Felieton

Rozwód dekady, czyli jakie będą konsekwencje rozstania Activision i Bungie?

Mateusz Mucharzewski, 17 stycznia 2019 11:00 2

Rok dopiero się zaczął, a już mamy mocnego kandydata do tytułu największego branżowego wydarzenia roku.

Pod koniec zeszłego tygodnia gruchnęła informacja o rozwiązaniu umowy między Activision, a Bungie. Tym samym Destiny, jedna z obecnie największych marek na rynku gier wideo, wypada z planu wydawniczego pierwszej z firm i staje się zależna wyłącznie od oryginalnych twórców. Trudno znaleźć przykład innego, równie spektakularnego rozstania, stąd hasło „rozwód dekady” przestaje brzmieć jak tani nagłówek z portalu plotkarskiego. Konsekwencje tej decyzji mogą nie wpłynąć radykalnie na sytuację całej branży, ale na pewno mocno uderzą w obie firmy i w dużym stopniu ustawią ich pozycję na rynku na najbliższe lata.

Zaskoczenie z rozwiązania umowy jest nieco mniejsze kiedy spojrzymy ile czasu już trwała współpraca i ile domyślnie miała trwać. Porozumienie zostało podpisane na okres dziesięciu lat, z czego osiem już minęło. Za dwa lata współpraca i tak mogłaby się zakończyć. Mimo wszystko nie często zdarza się, aby tak istotne rzeczy kończyły się przed czasem. To zbyt duże inwestycje, aby komukolwiek opłacało się z tego wychodzić. Zwłaszcza Activision, które teoretycznie zostaje z niczym. Prawa do Destiny powędrowały w ręce Bungie, które od teraz będzie samodzielnie wydawać swoją grę. To kolejny wielki cios dla giganta branży, który w ostatnim czasie boryka się z największymi problemami od lat, które mogą pociągnąć za sobą ogromne zmiany w strategii. O tym jednak nieco później.

Współpraca na linii Activision-Bungie nie układała się niemalże od początku. Przekazujący informacje od swoich źródeł związanych ze studiem Jason Schreier z Kotaku pisze, że po ogłoszeniu rozstania w siedzibie twórców Destiny pracownicy wiwatowali i otwierali szampany. Podobne nastroje miały panować po tym, jak deweloper wykupił się z rąk Microsoftu, co później pozwoliło na współpracę z Activision. Problemy z wydawcą wynikały z dwóch rzeczy. Po pierwsze, Bungie miało spory problem z napiętym kalendarzem jaki narzucił partner. Oczekiwania premiery jednej dużej rzeczy rocznie (nowa część lub dodatek) okazały się niemożliwe do spełnienia. W tym momencie nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, po czyjej stronie jest wina za tę sytuację. Activision nie ma najlepszej opinii, a więc zapewne wielu graczy to tutaj upatruje problemu. Tego jednak na 100% nie wiemy, a doświadczenie podpowiada mi, że nie zawsze wszystko jest tak oczywiste jak może się wydawać na pierwszy rzut oka.

Kolejnym problemem Destiny były wyniki sprzedaży. Wiemy, że słowo „rozczarowanie” towarzyszyło marce niemalże od początku. Gracze nie byli do końca usatysfakcjonowani poziomem pierwszej części. Sytuację ratował dodatek The Taken King, ale to było za mało, aby przy premierze kontynuacji nie powróciły dawne problemy. Ponownie ratunkiem okazał się dodatek Forsaken, ale i tym razem sprzedaż rozczarowała. Wielu graczy z ogromnym optymizmem przyjęło kierunek, w którym poszło rozszerzenie. Mimo wszystko Activision pod koniec zeszłego roku informowało swoich akcjonariuszy o niezadowalających wynikach. Destiny ciągle miało ogromny problem z gigantyczną bazą graczy, którzy z różnych powodów odeszli od marki i nie chcieli wrócić. Trudno im się dziwić, biorąc pod uwagę regularne kontrowersje i problemy związane z grą. Ta marka potrzebowała czegoś więcej niż jednego dobrego dodatku. Dzisiaj, moim zdaniem, najlepiej sprawdziłaby się trzecia odsłona, którą najwięksi fani ocenią równie pozytywnie co The Taken King czy Forsaken.

Co Bungie zrobi z Destiny?

Na ten moment ciężko powiedzieć co Bungie może zrobić z Destiny. Wiemy na pewno, że gra na razie pozostanie na Battle.net-cie. Zapewne jednak w niedalekiej przyszłości czeka nas przesiadka na inny serwis. Studio powinno również przygotować nowy kalendarz aktualizacji i premier, który będzie podporządkowany wewnętrznym ustaleniom, a nie woli wydawcy. Czas pokaże jak wpłynie to na przyszłość gry. Stawiam, że Bungie pójdzie w stronę odbudowy zaufania graczy. Studio na pewno ma mniejsze potrzeby finansowe niż ogromne Activision, a więc parcie na polepszenie wyniku finansowego może być mniejsze. Pamiętajmy również, że deweloper nie narzekał specjalnie na monetyzację swojej produkcji. Nastawiona na długookresowy wzrost polityka może być więc realnym scenariuszem.

