Recenzja

Bez beczki i korkociągu - recenzja Warplanes: WW2 Dogfight

Jakub Zagalski, 05.03.2019 10:30 0

Miło jest zestrzelić kilka meserszmitów w tramwaju albo zbombardować radzieckie lotnisko. Trzeba się tylko pogodzić ze sporymi ograniczeniami.

Tytuł Warplanes: WW2 Dogfight powinien być znany miłośnikom gier lotniczych przeglądających App Store i Google Play. To właśnie stamtąd pochodzi produkcja polskiego studia Home Net Games, która została niedawno przeniesiona na Nintendo Switch.

Warplanes: WW2 Dogfight to coś więcej niż prosta zręcznościówka ze smartfona w militarnym sosie. Nie należy się przy tym spodziewać, że za 9,99 dolarów wydanych w eShopie dostaniemy złożony symulator lotu z fotorealistyczną grafiką i masą możliwości.

Pod względem rozgrywki, czyli tytułowych pojedynków myśliwców z czasów drugiej wojny światowej, Warplanes: WW2 Dogfight zaskoczy wszystkich, którzy chcieliby pokręcić beczki, korkociągi i próbować złożonych manewrów, żeby siąść przeciwnikowi na ogonie. Niestety żadna z tych atrakcji nie jest nam dana, co z początku wydało mi się ogromnym minusem.

Zamiast tego mamy typowo arcade'owe sterowanie, banalne do opanowania w dosłownie kilka sekund. Jedna gałka odpowiada za ruch samolotu w wybranym kierunku, drugą dodajemy gazu, zapewniając maszynie chwilowe przyspieszenie. Proste, łatwe i zaskakująco przyjemne. To samo tyczy się pojedynków, które rozgrywają się nie tylko w powietrzu, ale także na lądzie i wodzie.

W zależności od misji przyjdzie nam atakować wrogie myśliwce i bombowce, niszczyć wraże bazy, ciężarówki, czołgi, okręty itd. Większość walk sprowadza się do namierzenia przeciwnika za pomocą wciśniętego spustu i posłanie w jego kierunku kilku serii z działek pokładowych. Trzeba mieć na uwadze, że broń się przegrzewa, ale to tak naprawdę jedyne utrudnienie w trakcie walki. Kiedy bowiem skorzystamy z namierzania (jest domyślnie włączone w opcjach), przeciwnik przyciąga nasze kule jak magnes. Można też zrezygnować z tego wielkiego ułatwienia, ale wtedy zamiast wyzwania pojawia się frustracja.

Nieco większego zaangażowania z naszej strony wymaga bombardowanie naziemnych celów. Dolatując do wrogiej jednostki, cysterny itp. trzeba włączyć celownik wskazujący trajektorię lotu bomby i "wyczuć" odpowiedni moment, w którym należy wypuścić śmiercionośny ładunek. Nie ma w tym wielkiej filozofii i już po kilku próbach można rozwalać kilka sąsiadujących ze sobą celów jednocześnie.

Warplanes: WW2 Dogfight oprócz prostych i powtarzalnych pojedynków wprowadza drobny aspekt strategiczny. W trakcie misji nie jesteśmy bowiem osamotnionym myśliwcem czy bombowcem, ale częścią oddziału. Najlepsze jest to, że gracz może w dowolnym momencie przejmować kontrolę nad dostępnymi jednostkami, a także wydawać komendy maszynom sterowanym przez konsolę. Gdy na niebie zaroi się od wrogich myśliwców, można kazać pilotowi bombowca jak najszybciej zniszczyć cel misji lub zaangażować się w walkę powietrzną. Komendy są wydawana przez zaznaczenie przejrzystych ikon (bombarduj, strzelaj do samolotów, strzelaj do czołgów itp.), które można zmieniać w zależności od sytuacji. Prosty mechanizm, ale skutecznie urozmaicający powtarzalną rozgrywkę.

Nie ukrywam, że gdyby Warplanes: WW2 Dogfight ograniczało się wyłącznie do opisanych wyżej aktywności, byłbym mocno rozczarowany. Sterowanie jest proste i przyjemne, ale pozbawione podstawowych wariantów kojarzonych z "symulatorami" lotu. To samo tyczy się walk powietrznych, które są atrakcyjne wyłącznie w kilkuminutowych dawkach. Na szczęście Warplanes: WW2 Dogfight to nie tylko akcja w przestworzach, ale także system rozwoju i zarządzanie bazą.

Jako "menadżer" wojskowego lotniska wykorzystujemy zdobytą w walce walutę (złoto, srebro, paliwo, medale) do pozyskiwania i szkolenia pilotów, kupowania, naprawiania i modyfikowania samolotów, stawiania nowych hangarów itp. Z początku wydaje się to niepotrzebne, ale im dalej w las, tym więcej czasu będziemy poświęcać na rozbudowę zaplecza i przygotowanie się do kolejnej misji.

Warplanes: WW2 Dogfight może się pochwalić aż trzema kampaniami, w których opowiadamy się po stronie Brytyjczyków, Niemców lub Związku Radzieckiego. Każda armia ma charakterystyczne jednostki (łącznie ponad 30 samolotów, m.in. Spitfire, Hurricane, Lancaster, Il-2 "Shturmovik", La-5FN, Ju-87 "Stuka", Fw 200 "Condor"), do tego dochodzą klimatyczne rozmowy w języku danego pilota (cele misji i komunikaty są pisane po angielsku), odmienne scenerie i realistyczne efekty wybuchów, serii z karabinów etc.

Całkiem nieźle jak na teoretycznie niewielką grę z eShopu sprzedawaną za niecałe 10 dolarów. Bo właśnie przez ten pryzmat należy patrzeć na Warplanes: WW2 Dogfight. Z początku byłem rozczarowanym ograniczonym sterowaniem i powtarzalnymi misjami. Ale mając świadomość, że nie jest to konkurencja dla Ace Combat czy innego IL-2 Sturmovik, można dostrzec największą wartość gry Home Net Games. Czyli możliwość rozegrania szybkiej misji, w której zestrzelimy kilkanaście myśliwców i zbombardujemy pięć czołgów. Później przeklikamy się przez menu w bazie, wykorzystamy zdobytą walutę i wrócimy do zabawy za jakiś czas. Warplanes: WW2 Dogfight nie zachęca, by zarwać z nią nockę. Nie ma też żadnych wariantów gry po sieci i wykorzystania możliwości Switcha, których nie mają smartfony i tablety. Ale jeśli jesteście fanami militarnego lotnictwa z epoki i szukacie odskoczni od większych tytułów, inwestycja w Warplanes: WW2 Dogfight nie jest najgorszym pomysłem.

Warplanes: WW2 Dogfight (Switch)

  • Przyjemna rozgrywka w małych dawkach
  • latanie plus zarządzanie bazą
  • autentyczne samoloty
  • udźwiękowienie
  • Powtarzalne misje
  • banalne sterowanie i walka
  • niewykorzystany potencjał Switcha
Nie jest asem przestworzy, ale kilka zestrzeleń zaliczył 5.9
najnowsze