Felieton

Wojna Krwi oczami nie-fana Gwinta. Czy fabularna karcianka ma sens dla takich osób?

Mateusz Mucharzewski, 24 grudnia 2018 13:00 3

Wojna Krwi zabiera z Gwinta tryb wieloosobowy, ale daje w zamian historię. Czy to wystarczy, aby zachęcić nowych graczy?

Nowa gra z wiedźmińskiego uniwersum nie zaliczyła takiej premiery, na którą wszyscy w CD Projekcie liczyli. Studio nie zainwestowało większych pieniędzy w promocję, przez co projekt raczej nie będzie kolejnym wielkim hitem rodzimego studia. Nie zmienia to jednak faktu, że pod względem jakości nie ma się czego wstydzić. Wojna Krwi: Wiedźmińskie opowieści to gra ambitna, nieco innowacyjna (rzadko przecież spotykamy się z połączeniem kampanii fabularnej z karcianką) i wciągająca. Nic dziwnego, że ciężko znaleźć kogoś, kto narzeka na jej jakość (u nas Mysza dał 8/10). To są jednak głównie fani Gwinta. Czy w takim razie jest to warunek konieczny, aby czerpać przyjemność z produkcji z królową Meve w roli głównej? Postanowiłem to sprawdzić, bo osobiście zaliczam się do grona nie-fanów Gwinta.

Od razu zaznaczmy, że nie jestem hejterem wiedźmińskiej gry karcianej. W Dzikim Gonie spróbowałem swoich sił, ale szybko się odbiłem. Oczywiście nie wysiliłem się, aby dobrze poznać zasady. Inna sprawa, że w ogóle nie gram w karcianki, a więc absolutnie wszystko jest dla mnie nowe i niezrozumiałe. Mój stosunek do tego gatunku wynika głównie z faktu, że nie widzę w nim tego, co sam najbardziej lubię w grach. Jest mnóstwo produkcji, które chciałbym ograć, a nie mam na to czasu. Nic więc dziwnego, że szkoda mi go na tytuły, które na papierze nie powinni mi przypaść do gustu. Finalnie więc żadnym zaskoczeniem nie powinien być fakt, że Gwinta w Wiedźminie 3 bardzo szybko zignorowałem. Do Wojny Krwi podchodziłem jak kompletny amator w temacie. Miałem nawet drobną obawę, że również w tej grze nie opanuję zasad.

Po co w takim razie sięgać po Wojnę Krwi, jeśli nie lubię karcianek? CD Projekt RED wyszedł naprzeciw takim graczom i dodał do gry specjalny poziom trudności. Przeznaczony jest on dla osób, które chcą się maksymalnie cieszyć historię. Jego główna cecha polega na tym, że pozwala pominąć wszystkie walki. Bez wyjątku. Konsekwencje są tylko takie, że w ten sposób nie da się zdobyć około 10 osiągnięć (na konsolach łącznie jest ich 40). Swój tekst zacznę więc od perspektywy osób, które albo Gwinta absolutnie nie lubią, albo mają jakikolwiek inny powód, aby omijać walki szerokim łukiem. Tacy gracze bez problemu przejdą całą Wojnę Krwi i będą cieszyć się historią oraz wyborami moralnymi.

CD Projekt RED to mistrzowie opowiadania historii, ale w tym przypadku poszło im odrobinę słabiej niż zwykle. Przede wszystkim fabuła długo się rozkręca. Na początku nie ma mocnego uderzenia. Poznajemy Meve, która właśnie wraca do Lyrii. Na miejscu okazuje się, że rozpoczęła się inwazja Nilfgaardu. Królowa musi więc zebrać armię i wyruszyć na północ, aby zdobyć poparcie i wojsko. Po drodze odwiedzimy między innymi Aedirn, Rivię czy należący do krasnoludów Mahakam. Siłą rzeczy fabuła oparta na przemarszu wojska i zdobywaniu poparcia nieco ogranicza pole scenarzystom. Pamiętajmy również, że Wojna Krwi opowiada historię przedstawioną przez Andrzeja Sapkowskiego w swoich książkach. W czasie zabawy stoczymy między innymi słynną bitwę o most na Jarudze, w której po stronie Lyrijczyków stanął Geralt z Cahirem. Oryginalnie opisana została w książce Wieża Jaskółki.