Destiny z wozu, Activision lżej?

Pozornie rozstanie z Bungie wcale nie musi być taką tragedią dla Activision. Pamiętajmy przecież, że przy tak wielkim biznesie nie ma mowy o wypowiedzeniu umowy z dania na dzień. Negocjacje na pewno trwały długo i pozwoliły osiągnąć obu stronom satysfakcjonujące warunki. Bungie zależało na odzyskaniu pełnej niezależności, z kolei Activision zapewne chciało mieć jakąś rekompensatę poniesionych kosztów. Mówimy przecież o dziesięcioletniej umowie, która miała kosztować wydawcę 500 mln dolarów. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że Activision nie będzie już decydować o losach marki, ale będzie uzyskiwać przychody ze sprzedaży. Jeśli tak faktycznie będzie, nie będą one wynikać tylko z użytkowania przez Destiny infrastruktury Battle.net-u.

Aby pokazać jak to może wyglądać, przedstawię transakcję z końcówki zeszłego roku, która miała miejsce na krajowym podwórku. Wprawdzie skala minimalna, ale schematy te same. Otóż studio QubicGames sprzedało prawa do gry Astro Bears Party (wydanej we wrześniu 2017 roku na Switchu) do spółki Sonka (QubicGames jest jednym z mniejszościowych udziałowców Sonka S.A.). Oprócz opłaty za sprzedaż marki (nieco ponad 0,5 mln zł) zapewniło sobie również 3% przychodów ze sprzedaży tej, jak i każdej kolejnej części stworzonego przez siebie IP. W przypadku Destiny może być analogicznie. Activision nie ma już żadnego wpływu na markę, ale dalej zarabia na swoim wkładzie w jej stworzenie. Notowania akcji Activision-Blizzard z ostatnich 5 dni (stan na 15.01). Nie trzeba zaznaczać, w którym momencie ogłoszono rozwiązanie umowy z Bungie. via Business Insider

Activision ubędzie przede wszystkim poważnego ciężaru jakim było Destiny. Gra niemalże ciągle generowała nowe problemy, a komunikaty dotyczące sprzedaży zazwyczaj były negatywne. Pamiętajmy również, że wydawca nie tylko odpowiadał za sprzedaż i marketing, ale i był koproducentem. W prace nad kolejnymi aktualizacjami zaangażowane były studia należące do Activision jak High Moon Studio czy Vicarious Visions. Teraz będzie można je przerzucić do innych, potencjalnie bardziej dochodowych projektów. Nie chcę oczywiście napisać, że wydawca dokładał do interesu. Pamiętajmy jednak o ogromnych kosztach utrzymania gry jak marketing, infrastruktura sieciowa, opłacanie własnych studiów pomagających przy produkcji oraz opłaty licencyjne na rzecz Bungie. Nic więc dziwnego, że Activision oczekiwało więcej i ciągle było rozczarowane wynikami finansowymi. Projekt na pewno był dochodowy, ale skoro zdecydowano się na rozwiązanie umowy, mogło być znacznie lepiej. Być może rozstanie z Bungie pozwoli Activision na obranie nowej drogi, która znacząco poprawi wyniki finansowe całej spółki. Bez względu na to kto miał rację, na pewno jedna strona dla drugiej była w pewnym sensie problemem. Komfort samodzielnej pracy jest w takich sytuacjach nieporównywalnie większy.

Zanim jednak to nastąpi, Activision musi uporać się z ogromnymi problemami jakie pojawiły się po ogłoszeniu zerwania umowy z Bungie. Akcje spółki momentalnie zaliczyły ogromny spadek (widać to na wykresie powyżej). Ubytek na kapitalizacji to jedno, jego prawne konsekwencje to drugie. Otóż kancelaria Pomerantz LLP w imieniu grupy akcjonariuszy Activision-Blizzard wszczęła postępowanie, w którym bada czy główna kadra managerska spółki nie dopuściła się nieprawidłowości i naruszyła przepisy dotyczące obrotu papierami wartościowymi. Przykładem takich działań może być sprzedaż akcji przed dużym głoszeniem, które podobnie jak w analizowanym przypadku, najprawdopodobniej doprowadzi do znaczącego spadku kursu. Takie wykorzystywanie informacji poufnych jest nielegalne. Jeśli faktycznie kancelaria Pomerantz LLP znajdzie jakieś nieprawidłowości, problemy Activision mogą wejść na znacznie wyższy poziom.

