Graliśmy

Statki dotarły na konsole, więc testujemy World of Warships: Legends

Kamil Ostrowski, 27.12.2018 13:00 0

Wargaming.net z uporem maniaka wciska się wszędzie tam, gdzie jest szansa na wzbudzenie zainteresowania miłośników wojennych potyczek. Tym razem padło na okręty wojenne.

Domyślacie się pewnie, że World of Warships: Legends niewiele różni się od pecetowego World of Warships. Chociaż nie mamy tutaj do czynienia z konwersją sensu stricte, tak zasadnicze zręby pozostają niezmienne. Na dosyć sporych mapach ścierają się okręty wojenne sterowane bądź to przez żywych graczy, bądź to przez sztuczną inteligencję. Potyczki liczą sobie dziewięć okrętów po każdej ze stron, a jedna rozgrywka trwa zazwyczaj około dziesięciu minut. Brzmi znajomo? No cóż, najważniejsze że statki bawią!

Zasadniczą różnicą pomiędzy World of Warships które znamy z pecetów, a World of Warships: Legends z konsol, jest interfejs użytkownika, który został opracowany z myślą o ekranach telewizorów i sterowaniu padami. Przejście odbywa się bezproblemowo, bo sterowanie statkami, ostrzeliwanie się, zmiana uzbrojenia, korzystanie ze zdolności specjalnych, sprawdzanie mapy, a nawet wydawanie prostych komend nie sprawia żadnych problemów. Szczerze powiedziawszy byłem nawet pod lekkim wrażeniem precyzji jaką można osiągnąć grając kontrolerem innym niż myszka.

Zasadniczo sporym ułatwieniem dla dewelopera musiał być fakt, że tempo zabawy jest zupełnie inne, to znaczy wolniejsze, niż w World of Tanks. Jeżeli sądziliście, że kierowanie ważącym od kilkunastu do kilkudziesięciu ton czołgiem sprawia, że zabawa przybiera formę raczej ślimaczą, to powinniście sprawdzić jak to wygląda kiedy kierujemy statkiem o wyporności sięgającym kilku tysięcy ton. Zupełnie inna masa, zupełnie inna zdolność do manewrowania, zupełnie inna bezwładność. Trzeba też brać pod uwagę, że operujemy na wodzie, nie na lądzie, co dodatkowo zwiększa konieczność planowania ruchów z odpowiednim wyprzedzeniem. Możliwość dokonywania szybkich korekt jest bardzo ograniczona.

Jak to Wargaming ma w zwyczaju, tak i tym razem w mało subtelny sposób „posmarowano” polskim graczom. Chyba tylko ostatni fantasta byłby w stanie stwierdzić, że nasz kraj w jakikolwiek sposób wyróżnia się na plus w kwestii siły marynarki wojennej, tak jednak w World of Warships: Legends znalazła się jedna polska „legenda” w postaci ORP Błyskawica – wprowadzony do rodzinnym sił zbrojnych w 1937 roku. Opis tej jednostki w grze jest tak bałwochwalczy, że czytając go aż zlałem się rumieńcem. Niemniej, zrobiło mi się miło.

Jak pewnie się domyślacie, w bitwach biorą udział jednostki rozmaitego typu. Zdarzają się łodzie potrafiące manewrować z prędkością i zwinnością błyskawicy (jak na warunki bitwy morskiej), które jednak już po kilku strzałach z podstawowych dział pójdą na dno. Na drugim biegunie są ogromne pancerniki, solidnie opatulone grubą blachą, zdolne do oddawania strzałów na ogromne odległości, aczkolwiek o wdzięku i mobilności żelbetowej ściany. Rzecz jasna przedstawiłem sytuacje skrajne – pomiędzy nimi macie do wyboru do koloru niszczycieli, kanonierek, korwet, krążowników czy czego tam jeszcze. Podczas zabawy ikony odpowiadające właściwym typom statków cały czas znajdują się na górze ekranu, dzięki czemu wiemy ilu naszych i jakiego rodzaju, pozostało jeszcze przy życiu.

Rzecz jasna poszczególne jednostki różnią się miedzy sobą wyposażeniem. Pierwotnie obejmujemy we władanie statki które na pokładzie mają jedynie kilka działek, żeby z czasem dostać do dyspozycji torpedy czy miny wodne. W związku z tym, że nasze statki mają ograniczone pole rażenia, większe znaczenie zaczyna odgrywać „pozycjonowanie się”. Nie muszę chyba mówić o tym, że zazwyczaj największe obrażenia zadamy ustawiając się burtą do przeciwnika – działek czołowych zazwyczaj jest niewiele. Spore znaczenie ma także rodzaj używanej amunicji. Z biegiem czasu pojawiają się również dowódcy, których odpowiedni dobór może przeważyć szalę zwycięstwa na naszą korzyść.

Trzeba uczciwie przyznać, że World of Warships: Legends wygląda bardziej niż przyzwoicie. Na zwykłym PlayStation 4 w pierwszym odruchu delikatnie zachwyciłem się efektami, taflą wody, odwzorowaniem szczegółów w modelach okrętów. Prawdopodobnie to kwestia przyjemnego otoczenia, wszak ciężko o bardziej zjawiskowy setting, niż morze i parę malowniczych wysepek czy też lodowców. Dopiero po pewnym czasie dostrzegłem pewne uproszczenia czy przejrzałem sztuczki stosowane przez producentów, co nie zmienia zasadniczo postaci rzeczy – nowa produkcja Wargamingu ma prawo się podobać.

Póki co World of Warships: Legends wygląda na bardzo udane przeniesienie na konsole idei pecetowego World of Warships. Celuje się przyjemnie, strzela się przyjemnie, pływa się przyjemnie, statki obserwuje się przyjemnie, kolejne poziomy wbija się przyjemnie. Chciałoby się troszkę więcej, może jakieś zadania kooperacyjne, może walki na wzburzonym morzu, ale z drugiej strony, to wciąż tylko beta. Niemniej nastawiła mnie pozytywnie co do ewentualnego pisania recenzji pełnej wersji. Jeżeli macie możliwość, to sprawdźcie World of Warships: Legends już teraz.

najnowsze

Crash Team Racing Nitro-Fueled podbiło angielskie serca

Produkcja wystartowała z naprawdę potężnym przytupem – Activision odnotowało w Wielkiej Brytanii trzeci najlepszy debiut w tym roku, przegrywając tylko z Days Gone oraz z Resident Evil 2.