Recenzja - PC

Od zera do prężnie działającego warsztatu - recenzja My Time at Portia

Małgorzata Trzyna, 26 stycznia 2019 09:00 3

My Time at Portia to coś dla miłośników gier typu Harvest Moon czy Stardew Valley.

Czasem potrzebuję wyżyć się na cyfrowych potworach, czasem lubię pomyśleć nad logicznymi zagadkami, czasem sięgam po tytuły, w których liczy się refleks i zręczność, ale doceniam też gry, w których nie czuję żadnej presji i mogę bez pośpiechu zbierać przedmioty, rozbudowywać domek i śmiać się z niemądrych pomysłów twórców. My Time at Portia na pierwszy rzut oka wygląda na sympatyczną, bezstresową grę - i rzeczywiście takie jest: można rozwijać warsztat, dłubać przy własnej farmie, hodować zwierzęta, uprawiać rośliny i rozmawiać z życzliwymi mieszkańcami miasteczka.

Zabawa rozpoczyna się od stworzenia postaci. Możemy wybrać płeć i imię, określić wygląd twarzy, włosów i nie tylko, a także wskazać datę urodzin. Chwilę później znajdujemy się na łodzi, która wiezie nas do tytułowej Portii. To właśnie tam, na obrzeżach niewielkiego miasteczka, znajduje się warsztat, który odziedziczyliśmy w spadku po ojcu. Gdy docieramy na miejsce, okazuje się, że budynek znajduje się w opłakanym stanie. W podłodze jest pełno dziur, jedynym meblem, jaki pozostał, jest łóżko. Na zewnątrz mamy niewielki stół, na którym możemy tworzyć narzędzia i inne, niewielkie przedmioty. Jest też podest, gdzie skonstruujemy pojazdy, duże części lub maszyny - np. piec albo pilarkę tarczową.

Wokół domku znajduje się pełno kamieni, patyków i roślin, można je pozbierać i w ten sposób zdobyć pierwsze surowce, a przy okazji nieco doświadczenia. Wędrując po okolicach, natknęłam się na farmę kaczek i kur. Uśmiałam się, podnosząc kurę i przekonałam się, że tak łatwo jej nie zabiorę ze sobą, bo inne kokoszki zaczęły mnie dziobać i zmusiły do pozostawienia swej pierzastej koleżanki w spokoju. Wkrótce zajrzałam do miasteczka, przywitałam się z napotkanymi osobami, posłuchałam, co mają do powiedzenia, dałam komuś owoc jako prezent, zagrałam w papier - kamień - nożyce i spróbowałam sił w pojedynku na pięści - jednak szybko przekonałam się, że brakuje mi jeszcze około 50 poziomów doświadczenia, by móc się z kimś mierzyć. Życzliwi obdarowali mnie na dzień dobry przedmiotami, by łatwiej było rozwinąć warsztat. Główny cel znajdował się w urzędzie miasta, gdzie mieści się tablica z prośbami do osób posiadających warsztaty. Szybko okazało się, że mam dużą konkurencję, która stara się zgarnąć jak najwięcej zleceń dla siebie. Została jednak jedna rzecz, którą mogłam się zająć - skonstruowanie mostu.

Okazało się, że stworzenie mostu to czasochłonne i dość skomplikowane zadanie. Nie wystarczy położyć paru desek, potrzebne są różne elementy, które wytwarzane są z pomocą różnych maszyn, z kolei maszyny konstruuje się z rozmaitych surowców, do zebrania surowców potrzebne będą narzędzia i broń, a narzędzia i broń robi się z luźno leżących zasobów. Na szaczęście nie trzeba się martwić, że czegokolwiek zabraknie, drewno, kamienie i rośliny po pewnym czasie się odnowią.

