andy’ego Garcię w roli Latona, szefa przestępczej organizacji – ci dwaj w zasadzie nie robią w filmie Eastwooda zbyt wielu spektakularnych rzeczy, ale widać, że owe postacie im nieźle przypasowały. Porządnie sprawiły się aktorki – o ile jednak Alison Eastwood i Taisa Farmiga jako córka (Iris) i wnuczka (Ginny) głównego bohatera prezentują się wyraziście, lecz wiarygodnie, tak po prostu zwyczajnie, o tyle Dianne Wiest, wcielając się w jego byłą małżonkę, wydaje się nakreślona zbyt grubą kreską. Szkoda również, że nie zadbano o sceny, które w pełni oddałyby dynamikę między Iris (pałającą żalem i gniewem wobec wyrodnego ojca) a Ginny (jak każda „dziewczynka”, niezależnie od swego wieku, pragnącą mieć przy sobie kochanego dziadka, któremu wybaczy niemal wszystko, bo to dziadek, i kropka).

Analizując produkcję Przemytnik i biorąc pod uwagę wspomnianą już kwestię, że mamy do czynienia ze światem percypowanym przez pryzmat człowieka w głębokiej zimie swego życia, łatwo dojść do wniosku, iż to w jakimś stopniu dydaktyczna przypowieść dla młodszych, a zarazem rodzaj pokrzepiającej, upojnej bajki na dobranoc, w której stary mężczyzna przeżywa ostatnią wielką przygodę, dzięki której zachowa „sławę mołojecką”, zrobi to, co „należy”, uzyska miłość najbliższych i pozostawi po sobie „testament” – pomnik tego, co to na starość dokonywał czynów, jakim nie podołaliby młodzi. Clint Eastwood, jakby kierując się stwierdzeniem: „Jestem tak stary, że już wszystko mi wolno, niczym nie ryzykuję, mogę sobie pozwolić nawet na wybryki, których wam nie wypada uskuteczniać”, siedząc na swym reżyserskim krześle, zachowuje się trochę niczym rozbrykany nastolatek, złośliwie pokazujący innym język. Dlatego mamy tu sceny długotrwałego epatowania kobiecymi pośladkami, którego czas jest zupełnie nieuzasadniony pod względem fabuły, dlatego też twórca z wyraźnym upodobaniem zamieszcza prowokacyjne sceny, które pewnie wprawią w histerię fanatycznych zwolenników i zwolenniczki poprawności politycznej. Jeśli jednak umiecie zachować dystans, niechybnie docenicie recenzowany obraz za mnóstwo humoru, solidną grę aktorską, świetne zdjęcia i muzykę stanowiącą udaną ilustrację zarówno chwil smutnych, dramatycznych, jak i zabawnych. Przemytnik Eastwooda na pewno spodoba się tym, którym przypadł do gustu film W starym, dobrym stylu Martina Bresta (recenzja znajduje się tutaj).


Przemytnik to film dla Ciebie, jeśli interesuje Cię dorobek Clinta Eastwooda oraz mimo wszystko lubisz grać w Call of Juarez: The Cartel.

Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
najnowsze