Bez prądu - film

Łabędzi śpiew Showmaksa - recenzja filmu Plagi Breslau Patryka Vegi

Piotr Nowacki, 31 grudnia 2018 15:00 0

Teraz już nawet Patryk Vega nie uratuje Showmaksa - ale czy udało mu się przynajmniej zrobić dobry film?

W ostatnich dniach o Showmaksie mówiło się głównie ze względu na dość nieoczekiwane zawieszenie działalności na terenie naszego kraju – z końcem stycznia ten południowoafrykański serwis wycofuje się z Polski. Decyzja ta była sporym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że niecałe dwa miesiące przed zamknięciem serwisu zawitał na niego premierowy film Patryka Vegi, jednego z najbardziej kasowych polskich reżyserów ostatnich 30 lat. W innym wypadku wyglądałoby to na rzucenie rękawicy gigantowi, jakim jest Netflix, który niedawno wypuścił 1983, nad którym pieczę trzymała Agnieszka Holland, teraz jednak jest to co najwyżej łabędzi śpiew Showmaksa.

W Plagach Breslau Patryk Vega opuszcza typowo gangsterskie klimaty na rzecz bardziej klasycznego kryminału. Nie mamy do czynienia ze zorganizowaną przestępczością, lecz z samotnym mordercą terroryzującym Wrocław. Codziennie o godzinie 18:00 znajdowane są nowe zwłok, na których morderca, nazwany przez media Siepaczem z Breslau, zostawia znak rozpoznawczy – wypalone piętno na ciele ofiary. Pierwszy zabita osoba zostaje oznaczona jako zwyrodnialec. Następna ofiara – grabieżca...

Policja szybko łączy fakty. Wygląda na to, że zabójca inspiruje swoje morderstwa tygodniem plag, które przyniósł na Wrocław król Prus, Fryderyk Wielki. Po przejęciu władzy nad tym miastem miał on chcieć z niego uczynić z niego prawdziwie europejską metropolię. W tym celu przez tydzień wykonywał publiczne egzekucje na zbrodniarzach, aby wyplewić z Wrocławia przestępczość. Wszystko wskazuje, że teraz morderca odtwarza jego dzieło. Zadanie powstrzymania zabójcy przypada Helenie Ruś (Małgorzata Kożuchowska) oraz jej świeżo przydzielonej partnerce, Magdzie Drewniak (Daria Widawska. s

Swoją drogą, czy tak samo, jak ja, nie słyszeliście nigdy o historycznym tygodniu plag? Nic dziwnego. Wszelkie próby odnalezienia informacji na temat tego wydarzenia zakończyły się niepowodzeniem – bo też wszystko wskazuje, że to wydarzenie zostało wymyślynone przez Patryka Vegę na potrzeby fabuły (a jeżeli się mylę, proszę o wyprowadzenie mnie z błędu). Na ogół nie ma niczego złego w zastosowaniu licentia poetica do wydarzeń historycznych, ale tak jak można wybaczyć naginanie faktów, całkowite ich fabrykowanie jest już przekroczeniem pewnej granicy. Szczególnie, że przypisanie takich czynów Fryderykowi Wielkiemu nie ma zbyt wiele sensu: filmowy tydzień plag przywodzi na myśl najgorsze stereotypy na temat średniowiecza, podczas gdy w rzeczywistości ten król Prus był znany między innymi z propagowania idei oświeceniowych, a co więcej, wprowadził prawie całkowity zakaz tortur na terenie królestwa.

Nie jest to oczywiście jedyny absurd w tym filmie. Przy Kobietach mafii pisałem, że jednym z głównych motorów fabuły jest głupota jego bohaterów – i nie inaczej jest tym razem. Tym, co umożliwia popełnianie kolejnych morderstw przez filmowego antagonistę jest przede wszystkim rażąca niekompetencja policji. Fakt, zasadniczo poza postacią graną przez Kożuchowską oraz jej partnerką filmowe gliny nie są przesadnymi bystrzakami, ale ich partactwo w filmie było wręcz groteskowe.

