Felieton

Rape Day to papierek lakmusowy stanu debaty o granicach w grach wideo

Kamil Ostrowski, 15 marca 2019 14:00 0

Czy wypada wirtualnie gwałcić, nawet NPCa? Można wydawać takie produkcje czy nie ? Pisać o Rape Day czy nie pisać? Oto są pytania.

Kontrowersje tego rodzaju nie zdarzają się codziennie. Powiedziałbym wręcz, że dyskusja o granicach jakie można przekraczać w wirtualnych światach rzadko kiedy wykracza poza ściśle hermetyczne środowiska krytyków i najbardziej zapalonych fanów gier komputerowych. Dlatego też podejrzewam, że gdy twórca Rape Day zorientował się jakie zamieszanie wywołał swoją niezależną i w gruncie rzeczy niezbyt interesująco zapowiadającą się produkcją, prawdopodobnie musiał krzyknąć “jackpot!”. Największe media, w tym media mainstreamowe na całym świecie, zachłysnęły się informacją o “grze w gwałt”.

Opinia publiczna, jak można było się domyślać, szybko się podzieliła. Mówimy tutaj o rozłamie bardzo kategorycznym, bo w tym wypadku ciężko jest przyjąć pozycję kompromisową. Jak w każdym wielkim konflikcie, odpowiedzieć na zasadnicze pytanie można “tak” albo “nie”. Ewentualnie możemy problem rozbić na mniejsze kwestie, ale i w tym przypadku będziemy mieli do czynienia z dualizmem dostępnych postaw moralnych.

Czy Rape Day powinno w ogóle powstać i zostać udostępnione szerokiej publiczności?

Tak czy nie? Łatwo jest zasłonić się wolnością słowa, co też robi chętnie twórca w FAQ na stronie internetowej dedykowanej swojej produkcji. Jednocześnie niedawno pojawiło się dodatkowo parę wymówek, mających chyba zabezpieczyć go, przynajmniej na płaszczyźnie moralnej, przed ewentualnym zmasowanych hejtem. A może także dać ewentualną podkładkę dla prawnika, broniącego go przed pozwem jakiejś nadgorliwej organizacji pozarządowej.

Możemy więc przeczytać, że tak jak brutalne gry rozładowują napięcie i przyczyniają się do spadku przestępczości z użyciem przemocy, tak również gra o gwałtach, może przyczynić się do spadku liczby tego typu zbrodni. Możemy przeczytać, że w gruncie rzeczy Rape Day to czarna komedia. Wreszcie możemy przeczytać parę słów na temat metafory, jaką zdaniem twórcy jest stworzenie historii o mordercy-gwałcicielu dającym upust swoim żądzom w świecie opanowanym przez mordujące i gwałcące zombie (sic!).

Jakkolwiek mam wielką ochotę, żeby być pierwszym który krzyknie “bullshit”, tak głos z tyłu mojej głowy podpowiada mi, że to niebezpieczna ścieżka. Mogę osobiście uważać, że deweloper dorobił sobie filozofię do swojego postępowania post factum, ale nie powinienem z tego powodu ograniczać jego swobody wyrazu. Nie oznacza to od razu mojego przyzwolenia na to, żeby gry komputerowe ewoluowały w ten sposób. Chciałbym, żeby nikt nie wpadał na tego typu pomysły i ich nie realizował. Powstają jednakże również książki, filmy i komiksy w tej tematyce, nawet jeżeli znajdują bardzo wąskie grono odbiorców. Dlaczego mielibyśmy inaczej traktować gry? Czy przypadkiem przez dekady nie walczyliśmy o to, żeby gry były traktowane tak samo jak media o utartej już tradycji?

Czy Rape Day powinno być dostępne na Steamie?

Przewidziałem, że taka gra jak Rape Day pojawi się i wzbudzi kontrowersje już w felietonie z czerwca 2018 roku, kiedy to Valve zapowiedziało swoją “rewolucyjną” zmianę podejścia do cenzury na Steamie. Właściciel największej platformy dystrybucji gier komputerowych na pecetach z pełną premedytacją pozostawił sobie furtkę dla przyszłych działań tego typu, jedynie na potrzeby PRu deklarując swoją bardzo daleko idącą tolerancję dla “wszystkiego co nie jest nielegalne”.

