Felieton

Jak Peter Moore opuścił branżę gier i zbudował wielki Liverpool

Mateusz Mucharzewski, 19.02.2019 15:00 0

Znany z pracy w EA i Microsoftcie manager pokazuje, że doświadczenie z branży gier potrafi zaowocować na innych rynkach.

Peter Moore przez lata był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci branży gier wideo. Przynajmniej jeśli chodzi o managerów, a nie twórców. On budował obecną potęgę EA Sports czy paradował na E3 z tatuażem z logo GTA IV. Od kilku lat Peter Moore nie jest jednak związany z branżą gier wideo. Jego odejście było niespodziewane między innymi ze względu na kierunek, który obrał. W 2017 roku, zaraz po odejściu z EA Sports, został prezesem klubu piłkarskiego Liverpool FC. Od tego czasu The Reds ponownie znajdują się wśród największych klubów w Europie. Oczywiście to nie tylko zasługa Moore'a, ale niewątpliwie miał on spory udział w tym sukcesie. Tym bardziej gracze mogą żałować, że taki człowiek nie zarządza już jakimś dużym wydawcą z branży gier wideo. W końcu tak jak część managerów jak Bobbie Kotick czy Don Mattrick nie cieszą się szczególną sympatią graczy, tak Peter Moore uchodził za tego reprezentanta „białych kołnierzyków”, który rozumiał potrzeby swoich klientów, podobnie jak Phil Spencer czy świętej pamięci Satoru Iwata.

Historia Petera Moore'a jest niezwykle ciekawa i pokazuje jak dużą rolę ogrywają osoby na najwyższych szczeblach władzy. To nie oni robią gry czy trenują zawodników, a jednak mają gigantyczny wpływ na wynik końcowy. Bohater tego artykułu to przykład managera, który skuteczność zachowywał mimo pracy w wielu firmach czy branżach. Karierę zawodową zaczynał od sportu. Przez kilka lat prowadził lekcje wychowania fizycznego, stworzył nawet własną szkółkę piłkarską na Long Beach. Później trafił do produkującej sprzęt sportowy firmy Patrick, a następnie Reebok. Mimo iż niewiele wiedział o grach, dostał propozycję pracy z Segi. Początkowo odmówił argumentując to swoim stanem wiedzy o elektronicznej rozrywce, ale rekruter stwierdził, że sporo potrafi sprzedawać sneakersy (rodzaj butów) nastolatkom, to i da radę sprzedać im również gry. Dla Segi były to czasy zmierzchu Saturna. Na rynek wchodził Dreamcast, przy którym niezwykle ważną rolę miał pełnić szybko zdobywający uznanie w firmie Moore. W pewnym momencie został nawet szefem amerykańskiego oddziału spółki (zaczynał od działu marketingu).

„Dupek” z Segi

Dreamcast nie był jednak sukcesem i przy okazji przysporzył sporo problemów brytyjskiemu managerowi. Był on jednym z głównych ojców zmiany strategii biznesowej Segi, w wyniku której firma odeszła od produkcji konsol na rzecz wydawania gier multiplatformowych. Jak sam wspomina, zespół wierzył w Dreamcasta, ale nie był w stanie sprostać oczekiwaniom płynącym z japońskiej centrali. Konkurencja ze strony PlayStation 2 była zbyt duża, aby dało się osiągnąć odpowiednią skalę sprzedaży. Moore wspomina również swoje przygody z fanami. Najciekawsza miała miejsce na lotnisku w Chicago, gdzie w czasie kontroli pracownik nie chciał od niego paszportu i nazwał go „dupkiem, który oddał Shenmue Xboksowi”.

W 2003 roku Moore przeniósł się do Microsoftu, gdzie miał odpowiadać za start nowej konsoli firmy – Xboksa. W tym okresie zasłynął przede wszystkim tatuażami z logo Halo 2 i GTA IV, które zapowiadały pojawienie się tych gier na odpowiednio Xboksie i Xboksie 360. Miejska legenda głosi, że pierwsza „dziara” była permanentna i Moore nadal ją ma (sam zainteresowani „nie zaprzecza i nie potwierdza”, faktem jest jednak, że ma jakiś tatuaż na prawym ramieniu). Jeśli to prawda, Brytyjczyk zasługuje na uznanie za poświęcenie, zwłaszcza że malunek nie wygląda zbyt estetycznie i profesjonalnie. Dzięki takim akcjom zdobył sporą rozpoznawalność wśród graczy. Trafił również do jednego z odcinków kreskówki South Park. Jak sam przyznaje, nawet na Anfield (stadion Liverpoolu) usłyszał od jednego z fanów „dziękuję za Halo”. Jak bardzo jego odejście z Microsoftu było bolesne najlepiej udowadnia fakt, że następcą Moore'a został Don Mattrick.