Bal w Bungie może nie potrwać długo

Obecnie w siedzibie studia strzelają korki od szampana, ale świętowanie może nie potrwać długo. Na pewno ze zmian mogą cieszyć się gracze, którzy zapewne dzięki odejściu Activision unikną przykrych konsekwencji walki o poprawę wyniku finansowego. Mikrotransakcje w Destiny 1 i 2 były dosyć subtelne, a więc wydawca mógł chcieć to zmienić. Nie da się przecież ukryć, że to właśnie od takich dodatkowych form monetyzacji w dużym stopniu zależy sukces komercyjny gry. Z drugiej strony przed Bungie ogromne wyzwanie, aby to wszystko poukładać w spójną całość. Studio musi całkowicie przejąć wiele niewidocznych dla graczy procesów jak chociażby dystrybucja pudełek z grą. Do tego dochodzi obsługa techniczna czy marketing. Jednocześnie Bungie traci wsparcie wspomnianych wyżej studiów należących do Activision. Niewykluczone więc, że deweloper będzie szukać nowych partnerów, a może nawet zdecyduje się na przejęcie innej ekipy, aby pozyskać specjalistów do pracy. To wszystko trwa, a więc spodziewałbym się w najbliższym czasie mniejszej ilości zawartości dodawanej do gry.

Pamiętajmy również, że Bungie podpisało wartą 100 mln dolarów umowę z chińskim gigantem NetEase Games. Studio pracuje nad nową marką, raczej na pewno związaną z rozgrywką sieciową. Kontrakt powoduje więc, że konieczne jest przerzucenie ogromnej liczby pracowników do nowego projektu. Bungie stoi przed gigantycznym wyzwaniem związanym z jednoczesnym rozwojem dwóch dużych produkcji. Studio od lat znane było z prac tylko nad jedną grą, jak Destiny czy wcześniej Halo. Trudno jednak zarzucać nieodpowiedzialność deweloperom. Skoro porywają się na takie wyzwanie, najpewniej muszą być jakoś na nie przygotowani.

Porażka Activision szansą dla innych firm

Obecna sytuacja to wielka szansa dla innych firm z branży. Bungie raczej na pewno będzie potrzebować nowego partnera, który przejmie część obowiązków Activision. Z jednej strony są to deweloperzy, którzy wspomogą produkcję. Z drugiej, zapewne studio będzie szukać dużego wydawcy, który wspomoże dystrybucję. Może to przypominać współpracę Techlandu z Warner Bros. (Dying Light) czy CD Projektu RED z duetem Warner Bros./Namco Bandai (Wiedźmin i Cyberpunk 2077). Polskie studia w pełni kontrolują proces produkcji i mają 100% autonomii. Duży partner odpowiada z kolei za dystrybucję (w tym przypadku wyłącznie pudełkową na wybranych rynkach). Trzeba przecież pamiętać, że nie ma znaku równości między niezależny, a samowystarczalny. To drugie znacznie łatwiej osiągnąć przy grach dystrybuowanych wyłącznie drogą cyfrową.

Obecna sytuacja to również świetna okazja dla firm walczących o rynek cyfrowej dystrybucji. Ostatnio wiele się mówi o tym jak Epic Games Store próbuje walczyć ze Steamem. Teraz pojawia się okazja do tego, aby pozyskać dla swojego sklepu atrakcyjnego partnera. Niewykluczone, że Destiny nadal pozostanie na Battle.net-cie. Nie zmienia to faktu, że porozumienie na linii Bungie-Activision może zakładać, że gra będzie mogła pojawić się na innej platformie cyfrowej dystrybucji. Valve przy obecnej sytuacji na pewno potrzebuje takich produkcji jak Destiny. Pojawienie się gry w ofercie sklepu Epic Games na pewno byłoby odebrane jako kolejny, duży cios wymierzony w Steama.

Spodziewałem się, że 2019 rok będzie bardzo intensywny jeśli chodzi o wydarzenia branżowe, ale nie sądziłem, że taki hit pojawi się już w styczniu. Rozwód Activision i Bungie to ogromne uderzenie w tę pierwszą spółkę. Być może wyjdzie ona z tego cało, ale na razie widzimy tylko kolejne problemy. Biorąc pod uwagę również pogrążone w kryzysie EA, niewykluczone że w niedługiej perspektywie na fotelu lidera branży pojawi się ktoś nowy. Dla Bungie to z kolei zupełnie nowy rozdział. Przy okazji wielka szansa dla innych firm, które w zależności od sytuacji na współpracy z twórcami Destiny będą mogły sporo zyskać. Będzie więc co obserwować w najbliższym czasie.

Rewolucja w branży? Zarabianie na grach zmieni się w najbliższych latach diametralnie
Mimo sporej niechęci graczy, Konami radzi sobie lepiej niż mogło się wydawać
Związki zawodowe uratują branżę gier? A może będzie wręcz przeciwnie?
Branża okiem Amy Hennig. Gry AAA mogą uratować tylko wielkie zmiany
najnowsze