Popkultura

Grunt to odpowiednie tworzywo? - recenzja filmu Dom, który zbudował Jack

Joanna Kułakowska, 31.01.2019 16:30 0

Seryjny morderca to motyw tyleż popularny, co na swój sposób wdzięczny. Jak wykorzystał go kontrowersyjny i lubujący się w kontrowersjach Lars von Trier?

Lars von Trier, niegdyś jeden z sygnatariuszy manifestu Dogma 95 nawołującego do skrajnego wręcz realizmu w procesie tworzenia filmów oraz ich przekazie – dokumentu, którego myślą przewodnią było Kino to człowiek wobec samego siebie, a nie tylko aktor przed kamerą – dawno już odszedł od jego zasad, ewidentnie dążąc do wyrażenia idei, która mogłaby brzmieć chociażby: Kino to metafora i człowiek we wnętrzu metafor, wobec których aktor przed kamerą i forma odgrywają rolę służebną. Opowiadana przez von Triera historia i użyte w niej środki wyrazu mogą mieć wiele znaczeń – nie zawsze oczywistych na pierwszy rzut oka – i niejedno dno (niestety niejednokrotnie sięgając też dna). To, na co zwykle warto zwrócić uwagę, to specyficzny sposób, w jaki reżyser konfrontuje się z tematyką egzystencji w sensie metafizyki i spraw namacalnych, mechanizmów społecznych i politycznych, filozofii, moralności i zawiłości ludzkiej psychiki. Dom, który zbudował Jack (ang. The House that Jack Built) również podnosi te problemy. To w zasadzie eklektyczny filmowy esej o związkach niszczenia i tworzenia oraz nadawaniu znaczenia poprzez uśmiercenie, konglomerat dosadnie ukazanych rozważań na temat istoty sztuki, dobra i zła postrzeganych przez jednostkę stawiającą się ponad tymi kategoriami, meandrów wypaczonego umysłu zanurzonego w marzeniach o wielkości, a do tego pesymistyczny i złośliwy komentarz społeczny dotyczący przemocy. Pojawia się też całkiem uzasadnione podejrzenie, że działania i przekonania tytułowego Jacka to sarkastyczna i względem siebie, i względem odbiorcy/odbiorczyni alegoria pracy i utworów samego von Triera.

Dom, który zbudował Jack zmontowany został w formie epizodów – pięciu incydentów, jak zgrabnie określono tu odrażające zbrodnie – odbywających się na przestrzeni około jedenastu lat, które wieńczy katabaza, czyli motyw zejścia bohatera do świata umarłych. Ramą filmu jest podróż będąca niczym niezawoalowanym nawiązaniem do Boskiej komedii Dantego, konstrukcję opowieści organizuje zaś rozmowa prowadzona przez dwie osoby. Można łatwo i szybko zdekodować tożsamość pozornie tajemniczego Werga (Bruno Ganz), z którym główny bohater – seryjny morderca Jack (Matt Dillon) – toczy dywagacje na temat swego życia, stanowiące pretekst do wyłożenia opinii odnośnie teorii sztuki i artystycznych metod, jako Wergiliusza, przewodnika po Dantejskim piekle. Wspomnienia i przemyślenia bohatera przeplatane są animacjami, fragmentami dokumentów i kronik filmowych (XX-wieczna masowa zagłada. Hitler, Stalin, Mao, zwłoki w obozach...), obrazami i naładowanymi symboliką planszami, których zadaniem jest dodatkowa ilustracja treści, uwypuklenie przekazu i nastroju (jak filmik z latarnią, człowiekiem i cieniem albo „czarne światło” negatywu), a czasami złamanie tego ostatniego, by podkreślić lub wydobyć groteskowy aspekt sytuacji (jak obrazek małej śmiesznej owieczki – niczym z książeczki dla dzieci – przy patetycznym rozprawianiu o roli tygrysa i jagnięcia, analizowaniu paradoksu stworzenia na bazie wiersza Tygrys Williama Blake’a). Niektóre zrazu wydają się pustymi ozdobnikami, jednak po pewnym czasie nabierają znaczenia, jak sfilmowany podczas ćwiczeń Glenn Gould grający Bacha i wiecznie niezadowolony z rezultatu – próbuje wykreować ideał, tak jak Jack podczas kolejnych prób usiłuje stworzyć doskonałe dzieło sztuki i doskonały dom – i plansze z cechami Jacka odrzucane przez aktora, bo przecież w końcu trzeba odrzucić etykietki.