Z Microsoftem wiąże się jeden z dwóch najgorszych momentów w karierze Moore'a. Było to słynne Red Ring of Death, które „zabijało” miliony Xboksów 360. Obecny prezes Liverpoolu wspomina to za straszny okres, w którym marka była o krok od upadku. Sam był odpowiedzialny za plan ratowania sytuacji (proces reklamacji i napraw sprzętu). Steve Ballmer, który był wówczas prezesem Microsoftu usłyszał, że cała operacja będzie kosztować 1,15 miliarda dolarów. Ówczesny szef Petera Moore'a nie należy do najbardziej cenionych za swoją pracę jako CEO giganta z Redmond, ale bez jego ówczesnej zgody dzisiaj nie byłoby Xboksa. Pierwszym z najgorszych momentów w karierze była decyzja o porzuceniu rynku konsolowego przez Sege, w wyniku której Moore musiał zwolnić połowę swoich podwładnych. Red Ring of Death mogło doprowadzić do powtórki z rozrywki.

Moore opuścić Microsoft w 2007 roku. Przejście do EA Sports to z jednej strony efekt jego pasji do sportu, a przede wszystkim chęć bycia bliżej rodzimy. W nowym miejscu sukcesów nie brakowało. Przez 10 lat pracy stworzył z działu gier sportowych Elektroników maszynkę do zarabiania pieniędzy i główny filar całej korporacji. W tamtym czasie wykazał się również dobrą intuicją. Już w 2012 roku przewidywał odwrót branży w stronę gier free-2-play. Wprawdzie nadal nie są one standardem, ale mnóstwo wielkich hitów nie byłoby możliwych bez takiego modelu biznesowego. Jego pozycja w EA była więc niezwykle mocna. Wtedy istniał tylko jeden powód, dla którego Moore mógłby radykalnie zmienić swoją karierę zawodową. Był nim telefon z Fenway Sports Group.

Czasy Liverpoolu

Peter Moore urodził się w Liverpoolu. Pierwszy raz na stadion Anfield zabrał go ojciec w listopadzie 1959 roku. The Reds wygrali wtedy 4:3 z Leyton Orient w ramach rozgrywek drugiej ligi. Kilka tygodni później nowym trenerem został Bill Shankly, który dzisiaj jest jedną z największych legend klubu. Moore jest więc kibicem Liverpoolu z krwi i kości. Urodził się w tym mieście, tam grał w piłkę i mimo wielu lat spędzonych w USA, jedyne co utracił z lat młodości to lokalny akcent. Miłość do drużyny pozostała. Nic dziwnego, że aż dwukrotnie proponowano mu posadę prezesa klubu. Zawsze odmawiał. Ostatnia propozycja, którą ostatecznie zdecydował się przyjąć, była wyjątkowa. Tak tamten okres wspomina sam zainteresowany.

Byłem w EA od kilku lat, wiedziałem co było przed nami, wiedziałem jak skomplikowany może być powrót do Wielkiej Brytanii i po prostu nie byłem na to gotowy. Przedstawiono mnie jednak z Johnem Henrym, który widział mnie jak jednorożca, ponieważ byłem fanem Liverpoolu, bardzo amerykańskim, mieszkałem w Bostonie, byłem wielkim fanem Boston Red Sox, znałem biznes sportowy, miałem doświadczenie w Silicon Valley oraz w technologi i przeprowadzaniu zmian. Tak więc John i ja, kiedy byłem w Bostonie, mogliśmy porozmawiać o Liverpoolu. Był bardzo interesujący. Kiedy przejęli Liverpool (Fenway Sports Group, którym zarządzał John Henry – przyp. red.), John bardzo głęboko zanurzył się w to czym jest ten klub.

W tym czasie końca dobiegał kontrakt Iana Ayre'a, ówczesnego prezesa klubu. Właściciele nie do końca byli zadowoleni z jego pracy. Krytykowali go również fani, za nietrafione transfery czy niespodziewaną podwyżkę cen biletów w 2016 roku. Moore miał być kimś innym. Przedstawiciele Fenway Sports Group uznali, że piłka nożna to wielki biznes, dlatego na fotelu prezesa potrzeba biznesmena. Moore nie odpowiada więc za kwestie sportowe. Nie on decydował o zatrudnieniu Jurgena Kloppa (obecny trener drużyny, do klubu dołączył w 2015 roku) czy rekordowych transferach Virgila van Dijka oraz Alissona Beckera. Peter Moore to osoba odpowiedzialna za to, aby klub miał pieniądze, które później pion sportowy może przeznaczyć na transfery najlepszych zawodników. Sam zainteresowany mówi o „czystym cyklu”, w którym sprawne działania biznesowe pozwalają zarabiać pieniądze na polepszanie drużyny. To z kolei prowadzi do lepszych wyników, które dają jeszcze więcej pieniędzy na inwestycje w najlepszych piłkarzy. Koło się zamyka.