W tym miejscu mogę chyba jedynie powtórzyć to, co już wcześniej napisałem. Nikt nie wymaga od Empiku czy Amazona, żeby dystrybuował manifest Andresa Brevika. Nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewałby się, że Netflix wykupi prawa do dystrybucji różnego rodzaju pokrętnych, zboczonych filmów “fabularnych” (na przykład takich zawierających w swoim tytule nazwę pewnego bałkańskiego kraju…), tylko w imię szeroko pojętej wolności słowa. W większości systemów prawnych funkcjonuje takie pojęcie jak dyskryminacja klienta, a odmowa świadczenia usług jest penalizowana, nigdy jednak nie słyszałem, żeby miało być w jakikolwiek sposób transpondowane na relację twórca-wydawca. Tym bardziej, że pytanie o to czy Rape Day nie pochwala postaw kryminalnych pozostaje otwarte i stawiałbym diamenty, przeciwko łupinom po orzechach, że prawnicy Valve obroniliby w sądzie taką tezę.

Osobiście nie jestem wcale zwolennikiem założenia, że właściciel platformy cyfrowej jest jej jedynym panem i władcą, i może podejmować arbitralne decyzje nawet wbrew wcześniejszym ustaleniom czy regulaminowi, aczkolwiek w tej chwili nikt nie byłby w stanie realnie przymusić Valve do wypuszczenia Rape Day na Steamie. Bezprzedmiotowe wydaje się też pytanie czy powinni, skoro prawie na pewno tytuł ten łamie ich regulamin dotyczący niepublikowania treści o charakterze “nielegalnym”.

Czy dziennikarze powinni pisać o Rape Day, napędzając wirusowo rozchodzące się zainteresowanie tematem?

Oto jest pytanie, które powtarzają sobie dziennikarze z różnych branż od wielu dekad. Przede wszystkim ci “ogólnotematyczni”, chociaż jak widać rozterki moralne mogą trafić się nawet podczas pisania o grach wideo. Trzeba przecież pamiętać, że prawdopodobnie fakt istnienia i wypuszczenia takiej produkcji jak Rape Day sprawia psychiczne cierpienie wielu osobom: zarówno graczkom, które padły ofiarą seksualnej przemocy, jak i osobom niegrającym, w oczach których może być to trywializowanie ludzkich dramatów.

Argumenty te łatwo odeprzeć, a ja do końca pozostanę obrońcą tezy, że dziennikarz powinien przede wszystkim pisać o tym co jest ważne, a nie próbować kształtować rzeczywistość poprzez selektywne wybieranie materiałów. Czy to temat trudny? Zdecydowanie. Bolesny dla niektórych? Zdecydowanie. Czy jednak gry o tematyce wojennej nie były na początku trudne dla wdów i sierot po żołnierzach? Na pewno tak. Z czasem jednak proste strzelanki zmieniły się w produkcje, które potrafiły ukazać horror i grozę wojny. Możliwe więc, że Rape Day, jakkolwiek głupi i infantylny, stanie się przyczynkiem do otwarcia się branży na trudną, ale ważną przestrzeń. Możliwe, że dzięki deweloperowi, który chciał zbić łatwo kapitał marketingowy, doczekamy się kiedyś produkcji o tym jak ofiara seksualnej przemocy radzi sobie ze swoją traumą czy odgrywa się na swoim oprawcy. Możliwe, że ktoś w odpowiedzi stworzy grę zatytułowaną “Wykastruj Gwałciciela”, która pomoże pokrzywdzonym zapomnieć na chwilę o swoich dramatycznych przeżyciach i oddać się prostej przyjemności usuwania genitaliów takiego delikwenta. Nie oznacza to oczywiście, że bylibyśmy zwolennikami takiego rozwiązania w prawdziwym życiu. Ale hej, skoro można na jedną nóżkę, to można i na drugą. Na takie rozwiązanie tego sporu w rodzinie twórców, dystrybutorów i graczy miałbym właśnie nadzieję.

Opinia: Steam chce coś zrobić z recenzjami użytkowników. Najlepiej niech je usunie
Przygoda na małą skalę - recenzja Away: Journey to the Unexpected
Ciemne chmury zbierają się nad Steamem. Zaczyna się nowa cyfrowa rewolucja?
Blizzard może mówić co chce, ja i tak wierzę w prace nad Warcraftem IV
najnowsze