Bez prądu - film

Nie ufaj słodkiej buzi - recenzja filmu Anioł

Joanna Kułakowska, 13 lutego 2019 23:00 0

I znów intrygujący, specyficzny portret seryjnego mordercy. Tym razem oparty na prawdziwych wydarzeniach i tętniący południowym rytmem.

Luis Ortega, reżyser i scenarzysta Anioła, snuje opowieść na swój sposób surową, dosadną i pozbawioną efekciarstwa, ale z drugiej strony emanującą nieco oniryczną, chwilami wręcz halucynacyjną atmosferą, uwypuklającą nieoczywistość lub niepokojącą dziwaczność wielu z prezentowanych sytuacji. Klimat ten stanowi kwintesencję często wyczuwalnej ulotnej różnicy pomiędzy kinem iberyjskim i latynoamerykańskim a obrazami charakterystycznymi dla reszty Europy i Hollywood. Anioł przedstawia nieco zmodyfikowaną historię Carlosa Robleda Pucha, który na początku lat 70. w Buenos Aires zapracował sobie na wiele mówiący przydomek – Anioł Śmierci. Carlos, zwany Carlito, nie miał może tak „imponujących” dokonań jak na przykład Ted Bundy, nie miał na koncie ani szczególnie zatrważającej liczby ofiar, ani odrażających poczynań z ich ciałami, rytuałów czy podpisów. Ówczesnym społeczeństwem Argentyny (w tym przedstawicielami prawa i medycyny) wstrząsnął za to fakt iście anielskiej urody tego zabójcy – szokowała kwestia, że ktoś o wyglądzie niewinnego cherubinka może być w istocie niemalże diabłem wcielonym. Popularna wówczas teza włoskiego psychiatry i kryminologa Cesare’a Lombrosa (twórcy antropometrii) o przestępcach z urodzenia kategorycznie mówi o dziedziczeniu skłonności przestępczych oraz łączy gotowość do zbrodni z charakterystycznymi cechami fizycznymi, w tym szpetotą i deformacjami, a tymczasem Puch, jak również jego rodzice, stanowili jej szokujące zaprzeczenie.

Anioł (El ángel) koncentruje się na malowaniu za pomocą wydarzeń portretu psychologicznego Carlosa (Lorenzo Ferro), ale perspektywa głównego bohatera – zarówno w sensie jego własnego punktu widzenia, jak i możliwości jednoznacznej oceny ze strony widzów jego stanu wewnętrznego i konkretnych przyczyn podejmowanych decyzji – jest nieostra. Ta sztuczka zastosowana przez Luisa Ortegę pogłębia wrażenie uczestniczenia nie tyle w realistycznej opowieści o czyimś realnym życiu, co w czyjejś fantazji na temat własnego życia, w której wszystko jest dozwolone, a rzeczywistość to tylko rodzaj zabawy, sen, który nie ma wielkiego znaczenia. I tak jest w istocie, bo tytułowy Anioł to anarchista i psychopata, który niczym mroczna wersja hipisa postrzega świat w sposób bezpretensjonalny i kompletnie amoralny. Kradnie, bo sprawia mu to przyjemność, czuje, że żyje, zabija zaś czysto instynktownie, nie mając z tym najmniejszego problemu. Na ekranie oglądamy go jako osobę kierowaną nagłymi zachciankami i nie zawsze sprecyzowanymi impulsami, niejako uzależnioną od swobody i egoistycznie pojmowanej wolności, organicznie wręcz niezdolną do przestrzegania zasad narzucanych przez otoczenie, nawet jeśli to osoby, które Carlito lubił lub których potrzebował. Pikanterii dodaje fakt, że chłopak potrafi jednak uszanować prośbę jednej z postaci, by nie okradał jej domu, bo pomimo wszystko – na jakimś poziomie – jest... miłym i szczodrym dzieciakiem. Wszystko razem daje nader upiorną mieszankę. Sam Carlito mówi o sobie jako o „urodzonym złodzieju”, który najbardziej kocha wolność – iść, dokąd chce i tak, jak chce.