Próbując stworzyć nowe maszyny, potrzebowałam części, które da się znaleźć wyłącznie w starej kopalni. Za tygodniowy dostęp do owej kopalni trzeba zapłacić złotem i z tego właśnie względu wydobycie szybko zaczęło mnie nudzić - chcąc jak najlepiej wykorzystać dostępny czas, całe dnie poświęcałam na drążenie tuneli w poszukiwaniu artefaktów z przeszłości czy tajemniczego pokoju. W kopalni można swobodnie drążyć, a poruszanie się ułatwiają buty rakietowe, dzięki którym wznosimy się bardzo wysoko. Do dyspozycji mamy też skaner, którego działanie zostało dość niejasno wytłumaczone. Skaner pozwala na podświetlenie miejsc, w których znajdują się artefakty, ale naraz można śledzić położenie tylko jednego z nich. Byłoby miło móc oznaczyć wszystkie świecące punkty, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Przekopawszy wreszcie kopalnię wzdłuż i wszerz, mogłam przenieść się za niewielką opłatą na inny poziom. Im dalej, tym większe wyzwania - później kopanie nie jest już tak spokojne, kiedy w podziemiach czekają przeciwnicy, z którymi trzeba walczyć.

Ryjąc pod ziemią, zdobyłam kilka ciekawych rzeczy: parę drobiazgów do postawienia w domu, zapewniających premie do statystyk (sofa, wiatrak, zegar czy termos) oraz ciekawie wyglądające obiekty, jak np. pluszak, wielka kolumna czy myśliciel, przeznaczone do muzeum. Muzealnymi obiektami można przyozdobić też własną posesję - w razie potrzeby każdą rzecz da się przenieść, więc wkrótce na skrawku dostępnej ziemi miałam parę osobliwych, zabawnych przedmiotów. W podziemiach znalazłam też niezbędne części maszyn oraz płyty, które można wykorzystać na dwa sposoby: oddać je kościołowi (który chce je niszczyć, obawiając się, że zawarta na nich wiedza jest niebezpieczna - w zamian może nam jednak oferować inne rzeczy) lub naukowcom, którzy po zbadaniu płyt podzielą się z nami odkrytymi przepisami czy schematami. Żadnego dramatycznego konfliktu między przedstawicielami obu grup jednak nie było. Ciekawi natomiast historia Portii - skoro w kopalniach można znaleźć pozostałości po zaawansowanych technologiach, oznacza to, że w przeszłości prawdopodobnie wydarzyła się jakaś katastrofa.

Biegając po świecie gry, można natknąć się na stadka zwierząt - sympatyczne, kolorowe lamy, ogromne biedronki, ślimaki, jeżowce z parasolkami i wiele innych. Stworzenia te wyglądają tak słodko i niewinnie, że wręcz dziwnie się czułam, wypróbowując na nich, jak działa miecz. Potrzebowałam jednak kości, skór i nie tylko, więc kolejne zwierzaczki musiały ginąć. Walka opiera się na prostych założeniach: jednym przyciskiem atakujemy, drugim robimy uniki, można też swobodnie biegać z pomocą WASD. Choć trzeba walczyć, potyczki nie wyglądają brutalnie, a pokonane stworzenia znikają, jakby rozwiewały się w obłokach dymu.

Rok w Portii podzielony jest na cztery miesiące, każdy ma 28 dni. Doba składa się z 24 godzin, przy czym w grze 1 godzina odpowiada 1 minucie w rzeczywistości. Od momentu, gdy postać wstanie z łóżka, mamy kilkanaście minut do wykorzystania przed ponownym pójściem spać - gra przypomni nam, jeśli zrobi się zbyt późno, a jeśli nie dotrzemy do łóżka na czas, postać padnie tam, gdzie stała. Na wykonanie zleceń z tablicy, zgromadzenie surowców czy pogaduszki z mieszkańcami nie ma więc zbyt wiele czasu. Każdego dnia możemy też wykonać tylko określoną liczbę akcji, zależną od punktów wytrzymałości. Punkty te tracimy podczas kopania, ścinania drzew, zbierania roślin i walki. Gdy zabraknie wytrzymałości, możemy odnowić sobie parę punktów specjalnym jedzeniem, ale najczęściej trzeba po prostu wrócić do domu i się wyspać.