Najlepiej oddaje to scena, którą pozwolę sobie oznaczyć jako spoiler, gdyż dotyczy finałowych scen Plag Breslau. Według zapowiedzi mordercy, ostatnią ofiarą na celowniku miał być sam premier Polski. Wszystko wskazywało, że zbrodnia zostanie dokonana podczas meczu żużlowego. Co więc zrobiły policja i BOR? Dosłownie nic. Zbrodniarz niczym niepokojony wszedł na tyły stadionu i do złotego kasku, który miał zostać wręczony prezesowi rady ministrów z okazji jego urodzin włożył specjalny “prezent”, który potem został mu dostarczony wręczony przez żużlowców. Nikt nie zabezpieczył szatni sportowców, nikt nie sprawdził, czy podarek dla drugiej najważniejszej osoby w państwie jest nie stanowi dla niej zagrożenia. Żodyn.

Nonsens goni nonsens również w warstwie reżyserskiej i montażowej. Są momenty, gdy Vega zupełnie się gubi w języku filmowym. W jednej scenie, dla przykładu, Helena czyta w bibliotece o rzekomych historycznych plagach Wrocławia. Wtem! Patrzy na zegar – zbliża się godzina, o której Siepacz morduje – zamyka książkę i wybiega. Zwykle takie sytuacja oznacza “detektyw ma olśnienie, czy zdąży jeszcze uratować ofiarę?”. Tutaj okazało się, że w sumie nie było powodu gnać, bo tak naprawdę nie miała zielonego pojęcia, co zrobi morderca, a te 10 minut przed zbrodnią wykorzystała na snucie się po ulicach Wrocławia.

Bolączką Vegi jest również nagminne dramatyzowanie rzeczy, które dramatyczne bynajmniej nie są. Słynna już jest scena znana ze zwiastunów, w której spłoszone biegające po ulicach Wrocławia powodują iście dantejskie sceny. Po reakcjach przechodniów i kierowców można odnieść wrażenie, że po mieście szarżuje nie przerośnięty roślinożerca, tylko co najmniej tygrys – i to nie ten prążkowany z Indii, tylko opancerzony z Niemiec. Jeszcze zabawniej jest, gdy – nie zdradzając zbyt wiele szczegółów – w późniejszej części filmu ogólny popłoch, panikę i ofiary w ludziach powoduje… tocząca się beczka. Słowa nie są w stanie oddać skali tego nonsensu.

Jednym ze znaków rozpoznawczych Botoksu było, delikatnie mówiąc, “luźne” podejście do medycyny. Ja, z wykształcenia skromny anglista, znający nauki medyczne prawie wyłącznie od strony pacjenta, byłem w stanie wychwycić dosłownie tony bzdur w tym zakresie. Chociaż tematyka Tygodnia plag nawet nie zahacza o medycynę, to i tutaj nie udało się uniknąć okołoszpitalnych bredni. Ciśnienie podniosła mi scena, w której jedna z postaci trafia do szpitala w śpiączce. Diagnoza lekarzy: rozległe uszkodzenia mózgu, praktycznie zerowa szansa na wybudzenie. Ale co tam głupi lekarze wiedzą, nie? Słysząc to, jedna z bohaterek wkracza w glorii na salę szpitalną i zaczyna wyjaśniać żonie faceta w śpiączce, że trzeba walczyć, trzeba do śpiącego mówić, troszczyć się o niego i na pewno wyjdzie z tego. Kurde, tysiące lat rozwoju medycyny i lekarze na to nie wpadli, konowały jedne! Oczywiście, szybko się okazuje, że dranie w kitlach racji nie miały, ciepłe słowa wybudziły pacjenta. Żerowanie przez Vegę na nieufności wobec lekarzy i karmienie widzów szarlatanerią przekracza wszelkie granice przyzwoitości.

Na marginesie, warto zwrócić uwagę na przedstawienie kobiet w Plagach Breslau. To jest już czwarty film z rzędu, w którym Vega na pierwszym planie stawia właśnie kobiety – i to praktycznie zawsze w rolach dotychczas kojarzonych z facetami – czy to jako twarde gliny, czy jako bandziorów. Nawet w skupiającym się na lekarkach Botoksie odszukać przełamywanie pewnych stereotypów.

Wcześniej zdawał się działać jednak na zasadzie “bogu świeczkę, diabłu ogarek” – z jednej strony kobiety przejmowały inicjatywę, z drugiej wciąż były traktowane jako obiekt seksualny. Bela (Olga Bołądź) była wytrawną policjantką, lecz infiltracja mafii w jej wykonaniu zaczynała się od… tańczenia na rurze. ”Niania” (Agnieszka Dygant) okazała się być skuteczną i bezwzględną przestępczynią, ale równocześnie widzowie zostali “uraczeni” nagością i sceną przemocy skierowanej wobec niej, która zdawała się być żywcem wzięta z kina exploitation.

