Felieton

Kodowanie popkultury: Stan Lee, sternik superbohaterskiego okrętu

Łukasz Wiśniewski, 09 marca 2019 21:00 1

Czym byłby koncern Apple bez Steve'a Jobsa? Pewnie tym samym, co Marvel Entertainment bez Stana Lee. Drugą ligą. Łajba bez utalentowanego sternika może skończyć jako wrak...

Ten felieton jest nieco przesunięty w czasie. Pomysł na niego zrodził mi się w głowie 12 listopada zeszłego roku, gdy świat obiegła informacja o śmierci Stana Lee. Miał być to nawet pretekst do przerwania okresu flauty, nabrania na nowo wiatru w żagle i regularnego publikowania felietonów z serii Kodowanie popkultury. Znalazłem sobie jednak wykręt, że to nieładnie tak gonić za odsłonami (tekst ukazałby się pięć dni po śmierci twórcy potęgi uniwersum Marvela). W efekcie mój cykl nie wrócił na łamy jeszcze przez wiele miesięcy, flauta trwała. Zdarzyło się jednak tak, że przedwczoraj byłem z Trashką w kinie na filmie Kapitan Marvel (recenzję jej autorstwa przeczytacie tutaj) i zobaczyłem okolicznościową czołówkę Marvel Cinematic Universe. Wiecie, tę, gdzie widzimy kolejnych superbohaterów na ekranach, które są zarazem bokami liter. Tym razem nie ma tam nikogo poza Stanem Lee, jego kolejnymi cameo appearances, które stały się obowiązkowym elementem filmów spod znaku MCU. Dobry pretekst, prawda?

Zacznijmy może od czegoś zupełnie nieoczywistego dla większości widzów: te epizodyczne role Stan Lee dostawał w filmach firmy, w której przez ostatnie dwadzieścia lat swojego życia nie pracował. Owszem, dostawał swoistą emeryturę (skromny milion dolarów rocznie), ale zarazem miał swoje nowe projekty. No i procesował się z Marvel Entertainment o udziały w zyskach z filmów, trochę jak Andrzej Sapkowski z CD Projekt RED, tyle że w znacznie większej skali: ostateczna ugoda zawierała sześć zer (pierwsza cyfra nie jest znana). Tak, przetrzyjcie jeszcze raz oczy. W Marvel Entertainment nie przestano go szanować i honorować, pomimo kłótni o naprawdę poważną kasę. Jego scena w Kapitan Marvel została nagrana gdzieś pomiędzy styczniem a lipcem 2018 roku. Kilka miesięcy potem Stana Lee już nie było wśród żywych. Anna Boden (reżyserująca film razem z Ryanem Fleckiem) wspomina to tak: Poczuliśmy, że mieliśmy prawdziwe szczęście, bo dostaliśmy okazję do spotkania się z nim i przeżycia tych wyjątkowych chwil na planie filmowym. Był wręcz otaczany czcią, gdy się pojawiał, a samą swoją obecnością wnosił wiele życia. Zdecydowano się dokręcić jedno ujęcie, mimo iż prace nad filmem były zaawansowane. Oryginalnie pewien staruszek uśmiechał się znad gazety do przechodzącej Kapitan Marvel. Dodano to, że superbohaterka odwzajemniła ten uśmiech. Skąd ten szacunek, niemalże kult? Zdekodujmy to poprzez podróż w przeszłość.

Takim go zapamiętaliśmy (foto z domeny Wikimedia Commons)

W listopadzie 2018 roku widziałem sporo wpisów, czasem nawet artykułów, utrzymanych w tonie “ojej, już nie opowie kolejnych wspaniałych historii o superbohaterach”. Moje czoło zaliczyło wtedy kilka bolesnych zderzeń z blatem biurka. Te pozorne hołdy zupełnie mijały się z tym, kim Stan Lee naprawdę był. W pewnym sensie go wręcz deprecjonowały. Tak się składa, że historie o bohaterach z uniwersum Marvela przestał osobiście tworzyć w 1972 roku, czterdzieści sześć lat przed śmiercią! Przez drugą połowę życia zajmował się czymś zupełnie innym. Owszem, czasem był współtwórcą, ale jego rola jako wydawcy w Marvel Enterprises (tak się wtedy nazywała firma) była znacznie ważniejsza. I to właśnie ona zapewniła mu ów dozgonny szacunek twórców oraz prawdziwych fanów (w odróżnieniu od fanów obudzonych nekrologiem). Stan Lee odmienił oblicze komiksu superbohaterskiego. Nie raz, oj nie raz...

