Recenzja - konsole

Nowa fabuła, stary gameplay - recenzja DLC Assassin's Creed Odyssey: Dziedzictwo Pierwszego Ostrza

Małgorzata Trzyna, 13 marca 2019 15:00 0

Dziedzictwo Pierwszego Ostrza pozwala poznać emocjonującą historię, lecz mechaniki zabawy są dokładnie takie same, jak w podstawce.

Assassin's Creed Odyssey to przygoda, która wystarcza na dziesiątki, wręcz setki godzin i do której można regularnie wracać, by wykonywać zmieniające się codziennie misje na tablicach, nowe zadania, pokonując raz w tygodniu legendarny statek lub najemnika. Kolejnym i chyba najważniejszym powodem, by nie odstawiać gry na półkę po ukończeniu głównej fabuły i zwiedzeniu świata są fabularne DLC. Pierwszym z owych DLC jest Dziedzictwo Pierwszego Ostrza (dostępne do kupienia osobno lub wraz z Przepustką Sezonową), podzielone na trzy części, wydawane w kilkutygodniowych odstępach. Niebawem wystartuje drugie DLC - Los Atlantydy, zatem to idealny moment, by poznać fabułę pierwszego z dodatków.

W DLC Dziedzictwo Pierwszego Ostrza twórcy postanowili pozwolić graczom walczyć u boku legendy - pierwszego w historii posiadacza ukrytego ostrza, Dariusza (o którym napomknięto już w Assassin's Creed 2. Choć jest on ważną postacią w opowieści, nie możemy pokierować nim nawet przez chwilę (tak jak na początku podstawki kierowaliśmy Leonidasem). Kiedy poznajemy Dariusza, jest już starym człowiekiem i tylko z jego wspomnień, przedstawionych w formie cut-scenek, dowiadujemy się, w jaki sposób wykorzystał ukryte ostrze. Zabójstwo pewnej ważnej osobistości przysporzyło jego rodzinie kłopotów, ale nie postanawiamy pomóc mu wyłącznie z dobroci serca.

Przez całą grę (zarówno w podstawce, jak i DLC) nie mamy możliwości korzystania z ukrytego ostrza, będącego sztandarową bronią w Assassin's Creed od pierwszej odsłony serii. Zamiast niego Aleksios / Kasandra wykorzystują złamaną włócznię Leonidasa, będącą równocześnie Fragmentem Edenu. Dariusz nie pozwala nam wypróbować swego cacka, ale to nie szkodzi. Nie ma powodów, by zazdrościć broni, której użytkownik musi wykazać się niemałym sprytem, by podejść do ofiary i rozprawić się z nią po cichu. Co innego, gdybyśmy mieli dwa ukryte ostrza i skacząc z wysoka wykańczalibyśmy dwóch oponentów naraz... Cóż, potrzeba było geniuszu Leonardo da Vinci, by wpaść na pomysł zamocowania tej broni na obu rękach.

Już na początku opowieści dowiadujemy się o istnieniu Zakonu, który poluje na Splamionych. Aleksios / Kasanda także są uważani za Splamionych, w naszym interesie leży więc rozprawienie się z członkami tej dziwnej organizacji. Jeśli nie macie dość Czcicieli Kosmosa z głównego wątku - pojawili się nowi kandydaci, którzy proszą się o śmierć. Wspomniany Zakon jest wyraźnie zalążkiem Templariuszy: pojawiają się znane z poprzednich odsłon serii hasła, że nawet jeśli kogoś zabijemy, nie zdołamy zniszczyć idei, są też marzenia o zaprowadzeniu własnego porządku na świecie i zapewnieniu pokoju. Dziwnym jest słuchać, że to my jesteśmy przyczyną chaosu i należy nas wyeliminować - z ust tych, którzy nie stronią od przemocy i zabijania niewinnych, byle osiągnąć cel. Z drugiej strony, jeśli dobrze się zastanowić, swoje na sumieniu mamy. Tak czy inaczej, nie pozostawiono nam wyboru, musimy zabijać dalej najemników (którzy czasem na nas polują), członków Zakonu, strażników, którzy mieli nieszczęście znajdować się w obozie lub twierdzy, gdzie ukryto coś interesującego, bandytów - i tak dalej.