Na podstawowym poziomie fabuła obrazu Larsa von Triera jest bardzo prosta, a scenariusz bardzo konkretny – ot, Jack zabija, ma na koncie ok. 60 osób, i nie przebiera w ofiarach pod względem płci i wieku. Widzowie wprawdzie oglądają głównie pozbawiane życia kobiety, ale trafiają się również mężczyźni, a nawet dzieci. Sceny brutalnych, nasyconych psychicznym i fizycznym sadyzmem mordów są pokazane praktycznie jeden do jednego, a do tego opatrzone komentarzami, spostrzeżeniami i przemyśleniami bohatera. Każda z nich stanowi szokującą, wycyzelowaną stopniowanym okrucieństwem miniaturę, najbardziej jednak porażają dwie: śmierć młodej, naiwnej i bardzo prostej dziewczyny, nomen omen, panny Simply (Riley Keough), a także rodziny – matki wraz z dwoma młodziutkimi synami (Sofie Gråbøl, Rocco Day i Cohen Day). Pod względem konstrukcji sekwencji utworu Dom, który zbudował Jack bardzo przypomina filmy Qentina Tarantino, nie tylko w sensie ukazywania epizodów, z których wylewają się kubły krwi, ale również czerpania z popkultury i estetyki kiczu, a także specyficznego humoru. Wiele momentów jest tak kuriozalnych i groteskowych, że wywołują histeryczny śmiech, jednakże humorystyczny aspekt nie łagodzi, lecz tym bardziej podkreśla absurdalną grozę i jeży włos na głowie.

Przyglądając się fabule i użytym przez von Triera środkom wyrazu, można oczywiście dojść do wniosku, że to jakiś nędzny, pretensjonalny bełkot, i na tym poprzestać albo uznać, że Lars von Trier wielkim poetą... a nie, nie... wielkim reżyserem jest – tworzy dla koneserów, a maluczcy i tak nie ogarną. Można też nie iść na łatwiznę i pobawić się w choćby pobieżną analizę doświadczanego seansu. Na głębszym poziomie recenzowany film okazuje się nader intrygujący. Jack – psychopata z zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym (chroniczną potrzebą czystości) i narcystyczną osobowością – ma się za artystę. Jest z wykształcenia inżynierem, ale postrzega siebie jako architekta. Jest mordercą, ale swoje ofiary i ich pośmiertne „przekształcenia” uważa za dzieło sztuki swojego autorstwa, dzięki czemu nabierają one znaczenia, którego nie miały za życia – zdaniem Jacka nudnego i bezwartościowego – stają się jego spuścizną dla potomnych. Mało tego, stawiając się ponad dobrem i złem, aby tworzyć sztukę, by wydobywać z mroku światło, dokonuje transgresji i sam nabiera znaczenia. Ale tylko wedle własnej opinii czy może także obiektywnie? Twórca Domu, który zbudował Jack bawi się tu stawianiem znaku zapytania o znak równości. Zapewne również kwestią, że jako widzowie będziemy się zastanawiać, czy to jego własny manifest artystyczny, gdzie morderca jest metaforą, a zarazem alter ego autora (podobnie jak bohater Boskiej komedii był alter ego Dantego), i klucz do twórczości skandalisty, czy po prostu szokująca, acz głównie rozrywkowa historia o zwyrodnialcu, pokazująca, że skoro tacy się rodzą, to świat jest rzeczywiście piekłem na ziemi, a baranki są zjadane przez tygrysy – widać taka ich rola, skoro nie potrafią się obronić. Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Sam von Trier stwierdza, że mroczne wizje są mniej przerażające niż świat. Ja robię tylko recykling naszej kultury i wyobraźni. Odtwarzam piekło Dantego. Składam puzzle tak, aby tworzyły ciekawy obrazek. Tak więc metaforycznie buduje dom z materiałów wtórnych – ze swego rodzaju trupów – przetwarza cudze „ciała” tak, by odzwierciedlały jego opowieść.