cameo w filmie Hulk z 2003 roku - trwał proces o udział w zyskach

Jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku, jako scenarzysta, wyważył szereg drzwi. Pierwszą rewolucją było nadanie superbohaterom ludzkich cech. W tych czasach hegemonem rynku było wydawnictwo znane dziś jako DC Comics (oryginalna nazwa była związana z flagową serią Detective Comics, więc aktualnie firma to… Detective Comics Comics). Adresowali oni swoje zeszyty do najmłodszych odbiorców, więc historie były pełne moralizatorstwa, a sylwetki bohaterów kryształowe, wzorcowe. Stan Lee poszukał odbiorców gdzie indziej, najpierw wśród nastolatków, ostatecznie wśród dorosłych skrywających w sobie trochę dziecka. Aby to osiągnąć, trzeba było zaoferować czytelnikom herosów, w których da się uwierzyć. Mających swoje codzienne problemy, niechlubne nawyki, rozterki moralne, mroczne sekrety… no w sumie wszystko, co dziś jest nieodłączną częścią opowieści superbohaterskich. To głównie dzięki niemu oglądamy w komiksach postacie z brudem za paznokciami, obiążone winą za błędy, mające problemy z nałogami, rozpamiętujące decyzje, które na kogoś sprowadziły śmierć. Wzorzec upadku i restytucji superbohatera nie powstałby bez tego.

cameo w filmie Daredevil (2003) - o udział w zyskach z niego się w tym czasie procesowano

Kolejną rewolucją była zmiana procesu twórczego. Zamiast dostarczać rysownikom gotowy scenariusz, najpierw robił z nimi nasiadówkę, podczas której przedstawiał szkic opowieści. Powstawały plansze z wieloma pustymi dymkami dialogowymi, które potem wypełniał. W ten sposób rysownicy stawali się naprawdę współtwórcami historii, ale… Stan Lee w owych latach sześćdziesiątych odpowiadał za lwią część komiksów, więc często zapominał o ustaleniach z pierwszych burz mózgów. Ponoć nieraz rzucał ciężkim słowem w rysowników, sugerując, iż zrobili coś głupiego, podczas gdy oni jedynie tworzyli zgodnie z pierwotnym projektem… No i to właśnie on jako pierwszy postanowił honorować pomniejszych twórców - w komiksach Marvela pojawiły się stopki, w których wymieniano, kto odpowiadał za nałożenie tuszu, kolorów, za liternictwo… to zresztą był fragment kolejnego wielkiego projektu.

Ten uczuć, gdy wchodzisz do biura szefa, a on pacza na ciebie tak... (1975, foto z domeny Wikimedia Commons)

W walce o dusze fanów Stan Lee odpalił opcję nuklearną: zmniejszył dystans między twórcami a odbiorcami. Pozwolił, by czytelnicy uznali autorów za swoistych kumpli. Bo przecież to oczywiste, że mając do wyboru wiele komiksów, sięgniesz po te, które stworzyli znajomi (choćby ta znajomość była iluzją stworzoną przez sprawny marketing). W dobie mediów społecznościowych brzmi to banalnie, ale w drugiej połowie XX wieku była to cholerna rewolucja. Najważniejsze periodyki z logo Marvel zyskały strony redakcyjne. Tam czytelnicy mogli się dowiedzieć czegoś więcej o twórcach, planach wydawniczych, ciekawostkach związanych z bohaterami. Publikowano tam też listy od fanów, które same z siebie pokazywały, że dystans jest niepożądany. Wybierano raczej te, które zamiast “Kochana redakcjo” miały w nagłówkach “Drogi Jacku”, “Panie Stanie”. Wiele z nadesłanych listów zawierało próbki twórczości - i z czasem stało się jasne, że jeśli ma się talent, również tą drogą można trafić do wydawnictwa.