Carlito osobiście komentuje także punkt widzenia społeczeństwa odnośnie do roli rodziny, kierując niejako ku odbiorcy/odbiorczyni słowa o tym, że ma porządnych, uczciwych, bogobojnych rodziców, którzy uczyli go właściwego postępowania i wytyczali granice. Widzimy, że matka i ojciec (Cecilia Roth i Luis Gnecco) dawno stracili na syna wpływ, o ile kiedykolwiek go mieli, gdyż przestrzeganie wpajanych norm nie leży w jego naturze – jest niczym skorpion z przypowieści. Udanym zabiegiem psychologicznym twórców filmu Anioł jest pokazanie bezradności rodziców. Widzimy także, iż głównego bohatera ciężko nazwać hipokrytą, bo w gruncie rzeczy nic nie robi na pokaz, bynajmniej się też nie buntuje przeciw rodzinie – w jego zachowaniu nie ma nic demonstracyjnego czy agresywnego – po prostu robi swoje w myśl zasady „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”, kłamiąc w żywe oczy z miną niewiniątka, która jest tak przekonująca, że ludzie chcą mu wierzyć. Nawet kiedy zbyt wiele rzeczy przestaje się zgadzać. Czy te piękne oczy mogą kłamać? Czy ten słodki uśmiech skrywa zbrodnicze zapędy? Ortega nie pozostawia widzom złudzeń: najprościej jest obarczyć winą rodziców psychopaty – a co, jeśli przykładali się do wychowania syna, dbali, żeby czuł się kochany, by niczego mu nie brakowało, a zarazem znał umiar? Oczywiście pozostaje pole do interpretacji: Może jednak matka była zbyt pobłażliwa? Może ojciec mimo wszystko poświęcał mu zbyt mało uwagi? A może ten „nudziarz” nie potrafił wzbudzić u syna szacunku? Może oboje powinni być bardziej surowi?

Luis Ortega wraz z współscenarzystą Rodolfem Palaciosem interesująco przedstawiają „duszny”, w pewien sposób dekadencki półświatek Buenos Aires. Wizualnym i psychologicznym majstersztykiem są sceny z udziałem przyjaciela Carlosa, przystojnego, przykuwającego uwagę i w cichości serca żądnego sławy Ramona (Chino Darín), jak również jego, delikatnie rzecz ujmując, odbiegających od typowego wzorca rodziców (Mercedes Morán i Daniel Fanego). Trudniąca się włamaniami rodzina wciąga Carlita do spółki. Wkrótce całą czwórkę zaczyna łączyć intrygująca, wibrująca podskórnym napięciem relacja (są tu aspekty bliskości stricte rodzinnej i erotycznej). Istotnym elementem obrazu Anioł jest uwypuklenie specyficznej hipokryzji przestępczego środowiska Buenos Aires, które aż buzuje od homoerotycznych inklinacji – większość mężczyzn reaguje wyuczoną, sztucznie pompowaną agresją na stwierdzenie bądź sugestię typu „pedał”/„ciota”, co nie przeszkadza im prowadzać się ze znanymi, zamożnymi gejami i drag queen, a nawet wchodzić z nimi w układy seksualne. Bardzo interesującym motywem filmu Ortegi okazuje się eksploracja transpłciowej, androgynicznej tożsamości psychologicznej i biseksualnej orientacji Carlita. No, ale w końcu film produkował Pedro Almodovar – i czuć jego rękę – więc zakres tematyki nie dziwi.

Anioł jest filmem wyśmienicie zrealizowanym. Podskórnie drażni dysonansem poznawczym i naruszaniem obyczajowych norm (to akurat może sprawić, że nie wszystkim się spodoba). Ponadto oddaje ówczesne realia społeczne i polityczne (relatywnie niewinna scena na komisariacie prowokuje ciarki na plecach), zachwyca też zdjęciami, które uwypuklają atmosferę tak gęstą, że można by kroić ją nożem, oraz oprawą muzyczną, która komponuje się z obrazem. Ta ostatnia złożona jest w dużej mierze z niezłych hiszpańskojęzycznych coverów. Tu trzeba koniecznie wspomnieć o wersji House of the Rising Sun zespołu Animals, którą wykonał Palito Ortega (La Casa del Sol Naciente) – w zestawieniu z płonącym samochodem efekt wręcz idealny. Aktorzy i aktorki grają bardzo dobrze. Lorenzo Ferro i Chino Darín potrafią sprawić, że kibicujemy tandemowi, a nawet podziwiamy ich niczym Bonnie i Clyde’a (choć filmowy Carlito stwierdził, że są niczym Evita i Perón – oferując jedną z mocniejszych emocjonalnie scen).

Podsumowując: Anioł to obraz, który warto zobaczyć nie tylko dlatego, że został nominowany do nagrody Goya i jest argentyńskim kandydatem do Oscara. I nie tylko dla słodkiej buzi aktora. Niezależnie od nagród to interesujący, klimatyczny film.


Recenzowany film jest dla Ciebie, jeśli interesuje Cię kino inne niż rodem z Hollywood i lubisz grać w gry komputerowe z mordercą w tle.

Waszyngton w ogniu - Tom Clancy's The Division 2 - recenzja
Przepraszam, że przeszkadzam to zwariowana komedia moralnego niepokoju
Przepiękne widoki, dziwna historia - recenzja Trüberbrook
Dobranocka dla dorosłych - recenzja Love, Death & Robots
najnowsze