Niektórzy dopatrują się w filmie Dom, który zbudował Jack pochwały zła – ale czy naprawdę taka jest wymowa obrazu? Na pewno oglądane sceny wywołują szereg pytań. Przede wszystkim czy von Trier oczyszcza lub nawet gloryfikuje Jacka, stawiając mu pomnik jako artyście używającemu nietypowego tworzywa, czy wręcz przeciwnie – pokazuje miałkość kogoś, kto swoje chore popędy tłumaczy sam przed sobą i przed innymi względami wyższymi? Pewne światło na to rzucają epatujące sztucznością fotografie „dzieł” psychopaty, podpisane pretensjonalnym pseudonimem „Pan Wyrafinowany”, który ów sam sobie nadał i niejako wmusił gazetom. Interesująca jest tu kwestia Wergiliusza i motywu wędrówki z utworu Dantego. Jack stwierdza, że nie wierzy w metafizyczne piekło, wszystko jest na ziemi, dusza należy do nieba (wznosi się na wyżyny), ale ciało do piekła (jest słabe, brudne i pełne odrażających popędów), tymczasem Wergiliusz (alegoria poezji i rozumu) prowadzi go poza materialny świat, do piekła, wskazując, że tu jest jego miejsce. Wchodzi z Jackiem w polemikę i szyderczo traktuje motywacje głównego bohatera, ironicznie podsumowuje go jako kompulsywnego narcyza pełnego kompleksów i z wielkimi marzeniami niemającymi zbyt wiele wspólnego z tym, co osiągnął w życiu. Mówi mu, że dzieła sztuki tworzy się dzięki miłości, i pogardza jego deprawacją. Z drugiej strony oczywiście można zapytać: Dlaczego Jacka w ogóle spotkał taki zaszczyt? Dlaczego został postawiony na miejscu bohatera Boskiej komedii i jego przewodnikiem stał się ktoś uznawany za jednego z największych poetów (w dziele Dantego łącznik między kulturą antyczną a chrześcijańską)... Czy to nie nobilitacja? Ale most nad otchłanią, przez którą Jack chciałby się przedrzeć, jest zerwany. To symbol, że nie ma drogi ratunku, takie „przekraczanie granic” kończy się runięciem w dół. Nieliczenie się z nikim i niczym to może i transgresja, ale nie umożliwia uniknięcia piekła – jest zbrodnia, jest i kara. Von Trier pokazuje paradoks twórcy i tworzenia, ofiaruje złemu bohaterowi tragiczny rys, ale go nie rozgrzesza. Wyraźnie daje do zrozumienia, że człowiek skłonny jest siebie tłumaczyć i nobilitować, przedstawiać swoje działania jako dobro, nawet jeśli są plugawe, żałosne lub śmieszne. Nawet jeśli to tylko folgowanie zachciankom. I może to jest źródło zła.

Czy Jack po prostu próbuje zatuszować swój wielki brak (empatii, szacunku otoczenia, dopasowania do otaczającego go świata), zmienić to w atut, karmiąc swoje gotujące się od kompleksów ego marzeniami o wielkiej sztuce? Czy przesłaniem jest ukazanie, że ideą, istotą sztuki jest wykraczanie poza normy, łamanie konwenansów, przekraczanie tabu w operowaniu formą, by wywołać u oglądających pewne uczucia, uwolnić „prawdę o człowieku”, dokładnie tak, jak w przypadku tortur i morderstw? A może bohater Larsa von Triera po prostu szuka placebo na brak uczuć wyższych i w ramach kompensacji, a zarazem zemsty, dokonuje aktu zniszczenia i odrażającej deformacji pod pretekstem sztuki, która z definicji stanowi nośnik, ucieleśnienie tych pierwszych? Warto zauważyć, że główny bohater filmu odtwarza i uwiecznia sytuacje uważane za idealne czy pożądane, których sam jest z powodu osobistych deficytów pozbawiony – uśmiechnięte dziecko; ładna kobieta; własna „szczęśliwa” rodzina; myśliwska parada trofeów stanowiąca wyraz obfitości, dominacji i próżności; ostateczne potwierdzenie własnej skuteczności, efektywności i efektowności poprzez oddanie hitlerowskiego zamysłu o egzekucji doskonałej; i wreszcie tytułowy dom będący substytutem marzenia, które mu nie wychodzi, gdyż kolejne tworzywa nie spełniają oczekiwań. Źle ulokowana kompensacja to kolejna przyczyna zła.