DLC skupia się także na motywie założenia własnej rodziny - Aleksios / Kasandra zaczynają tęsknić za zwykłym życiem. Ubisoft tłumaczył, że nasz bohater / bohaterka zrozumieli, jak ważne jest, by przetrwał ich ród i dlatego postanowili, że będą mieli potomka. Wokół wymuszonego fabularnie związku zrobił się spory szum. Kiedy przez całą grę mamy możliwość decydowania, z kim chcemy romansować, nagle musimy pogodzić się z myślą, że zostaliśmy skazani na posiadanie konkretnej towarzyszki lub towarzysza życia. Osobiście nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie - w podstawce nie przypadły mi do gustu jednorazowe przygody z kim popadnie, a w DLC wreszcie pojawiła się relacja z kimś, o kim nie zapomnimy w momencie, kiedy zakończy się scenka z pocałunkiem. Mimo pozytywnego nastawienia do faktu, że wreszcie protagonista ma normalną rodzinę, miałam wrażenie, że niektóre momenty przedstawiono w zbyt przesłodzony sposób.

W Assassin's Creed zawsze odtwarzaliśmy wspomnienia przodków (trochę się to zmieniło wraz z rozwojem technologii Animusa, niemniej to ciągle odtwarzanie wydarzeń z przeszłości, nawet jeśli możemy na nie w jakiś sposób wpłynąć przez decyzje). Czy słusznym jest zatem oburzać się za przedstawioną historię miłosną? Trochę racji jest po stronie graczy - skoro można dokonywać wyborów, to trzeba pamiętać o konsekwencjach - jeśli gramy jako postać homoseksualna, fantastyczna relacja z osobą płci przeciwnej wygląda nie na miejscu. Z drugiej strony, z ową partnerką / partnerem sporo razem przeszliśmy, więc to naturalne, że nie będziemy traktować jej / go zupełnie oschle. Niemniej twórcy posłuchali fanów i zdecydowali się odrobinę poprawić niektóre sceny, by gracz miał możliwość podkreślenia, że związek, którego owocem jest dziecko, nie jest oparty na miłości. Gdyby jednak wszystko miało toczyć się po mojej myśli, musiałabym napisać fanfik.

DLC czasem rozśmiesza, czasem trochę nudzi, czasem zasmuca. Zabawnie jest np. w pobocznych misjach, gdy pewien człowiek wręcz w natrętny sposób stara się odwdzięczyć. Gra troszkę przynudza, kiedy pomagamy dręczonym ludziom albo wykorzystywanym dzieciakom, ale ponieważ widzimy ich pierwszy raz w życiu, trudno przejmować się ich losem. Zasmuca, kiedy staramy się chronić najbliższe osoby, co nie jest łatwe, kiedy jesteśmy celem dziwnego Zakonu, który wie o krwi płynącej w żyłach Aleksiosa / Kasandry. Chcemy czy nie, Aleksios / Kasandra będzie cieszyć się, złościć i gorzko płakać. I to właśnie ich troska o rodzinę wywołuje najsilniejsze emocje.

Wszystkie części DLC opierają się na podobnym schemacie. W porównaniu z podstawką DLC prawie nic nie wnosi nowego pod względem mechaniki. Jest wątek główny powiązany z Dariuszem i jego córką / synem oraz członkami złowieszczego Zakonu, których należy wyśledzić i zabić dokładnie tak, jak Czcicieli Kosmosa z podstawki. Są główni bossowie na końcu każdego odcinka, trochę polowania na najemników, kilka misji morskich. Często potrzebne przedmioty znajdują się w dużych fortach albo domach przywódców, gdzie łatwo narobić zamieszania i wywołać alarm - w normalnych warunkach raczej nie chciałoby mi się zaglądać do tego typu pilnie strzeżonych miejsc, bo jest ich w całej grze zdecydowanie za dużo.