Fani największą walutą klubu

Peter Moore największą siłę klubu widzi w fanach. Sam mówi, że w Liverpoolu bije lokalne serce i globalny puls. Szacuje się, że The Reds mają 771 mln fanów na całym świecie (dane agencji analitycznej Nielsen Sports), z czego wielu nigdy nie postawi nogi na Anfield. Zwiększenie ich zaangażowania ma być kluczem do sukcesu. Wielka pasja to największą przewagą konkurencyjną Liverpoolu. W takich słowach opisuje to Peter Moore.

Oni (fani – przyp. red.) chcą większej interakcji, głębszego zaangażowania, aby czuć że nie tylko oglądają mecze w telewizji, ale są częścią tej rodziny. Jest wiele osób, które nie mogą przejść przez bramę Anfield Road. Setki tysięcy marzy, aby to zrobić, ale nie mogą poczuć tego stadionu. Chcą zaśpiewać You'll Never Walk Alone (klubowy hymn – przyp. red.), chcą być bliżej Mohameda Salaha, Roberto Firmino czy Sadio Mane.

Obecny prezes Liverpoolu ma wiele pomysłów na to, aby osiągnąć swój cel. Jednym z nich jest powiększenie obecnego stadiony, aby mógł on pomieścić nawet 60 tysięcy kibiców. Obiekt ma być również wykorzystywany w innym celu. Klub ma już zgodę miejskich władz oraz osób mieszkających w najbliższym otoczeniu stadiony na zorganizowanie sześciu imprez rocznie w ciągu najbliższych dwóch lat. Chodzi o wydarzenia kulturalne i sportowe jak koncerty czy walki bokserskie. Dla klubu to okazja do dodatkowego zarobku. W planach jest również wykorzystanie technologii VR, aby nawet kibic na drugim końcu świata mógł poczuć atmosferę Anfield. Takie rozwiązania są niezwykle ważne w czasach, w których kluby piłkarskie z Europy bardzo mocno promują się w Azji i Stanach Zjednoczonych.

Koncentracja na fanach to również inne projekty. Peter Moore stworzył ze swoim zespołem Fan Connect, platformę pozwalającą na komunikację między kibicami na całym świecie. Dla nich to świetny sposób wymianę poglądów i pomaganie sobie, na przykład w kwestii organizacji wyjazdów na mecze. Klub z kolei posiada ogromną bazę danych, która pozwala jeszcze lepiej prowadzić komunikację. W tym celu Peter Moore podpisał umowę z kanadyjską firmą Mitel, której rozwiązania oparte na chmurze obliczeniowej pozwolą na bardziej spersonalizowaną komunikację. Między innymi w tym celu właściciele Liverpoolu zatrudnili człowieka z doświadczeniem w Dolinie Krzemowej. Wprowadzanie technologii to jedno z najważniejszych wyzwań stojących przed największymi klubami piłkarskimi. Nawet w Polsce o podobnych potrzebach w niedawnej rozmowie z Romanem Kołtoniem mówił Jarosław Królewski, prezes spółki technologicznej Synerise, który ostatnio zasłynąć z zaangażowania w ratowanie Wisły Kraków.

W tym aspekcie Peter Moore wykorzystuje doświadczenie z branży gier wideo. Opisał to w wywiadzie dla portalu Arabian Business.

To coś, czego nauczyłem się w branży gier wideo. Mogę dostarczyć do ciebie wiele rzeczy o konkretnym zawodniku, ale jeśli jesteś zainteresowany tylko Mohamedem Salahem i ja tego nie wiem, cały mój wysiłek jest zmarnowany. Możesz lubić Giniego Wijnalduma. Im więcej wiemy o tobie, tym więcej możemy dostarczyć ci rzeczy z Ginim Wijnaldumem, w które klikniesz lub zaangażujesz się. Kluczem jest to, że muszę wiedzieć kim jesteś.

Liverpool uchodzi za jeden z najlepszych klubów w Europie. W zeszłym roku doszedł do finału Ligi Mistrzów, gdzie przegrał ze zdobywającym to trofeum po raz trzeci z rzędu Realem Madryt. W tym roku celem jest nie tylko poprawienie tego wyniku, ale i wygranie lokalnej rywalizacji z Manchesterem City. Peter Moore musi więc konkurować z klubem napędzanym przez petrodolary szejka Mansoura i na razie robi to bardzo skutecznie. Nie należy mu przypisywać zasług za skuteczną politykę transferową, ale niewątpliwie należą mu się brawa za zbudowanie finansowej pozycji klubu. To wszystko przy jednoczesnym ogromnym szacunku dla tradycji i oddanych kibiców, którzy stanowią fundament sukcesu The Reds. Tym bardziej szkoda, że tak sprawny manager nie jest już częścią branży gier wideo. Biorąc pod uwagę jego wiek (64 lata), raczej już nie będzie chciał dokonywać kolejnych dużych zmian w karierze zawodowej.

najnowsze