Popkultura

Recenzja 3 sezonu True Detective. Halo, pobudka!

Kamil Ostrowski, 09.03.2019 11:30 1

Trzeci sezon True Detective to nie dzieło na miarę pierwszego, ale twórcom udało się wybudzić z letargu i nie powtórzyć klapy, jaką była poprzednia seria.

Historia jaką opowiedział nam Nic Pizzolatto przy niemałej pomocy genialnego aktorskiego duetu w postaci Matthew McConaughey’a i Woody’ego Harrelsona w pierwszym sezonie True Detective charakteryzowała się siłą ładunku godną kulturowej bomby atomowej. Można narzekać na niezbyt satysfakcjonujące zakończenie, niemniej postać Rusta stała się rozpoznawalna w popkulturze, a brudny, nihilistyczny, śmierdzący odór zbrukanego południa Stanów Zjednoczonych ciągnął się na widzami przez długie tygodnie, jeśli nie miesiące. Kultowe monologi głównego bohatera na temat bezsensu istnienia, przedstawiające filozofię pesymizmu w pigułce, to w dalszym ciągu jedne z najbardziej poruszających migawek jakich dostarczył nam srebrny ekran w ostatnich latach. Za to zapamiętałem pierwszy sezon. Cokolwiek z drugiego zapamiętałem tylko dzięki Alexandrze Daddario (if you know what i mean...), poza tym zdaje się, że jakaś polska aktorka grała tam prostytutkę. Trzeci sezon plasuje się gdzieś pośrodku drogi, dostarczając zarówno porządnej intrygi, pełnych napięcia momentów, ciekawych charakterów, jak i przewlekłej nudy i niejakiego przekombinowania.

Akcja trzeciego sezonu rozgrywa się w rejonie Ozark (tak, tak, istnieje również serial o tym samym tytule) umiejscowionego w granicach trzech stanów USA - Missouri, Arkansas i Oklahomy. Na tych spokojnych terenach, pełnych dzikiej, a jednocześnie niewiarygodnie urokliwej przyrody zdarzają się oczywiście przestępstwa, w tym okrutne zbrodnie. Jak wszędzie, tak i tutaj nie brakuje zwyrodnialców. Zżyte spokojne społeczności uczciwych przedstawicieli klasy robotniczej wyrobiły w sobie jednak zwyczaj nie widzenia, nie mówienia i nie słyszenia. Wobec tego kiedy z jednego z osiedli ginie dwójka dzieci, organy ścigania nie mają łatwego zadania. Z jednej strony oczywistym jest, żeby poszukiwać winnego wśród najbliższych i sąsiadów, także tych pozornie poza wszelkim podejrzeniem, a z drugiej czują wyraźną presję, aby śledztwo dało szybki wynik, najlepiej taki, który pozwoli mieszkańcom szybko odetchnąć z ulgą i przejść z tą tragedią do porządku dziennego.

W takich warunkach muszą pracować Wayne Hays i Roland West, para detektywów, którzy najbardziej angażują się w sprawę zaginięcia pociech miejscowych white-trashów. Historia rozpoczyna się w latach 80tych ubiegłego stulecia, a widz od pewnego momentu zaczyna śledzić ją równolegle na trzech płaszczyznach czasowych. Podczas pierwszego śledztwa, otwarcia go po raz drugi po latach i wreszcie we współczesności, kiedy emerytowani i już leciwi detektywi, wiedzeni ciekawością graniczącą z obsesją, postanawiają doprowadzić sprawę do końca. Pytanie tylko: czy warto i czy trzeba rozgrzebywać stare rany, kiedy najbardziej potrzebującym na nic już zdadzą się odpowiedzi, a zbrodniarze którzy najwięcej zawinili, najprawdopodobniej dawno już nie żyją?

Trzeci sezon jest bardzo nierówny. Po nieco ospałym początku reżyser zabiera nas na przejażdżkę roller-coasterem zdarzeń, który nagle zatrzymuje się niemalże, cofa o kilkadziesiąt metrów, znowu rusza, tym razem w zwolnionym tempie, żeby wreszcie dostać kopa i w zawrotnym tempie dojechać do końca trasy. Podczas takiej przejażdżki niejednokrotnie czapki spadają z wrażenia, ale równie często zdarzają się ziewnięcia zniecierpliwienia.

Twórcy umiarkowanie dobrze radzą sobie z podziałem serii na trzech płaszczyznach czasowych. W idealnym wykonaniu poszczególne sceny z przeszłości powinny płynnie i sensownie przechodzić w wizje z późniejszych lat, a nie zawsze się to udaje. Brylują na tym polu dopiero ostatnie odcinki, zupełnie jakby scenarzyści, reżyser i reszta ekipy odpowiedzialnej za montaż uczyłą się tej sztuki “w biegu”.

Tradycyjnie już w True Detective nie zawodzą elementy techniczne. Świetne są zdjęcia, z ciężkimi, utopionymi w słońcu krajobrazami środkowej, nieco wyludnionej Ameryki. Swoje robi też muzyka, chociaż rzadko wysuwająca się na pierwszy plan. Aktorstwu daleko jest to geniuszu odtwórców głównych ról z pierwszego sezonu, ale Marheshala Ali w głównej roli i Stephen Dorff jako jego partner, nawet jeżeli osobno wypadają dosyć blado, tak stanowią duet o przyzwoitym magnetyzmie.

Szczerze powiem, że trzeci sezon True Detective mnie nie porwał. Oglądanie go stanowiło przyjemność, aczkolwiek wątpię, żebym za parę miesięcy wspominał te osiem godzin z jakimś przesadnym rozrzewnieniem. Z drugiej strony, przynajmniej udało mi się przebrnąć przez wszystkie odcinki, czego nie mogłem powiedzieć o drugim sezonie. Ogólnie rzecz biorąc muszę więc stwierdzić że można, ale w żadnym wypadku nie trzeba. Ot, zabijacz czasu do momentu gdy coś lepszego wpadnie w oko.

najnowsze