Od dnia premiery Ubisoft wprowadził też kilka aktualizacji gry nie związanych z DLC, takich jak nowe poziomy do zdobycia, stopnie najemników do pokonania itp. O ile awansowanie miało sens na początku (odblokowywanie potrzebnych umiejętności z drzewek, dostęp do niektórych lokacji), tak podniesienie liczby poziomów do 99 wydaje mi się wręcz karą. Gdy wszyscy wokół z automatu stają się silniejsi, broń i zbroje w starciach z nimi są mniej skuteczne, toteż "w nagrodę za levelowanie" trzeba wydać u kowala sporo surowców na podniesienie poziomu wyposażenia lub kupienie czegoś nowego. Zawsze też można zdobywać kolejne łupy, ale irytuje mnie to, że zazwyczaj mają kilka poziomów niżej niż nasz bohater. Nie ucieszyli mnie też nowi najemnicy, po pokonaniu wręcz setek z nich najchętniej wyłączyłabym ich system całkowicie, by nie pętali się pod nogami - już pal licho bonusy za awansowanie w ich szeregach. Zwykle zabijam ich jednym, czasem dwoma ciosami (specjalne umiejętności robią swoje), ale nigdy nie lubiłam najemników i mam ich szczerze dosyć.

W grze dodano też nowe możliwości ulepszenia statku. W DLC można zdobyć nową broń do walki na morzu - i temu rozwiązaniu przyklasnę - natomiast jeszcze jedno ulepszenie wszystkich elementów, wymagające chorych ilości surowców, powstało chyba tylko po to, żeby mieć co robić z materiałami, jeśli zaczniemy zabawę w niedawno dodanym trybie Nowa Gra Plus.

Assassin's Creed Odyssey: Dziedzictwo Pierwszego Ostrza nie przypadło mi do gustu tak, jak podstawowa wersja gry. Może to kwestia tego, że pod względem mechaniki to po prostu powtórka z rozrywki? Jedyną nowością będzie zatem historia, miejscami sztuczna, przesłodzona, czasem grająca na emocjach, czasem wywołująca wspomnienia typu "czyż nie tymi ideami kierują się w innych częściach Templariusze?" Jej zakończenie jest nawiązaniem do Assassin's Creed Origins - trochę symbolicznym, wszak wydarzenia z obu części dzieli kilkaset lat. Całość zajmuje ponad 10 godzin, jeśli chcemy zrobić wszystko, co DLC ma do zaoferowania (cóż, bywają gry, których podstawowe wersje można ukończyć w znacznie krótszym czasie). Cena też jest adekwatna do zawartości (około 100 złotych, a więc niemało). Ogółem nie jest źle. Mogło być lepiej.

Assassins Creed Odyssey - Legacy of the First Blade - DLC PS4

  • możliwość poznania Dariusza - pierwszego posiadacza ukrytego ostrza
  • fabuła wywołuje silne emocje
  • pierwszy związek o którym nie zapomina się po scence z pocałunkiem
  • nawiązania do typowych haseł Templariuszy z innych części serii
  • dodatkowa broń na statku
  • zabawne zadania poboczne
  • długość DLC
  • nawiązanie do Assassin's Creed Origins
  • pod względem mechaniki rozgrywki DLC jest takie samo jak podstawka
  • przesłodzone i przynudzające momenty oraz wykorzystywanie zbyt ogranych motywów w fabule
  • nie wszystkim spodoba się wymuszony związek
Nowa historia jest ciekawa i emocjonująca, ale także zbyt sztuczna, pod względem mechanik zabawy to powtórka z podstawki. 7.0
Chodzenie po bagnach wciąga - już graliśmy w Elder Scrolls Online: Murkmire
Więcej RPG znaczy lepiej - recenzja Assassin's Creed Odyssey
W co zaGRAMy w październiku 2018 roku - najciekawsze premiery miesiąca - część pierwsza
Jakie są DLC do Frostpunka wypuszczone w 2018 roku? Sprawdzamy Fall of Winterhome
najnowsze