Czy artystę można porównać do psychopatycznego mordercy, bo spala się w wewnętrznym ogniu, wiedziony potrzebą, aż w końcu w wyniku niepowstrzymanego impulsu uwalnia dzieło ze sfery pragnień do rzeczywistości, tak jak ten drugi, który nie może się oprzeć instynktowi? Czy reżyser Domu, który zbudował Jack bawi się implikacjami myślowego konstruktu (a czasami faktu), że destrukcja jest etapem konstrukcji, i funkcjonującym jako truizm stwierdzeniem: Aby coś stworzyć, trzeba najpierw zniszczyć, stosując analogię twórcy do zbrodniarza, żeby ukazać mroczną stronę sztuki, czy też po prostu jedzie po bandzie, grając na emocjach i tworząc sztukę dla sztuki? I przy okazji w ramach próżności lub autoironii dodając demonicznego rysu samemu sobie jako twórcy niepokornego, dla którego nie ma tabu? Jack mówi wyraźnie: Podobno zbrodnie, których dopuszczamy się w twórczości, to wyraz fantazji, których nie możemy zrealizować. Tylko w dziełach sztuki stać nas na szczerość. W sumie powyższej tezie, że poprzez sztukę człowiek oddaje swoją prawdziwą naturę, pozwalając sobie na to, czego zabrania cywilizacja, von Trier dał jako ilustrację swoistą reklamę – zestaw fragmentów z filmów własnego autorstwa. A z drugiej strony, dlaczego miałby korzystać z innych utworów (i załatwiać pozwolenia), skoro ma tyle własnych... Metafora, choćby i wulgarne porównania, nie jest tożsama z uznaniem, że nie ma zła i wolno mordować, by tworzyć sztukę. A samo pokazywanie morderstwa jako dzieła sztuki albo świetnego show to bynajmniej nie nowość w... sztuce. Nie trzeba daleko szukać – filmy i serial o Hannibalu Lecterze, książka Morderstwo jako dzieło sztuki Davida Morrella lub album Outside Davida Bowiego (którego to artysty muzyka została tu wykorzystana). Albo film Urodzeni mordercy Olivera Stone’a, gdzie bohater i bohaterka stają się kimś w rodzaju gwiazd rocka. Lars von Trier wcale nie jest tu szczególnie oryginalny, ewentualne nowatorstwo polega na ekshibicjonizmie i autometaforze (cierpiał na „nerwicę natręctw” i trudno nie dostrzec u niego narcyzmu), prezentacji swojego eksperymentowania z formą i różnymi gatunkami filmowymi jako domu, który zbudował Jack.

Po seansie najnowszego filmu von Triera łatwo posądzić o mizoginię. Początkowy epizod ukazuje kobietę, która bezczelnie wykorzystuje i upokarza głównego bohatera (aktorska perełka w wykonaniu Umy Thurman!), sugerując swym zachowaniem pragnienie drastycznej reakcji, a bohaterki kolejnych odsłon to bardzo proste osoby, wydają się po prostu tępe i nieporadne. Do najmocniejszych, walących po oczach ironią scen należy ta, w której Jack, torturując dziewczynę, zadaje retoryczne pytanie, dlaczego mężczyźni są obwiniani o całe zło, a kobiety zawsze są ofiarami, a potem ją okalecza, pozbawiając atrybutów uznanych kulturowo za główne wyznaczniki kobiecości. Niektórzy uważają to za przejaw niechęci i niskiego mniemania o kobietach ze strony reżysera, traktują jako rodzaj wizualnej, symbolicznej kary lub odwetu za prawdziwą bądź urojoną mizoandrię płynącą ze świata (zwłaszcza że część żeńskich postaci w jego filmach jest potraktowana grubiańsko, nienawistnie i lekceważąco, a w różnych wywiadach korzysta z wygodnego argumentu, obwiniając o swoje problemy matkę, radykalną feministkę). Na niekorzyść takiej interpretacji świadczy jednak fakt, że w scenie tej uderza przede wszystkim ogromna ironia sytuacji i czarny humor, bo w samej swej formie stanowi ona przyznanie racji takiemu postawieniu sprawy, rodzaj dosadnego wytłumaczenia, kto na ów obraz rzutuje. Jeśli już, to mamy tu raczej autoagresję mężczyzny za kamerą, ale groteskowość wypowiedzi i okoliczności jasno wskazuje, czym to jest – perwersyjnie komicznym elementem pasującym do konwencji absurdalnego okrucieństwa. Poza tym, choć sam Jack mówi, że z kobietami łatwiej się pracuje, Dom, który zbudował Jack eksponuje także dramatyczną głupotę policjantów – podkreślmy, płci męskiej.