Główne źródło dochodów, a równocześnie sposób na zdobycie prestiżu, to wykonywanie zleceń z tablicy. Aby nieco zarobić, można też handlować zdobytymi lub wytworzonymi przedmiotami. Rutyna chodzenia po nowe misje, podobnie jak spędzanie czasu w kopalni, również szybko zaczęła mnie nudzić, zwłaszcza, że naraz można wziąć tylko jedno zadanie do zrobienia. NPC-e potrzebują rozmaitych rzeczy z warsztatu, niektóre łatwo wykonać (np. koszyki), inne (np. drut miedziany) wymagają czasu, gdyż przetopienie rudy w piecu, a następnie przerobienie metalu na drut zajmuje nawet kilkanaście minut. W końcu przestałam się przejmować tymi mini-zadaniami, więc na końcu miesiąca mój warsztat zajął ostatnie miejsce w rankingu. "Zachęta", by postarać się lepiej w nowym miesiącu i wziąć się do pracy, ostudziła jeszcze bardziej i tak stygnący zapał. Niemal dzień w dzień fetch-questy? Trudno, będę na ostatnim miejscu, nie zarobię tyle reputacji i pieniędzy, ile bym mogła, ale po prostu lepiej mi się gra bez odhaczania wszystkich powtarzalnych, nudnych punktów z listy.

Ilości złota potrzebne do ulepszeń domu czy maszyn są spore. Koszty różnych przedmiotów w licznych sklepikach też są spore, więc trzeba przygotować się na grind. W ten sposób gra wystarcza na kilkadziesiąt godzin, gdyż na wszystko musimy sobie zapracować. Na szczęście czasem mamy specjalne wydarzenia (zaznaczone w kalendarzu), więc monotonia jest urozmaicana np. przez dzień łowienia ryb, święto słońca i wiele innych.

My Time at Portia może być ciekawą alternatywą np. dla Stardew Valley czy Harvest Moon. Więcej czasu spędzimy tu na zdobywaniu surowców w podziemiach, walce albo dłubaniu w warsztacie niż na farmie, niemniej mamy możliwość uprawiania roślin i hodowania zwierząt. Podczas zabawy można też skupić się na zacieśnianiu znajomości z mieszkańcami (nawet wziąć ślub z wybranką lub wybrankiem, a jeśli się rozmyślimy - zakończyć związek itp.). Gra oferuje mnóstwo rzeczy do zrobienia. Jak optymalnie wykorzystać czas? Tu nie ma podpowiedzi, więc sami musimy decydować, na czym w danym momencie się skupić.

W My Time at Portia ogółem bawiłam się świetnie - zwłaszcza na początku. Podobała mi się prosta, kolorowa grafika i wesoła muzyka, idealnie pasująca do leniwej rozgrywki. Gra oferuje na tyle dużo ciekawej zawartości i zróżnicowanych rzeczy, którymi można się zająć, że zawsze było coś nowego, do czego mogłam dążyć. W końcu jednak grind i odhaczanie fetch-questów zaczęło mnie nużyć, na szczęście rutynę przerywały pojawiające się często specjalne wydarzenia i święta. Niezbyt porwały mnie fabuła czy rozmowy z mieszkańcami, choć wszystko wydawało się w porządku - każda postać to pewne indywiduum, większość odnosi się do nas z sympatią, dialogi brzmią dobrze, a jednak nie zapamiętałam na dłużej nikogo.

Czy warto po tę grę sięgnąć? Zdecydowanie tak, jeśli szukacie symulatora życia, w którym moglibyście się zrelaksować, poznać sympatycznych NPC-ów i zaprzyjaźnić się z nimi, rozbudowywać własny warsztat i farmę, a jednocześnie nie obawiacie się odrobiny fetch-questów i grindu w niezbyt ciekawych kopalniach.

My Time at Portia PC

  • Mnóstwo rzeczy do zrobienia i dość skomplikowane zależności
  • Urozmaicenia codziennej pracy w postaci festiwali, mini-gier itp.
  • Bezstresowa rozgrywka
  • Prosta, acz urocza oprawa audiowizualna
  • Grind
  • Instrukcje nie zawsze są klarowne
  • Zwierzaczki mogą wydawać się zbyt słodkie by je zabijać
Relaksujący, uroczy symulator życia z sympatycznymi NPC-ami i sporą ilością grindu. 7.9
Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
Recenzja gry Golf Peaks, która z golfem ma niewiele wspólnego
Gdy magowie się kłócą, planety się rozpadają - recenzja Driftland: The Magic Revival
Pieniądz robi pieniądz - recenzja Anno 1800
najnowsze