cameo w Strażnikach Galaktyki (2014)

Stan Lee, jeszcze jako scenarzysta, stworzył wielu ikonicznych superbohaterów uniwersum Marvela. Razem z Jackiem Kirbym (który ileś lat później odszedł trzaskając drzwiami) stali się ojcami Thora, Hulka, Iron Mana, X-menów… Uczestniczył też w spłodzeniu Daredevila i Doktora Strange’a. A to tylko najbardziej rozpoznawalne z postaci. Jako pierwszy w branży na poważnie poszukiwał rynku zbytu w miejscu, które wówczas wydawało się czarną plamą. To na łamach komiksów Marvela po raz pierwszy wykorzystano czarnoskórą postać jako coś innego niż komiczny przerywnik. W 1967 roku Spiderman zyskał pomocnika Afroamerykanina. Robbie Robertson otworzył nowy rozdział, cztery lata później czytelnicy dostali czarnoskórego Falcona, potem Czarną Panterę… W swoich ostatnich latach w Marvelu zajmował się zaś nowym projektem: strategią przenoszenia superbohaterów na ekrany kinowe i telewizyjne. Projekt rozwinęły do dzisiejszej formy już inne osoby, ale to Stan Lee go odpalił i naszkicował plan podboju.

cameo w filmie Avengers: Czas Ultrona (2015)

Jeśli weźmiemy to wszystko pod uwagę, to kult, jakim został na stare lata otoczony, już nie dziwi. Był jedną z osób najważniejszych dla komiksu superbohaterskiego, nawet jeśli jego własne scenariusze - delikatnie mówiąc - nie porywały. Miał odwagę, wizję i pomysły. Te ostatnie rozkwitły już pod ręką innych twórców, ale… Gdy zaczynał, wydawnictwo DC było największą potęgą, a dziś, mimo najbardziej ikonicznych bohaterów, gra drugie skrzypce. W czasach, gdy był wydawcą w Marvel Enterprises, w 1984 roku, koncern Warner Bros zgłosił ofertę sprzedaży marki DC Jimowi Galtonowi, prezesowi Marvela. Ten na szczęście nie skorzystał z propozycji (na szczęście - bo mielibyśmy monopol, a z tego nic dobrego nie wynika). Trudno jednak o większy wskaźnik sukcesu w stosunku do konkurencji, czyż nie?

cameo w filmie Doktor Strange (2016)

Stan Lee nie był ideałem. Jak każdy wizjoner parł do przodu, często kosztem zdrowia i samopoczucia innych. Tacy wizjonerzy są potrzebni, bez - dużo trudniejszego w kontaktach - pana Jobsa koncern Apple nie stworzyłby dookoła siebie religii. Podobnie, gdyby nie nieobliczalny Elon Musk, loty w kosmos byłyby drogie i niemodne. Zdolność zjednywania sobie mas to wielka siła, za którą niestety czasem płacą współpracownicy. Znajomy dziennikarz radiowy Przemek Pawełek, zajmujący się też grami (ileś razy nawet występowałem jako przedstawiciel redakcji gram.pl w jego audycji), ale będący prawdziwym specem od komiksu, wykopał w listopadzie trafną wypowiedź Alana Moore’a. Przetłumaczyłbym to luźno tak: Nie bez powodu “Wesołek” Jack Kirby nie zawsze był wesoły, “Siłacz” Steve Ditko tracił siłę, a “Uśmieszek” Stan Lee zawsze się uśmiechał. Ten uśmiech miał jednak niesamowitą siłę i myślę sobie, że pracując w tej branży, można było mieć gorszego szefa. On przynajmniej miał wizję, która się sprawdzała, i parł do przodu. Może bywał trudny, ale uczynił życie komiksiarzy łatwiejszym, sterując tym okrętem na szersze wody.

I ty zostaniesz poganinem - już graliśmy w Pagan Online
Kapitalny hołd dla popkultury lat 90. XX wieku - recenzja filmu Kapitan Marvel
najnowsze