Tym razem Patryk Vega jest dużo bardziej konsekwentny w filmowym obrazie głównych bohaterek. W żadnym momencie nie odnosiłem wrażenia, że kobiety są w tym filmie sprowadzone do roli obiektu seksualnego. Co więcej, zarówno Helena, jak i Magda w dużej mierze wyłamują się z kinowych standardów urody. Małgorzata Kożuchowska przeszła znaczącą metamorfozę na potrzebę tego filmu. Do tej pory kojarzona przede wszystkim jako Hanka z M jak miłość czy z ról w komediach romantycznych, tym razem pokazała się wytatuowana, z wygoloną połową głowy. Jeszcze bardziej w poprzek oczekiwań co do prezencji staje grana przez Darię Widawską Magda, której strojem przez cały film jest bluza z kapturem, spodnie dresowe i baseballówka. W innych produkcjach prędzej czy później padłby jakiś komentarz na temat ich powierzchowności lub byłoby to wykorzystane explicite do wyjaśnienia jakiejś traumy czy “defektu”: widzicie, Magda ubiera się jak babochłop, bo jej z facetami nie wychodziło, nie ma dramatycznej sceny, w której Kożuchowska bierze maszynkę do golenia i ścina sobie włosy, nie pojawiają się komentarze, które często kobiety mogą usłyszeć na ulicach: taka ładna dziewczyna by z ciebie była, gdyby nie te włosy.

Plagi Breslau zupełnie nie idą w tym kierunku. Vega zdaje się nie bawić w tanią psychoanalizę, nie sugeruje drugiego dna za wyglądem bohaterek. Być może to jest przypadek – być może to, że nie widać nici łączącej aparycję z trudnymi doświadczeniami postaci wynika jedynie z reżyserskiej nieudolności Vegi – jednak wolę dać mu ten kredyt zaufania.

Oczywiście, taki obraz kobiet w Plagach Breslau bynajmniej nie czyni samo w sobie tego filmu dobrym. Jest to jednak mimo wszystko warte odnotowania – skupienie się przez Vegę na kobietach w swoim filmie zdaje się być strategią, która przynosi sukces i niewykluczone jest, że właśnie Kobiety mafii czy Plagi Breslau będą wyznaczać trendy w polskiej popkulturze w nadchodzących latach.

Próbując ocenić Tydzień plag nieustannie się łapałem na konkluzji, że nie jest to zły film w porównaniu z Botoksem czy Kobietami mafii. Jest to oczywiście błędne myślenie. Jego poprzednie produkcje tak obniżyły moje oczekiwania, że mógłby wypuścić do kina film pokazujący przez dwie godziny zastyganie betonu, i uznałbym to za znaczący progres w stosunku do poprzednich dzieł.

Plagi Breslau są najeżone fabularnymi bzdurami i dziurami, bohaterowie są drewniani, dialogi ledwo przypominają mowę używaną na obszarze Polski… Ale przynajmniej ten film ma jakąkolwiek strukturę, akcja jest poprowadzona z grubsza poprawnie. “Poprawny” to nie jest być może powalający komplement, lecz w wypadku produkcji Vegi znaczy to naprawdę sporo. Tego, co ostatnio wypuszczał pod swoim nazwiskiem do kina nie można było tak naprawdę nazwać filmem - były to serie luźno powiązanych scen, tylko czasami łączących się w jakąś sensowną całość. Plagi Breslau dzięki swojej “poprawności” w tym zestawieniu są praktycznie arcydziełem.

Koniec końców, Plagi Breslau nie są katastrofą, której się spodziewałem. To “tylko” film zły, w odróżnieniu od fatalnych poprzednich produkcji Vegi. Jeżeli jesteś fanem lub fanką kina klasy B i już posiadasz subskrypcję Showmaksa, obejrzenie Plag może być całkiem dobrym sposobem na spędzenie 90 minut Jeśli zaś liczysz na porządne kino (domowe), to lepiej odpuść – Plagi Breslau obok dobrego kryminału nawet nie stały.

Jaja bez trzymanki i wartości rodzinne - recenzja filmu Shazam!
Potykający się kurier - recenzja filmu Kurier
Recenzja filmu To My. Horror i lekcja WOSu w jednym
Recenzja filmu Girl. Dojrzewanie do kwadratu
najnowsze