Tak więc von Trier dokonuje tu również złośliwego komentarza społecznego. Film przedstawia osobnika przekraczającego uznane normy zachowania, którego improwizacja w rozmowie czasem przeradza się w totalne, bełkotliwe brednie lub wprost wygłasza on rzeczy, które powinny wywołać alarm, a tymczasem ofiary i policjanci są po trosze „zahipnotyzowani” absurdem sytuacji. Ludzie patrzą nań jak na dziwaczną, niezrozumiałą ciekawostkę, zamiast zareagować, póki jest jeszcze czas na ucieczkę lub obronę. Twórca obrazu Dom, który zbudował Jack pokazuje słabość przedstawicieli płci obojga: brak elastyczności; nieumiejętność radzenia sobie w sytuacjach, które wyłamują się ze schematów (na przykład, gdy ktoś otwarcie przypisuje sobie zbrodnie); niewiarę w autentyczność i bliskość niebezpieczeństwa, w to, że osoba, którą właśnie widzimy, może być zdolna do przekroczenia wszelkich granic oraz do tego stopnia bezczelna, wyzuta z moralności i strachu, by działać wbrew rozsądkowi; nadmierne zaufanie do kogoś, kogo w gruncie rzeczy nie znamy. W tym mieście nikt ci nie pomoże. Ludzie z natury nie palą się do pomocy. Co zrobimy, gdy usłyszymy za oknem wrzask? Co zrobimy, gdy ktoś, patrząc nam w oczy, oznajmi, że jest mordercą? Najłatwiej uznać, że to jakieś wygłupy.

Dom, który zbudował Jack to film dobry, choć – i owszem – chwilami przeintelektualizowany i przeładowany lawiną obrazów, rzeczami, które twórca koniecznie chce nam powiedzieć – trochę jak mother! Darrena Aronofskiego (recenzja znajduje się tutaj), tyle że tam wbija się odbiorcom przekaz wizualnym kafarem, a tu mamy mnóstwo pytań i niejednoznaczne odpowiedzi. Dom, który zbudował Jack jest solidny, choć stanowiący wyzwanie dla widza, w przeciwieństwie do męczących wizji jak Antychryst czy okrzyczana arcydziełem Melancholia, która – moim zdaniem – już nim minie połowa projekcji, stanowi przykład, jak nie należy robić filmów. Trzyma w napięciu, bawi i jednocześnie budzi niesmak, niepokoi, momentami wywołuje grozę i zaskoczenie, a jednocześnie zawarte w nim sceny mówią sporo o ludziach – ale to nie jest rzecz, którą chcielibyśmy usłyszeć. Może wcale nie okazalibyśmy się mądrzejsi i praktyczniejsi od ofiar i stróżów prawa. Może Lars von Trier ma rację i za bardzo chcemy wierzyć, że świat to w sumie dobre miejsce, złe rzeczy przydarzają się głównie innym, a jeśli jednak coś nam się stanie, to sąsiedzi szybko zwrócą na to uwagę, a policja od razu potraktuje poważnie. Humanistyczne przesłanie nie jest w stylu tego reżysera – według niego piekło triumfuje, nieważne, za kogo się mamy, czy jesteśmy „tylko” inżynierami, czy „aż” architektami, a „brzęczenie”, mnóstwo tragedii zlane w jeden dźwięk, tylko będzie się wzmagać. Wreszcie znowu udało się von Trierowi zrobić dobry film. Wyszło interesująco nawet jako sarkastycznie wyłożona teoria sztuki i autoironiczna prezentacja metody autora połączona z sugestią, że filmy, które tworzy, to uzależnienie i pomagają mu poradzić sobie z nerwicą i depresją (tak jak morderstwa okazały się terapią dla Jacka, który opanował zaburzenia obsesyjno-kompulsywne), oraz przewidywaniem, że nie umknie przed własnymi demonami i piekielną czeluścią niespełnienia, bo trudno znaleźć odpowiednie tworzywo, które naprawdę poruszy serce.

No i na koniec trzeba powiedzieć jedno: jaka by nie była recepcja tego filmu, to Matt Dillon wykonał prawdziwy koncert gry aktorskiej (inni także wybitnie przyczynili się do powstania fundamentów Domu...).


Warto zobaczyć Dom, który zbudował Jack, zwłaszcza gdy interesuje Cię kino i teoria filmu (tak po prostu), śledzisz dorobek Larsa von Triera, jak również chętnie grasz w gry, w których element zbrodni jest kluczowy...

najnowsze