Bez prądu - film

Recenzja filmu Vice, czyli brudy polityki w pigułce

Kamil Ostrowski, 15 stycznia 2019 16:00 0

Nowy film Adama McKaya utwierdzi w przekonaniu tych, którzy zła tego świata upatrują w bezwzględności grupy trzymającej władzę. Pewnie słusznie.

Zwykłym śmiertelnikom nigdy nie zbrzydną pewnie historie o ohydzie jaką jest polityka i o moralnej gimnastyce, jakiej pełno jest w zakamarkach wszystkich siedzib rządów, pałacach prezydenckich i parlamentach całego świata. Ciężko nie poczuć obrzydzenia pomieszanego z fascynacją, śledząc karierę Dicka Cheney’a, jednego z najbardziej wpływowych nie-prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych.

Skąd taka a nie inna konstrukcja, której użyłem w poprzednim akapicie? Może być równie myląca, co sama postać Cheney’a. Podczas dwóch kadencji urzędowania George’a W. Busha Juniora zajmował on stanowisko wiceprezydenta. Teoretycznie rzecz biorąc w systemie prawno-administracyjnym Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej jest to stanowisko głównie prestiżowe – zastępca głowy państwa pojawia się na mniej istotnych uroczystościach państwowych i pełni funkcję doradczą, nie posiadając żadnych istotnych kompetencji czy prerogatyw. Ciekawostką jest, że w przypadku śmierci, bądź zrzeczenia się urzędu przez prezydenta nie rozpisuje się nowych wyborów, a miejsce dotychczasowej głowy państwa zajmuje właśnie wiceprezydent. Takie sytuacje należą jednak do rzadkości. Dlaczego zatem niezwykle ambitny polityk taki jak Dick Cheney zgodził się na objęcie tej funkcji? Twórcy filmu Vice mają dla nas gotowe odpowiedzi.

To chyba największa wada filmu, z którą chcę się rozprawić już na początku, żeby w reszcie recenzji móc z czystym sumieniem chwalić Vice bez oporu. Mam bowiem pewne wątpliwości co do delikatnie karykaturalnego przedstawiania systemu politycznego USA. Z małymi wyjątkami politycy, na czele z Dickiem Chaney’em przedstawiani są jako pozbawieni skrupułów socjopaci, chociaż dowody na taką interpretację ich zachowania są palcem po wodzie pisane. Z tego powodu film budzi pewne kontrowersje po drugiej stronie oceanu, czemu zresztą trudno się dziwić. George W. Bush Junior przedstawiany jest jako cymbał (brzmiący), zręcznie manipulowany przez wszechmogącego Chaney’a? Jakkolwiek taka wizja może generować spory potencjał scenariuszowy, tak wydaje mi się nieco nieodpowiedzialna. Co innego fikcyjne House of Cards, a co innego obsmarowywanie żyjących osób i ich bliskich.

Kiedy jednak już odłożymy na bok swoje sentymenty i potrzebę zachowania pewnego obiektywizmu w filmie, który jest rzekomo oparty na faktach, okaże się że dostajemy znakomity dramat polityczny. Po pierwsze, historia Dicka Chaney’a jest bardzo interesująca. Pochodzący z Lincoln w Nebrasce, w samym centrum USA (a więc z głębokiej prowincji), niezwykle inteligentny, ale leniwy, pyszny i mający problemy z ukończeniem studiów, a także z alkoholem mężczyzna po serii życiowych wybojów skierował swoja kroki ku polityce. Nie robi błyskawicznej kariery, wręcz przeciwnie – stopniowo pnie się w górę, wyróżniając się kilkoma zaledwie interesującymi cechami, spośród których najbardziej cenioną pozostaje lojalność. Polityk drugiego rzędu, który dzięki swojej systematyczności zbliża się do głównych ośrodków władzy, nie wystawiając się na bezpośrednie ciosy opinii publicznej. Spersonifikowany zarzut dla systemów demokratycznych Zachodu.

Dużą rolę w kreowaniu historii w Vice odgrywa nieprzeciętne aktorstwo. Popisują się tutaj absolutnie wszyscy aktorzy, chociaż zdecydowaną palmę pierwszeństwa trzeba oddać czterem postaciom. Absolutnie genialny jest Christian Bale w głównej roli. Jego życiową partnerkę odgrywa Amy Adams, która na długie lata pozostanie chyba archetypem silnej kobiety stojącej za silnym mężczyzną. Wyśmienicie spisują się również Steve Carell jako cyniczny republikanin Donald Rumsfeld i Sam Rockwell jako nieco przerysowany, ale intrygujący George W. Bush Junior. Oklaski należą się jednak wszystkim aktorom, bo nie dopatrzyłem się jednej źle zagranej sceny.

Vice to opowieść o władzy, bliźniaczo wręcz podobna do serialowego House of Cards. W polityce jaką pokazują nam twórcy nie ma miejsca na sentymenty, chociaż swego rodzaju lojalność jest doceniana. Nie ma miejsca na ideały, chociaż na swój sposób każdy z polityków oddany jest swojej misji. Zapomnijcie o ceregielach, bo za kulisami to świat bezwzględnych i bezpośrednich ataków, intryg i wolt, które niejednokrotnie z trudem przełykają sami bohaterowie podejmujący się niecnych występków. Polityka to nie miejsce dla tych o słabym żołądku i miękkim sercu. Niewiele filmów oddaje tę prawdę lepiej niż Vice. Naprawdę warto iść do kina.

Komu spodoba się Vice? Przede wszystkim miłośnikom polityki i intryg w stylu House of Cards czy Gry o Tron. Poza tym wszystkim z Was, którzy lubią dobre kino, a którym do szczęścia nie są potrzebne wybuchy czy strzelaniny.

Nie ufaj słodkiej buzi - recenzja filmu Anioł
Recenzja filmu Faworyta. Dziwnie, dziwniej, brytyjski dwór
Nie jest już czadowo - recenzja filmu LEGO Przygoda 2
Grunt to odpowiednie tworzywo? - recenzja filmu Dom, który zbudował Jack
najnowsze