Ekipa scenarzystów CD Projektu RED miała więc nieco związane ręce. Historia nie jest więc równie ciekawa jak w Dzikim Gonie, ale i tak warto ją poznać. Mimo różnych ograniczeń udało się ciekawie zarysować postacie i wprowadzić kilka interesujących wyborów moralnych. Również ich konsekwencje sprawiają, że fabułę chłonie się z uczuciem satysfakcji. Trudno mi jednak nie narzekać na dosyć spokojny początek oraz dialogi. Odniosłem wrażenie, że Wojna Krwi to nieco ugrzeczniona wersja Wiedźmina. W poprzednich produkcjach język był zdecydowanie „brudniejszy”, bardziej wyrazisty i głęboko zapadający w pamięci. Kto grał w Dziki Gon na pewno pamięta wiele specyficznych dialogów (np. fraszka o Lambercie). W Wojnie Krwi zabrało mi ich.

Finalnie jednak historia jest ciekawa i mimo iż nie wnosi zbyt wiele do wiedźmińskiego świata (w końcu to „egranizacja” książki), poznawanie jej było wielką przyjemnością. Sam oryginał Andrzeja Sapkowskiego czytałem kilka lat temu i praktycznie zapomniałem cały ten wątek. Inna sprawa, że książki nie przedstawiały tych wydarzeń z perspektywy Meve, stąd okazja do lepszego poznania historii. Czy warto w takim razie sięgnąć po Wojnę Krwi dla samej fabuły? I tak i nie. Jeśli wiesz na 100%, że pominiesz oparte na Gwincie walki, mimo wszystko poleciłbym odpuścić sobie teraz ten tytuł. Absolutnie warto w niego zagrać, ale karcianka to zdecydowanie zbyt mocno jego element. Lepiej chwilę poczekać i sięgnąć po pierwszą (oby nie ostatnią) część Wiedźmińskich opowieści na promocji. Bez walk gra skraca się z około 30 godzin do nawet 1,5 godziny. W takim tempie można ją przebiec koncentrując się tylko na historii. Pomija się wtedy nie tylko walki, ale i zbieranie surowców. To akurat ma znaczenie tylko jeśli zdecydujesz się na toczenie pojedynków.

A może jednak ten Gwint nie jest taki zły?

Mimo mojego podejścia do Gwinta, przedstawionego na początku tekstu, postanowiłem spróbować swoich sił w walkach na karty. Uznałem, że lepszej okazji do poznania zasad nie będzie. Pierwsze potyczki, jeszcze w trakcie samouczka, przeszły bez problemów. Trudno, aby było inaczej w sytuacji, w której gra prowadziła mnie za rękę i wymuszała każdy ruch. W pierwszej bitwie, w której musiałem liczyć tylko na siebie, więcej było chaotycznego wyrzucania kart niż strategii. Pojawiły się pierwsze wątpliwości, czy aby jednak nie powinienem odpuścić sobie gier karcianych. W drugim pojedynku coś jednak zaskoczyło. Okazało się, że cały ten Gwint nie jest taki trudny. Ba, gra się w niego bardzo przyjemnie.

Podstawą do zrozumienia zasad Gwinta jest czytanie opisów kart. Każda z nich ma inne właściwości i zrozumienie ich staje się kluczem do zwycięstwa. Znając podstawowe założenia, z czasem udaje się opanować połączenia między kartami i to, jak jedno działanie powoduje na przykład serię ataków na armię wroga. Nie są to rzeczy, które warto opanowywać na samym początku. I tak fundamenty to sporo czytania i zapamiętywania. Lepiej poznawać Gwinta w czasie kolejnych walk. Wtedy szybko można zauważyć, że niektóre z pozoru bezwartościowe cechy kart potrafią być bardzo przydatne. Finalnie okazało się, że dzięki Wojnie Krwi nie tylko nauczyłem się Gwinta, ale i bardzo go polubiłem. Grę nawet prawie scalakowałem (jeszcze do niej wrócę i na pewno zdobędę brakujące do kompletu cztery osiągnięcia) spędzając z nią około 30 godzin.

W takiej sytuacji nie mogę napisać nic innego jak zdecydowanie polecić Wojnę Krwi. Jeżeli poznasz zasady karcianki, twoje odczucia z gry w fabularnego Gwinta będą bardzo pozytywne. Dla mnie produkcja CD Projektu RED okazała się jedną z najlepszych w jakie grałem w tym roku. Oczywiście to nie to samo co Red Dead Redemption 2 czy God of War, ale grywalności nie brakowało. Jeśli więc będziesz w pełni korzystać z tego, co oferuje Wojna Krwi, historię Meve warto poznać już teraz.

Największą bolączką Wojny Krwi są spore bariery wejścia. Fabuła potrzebuje nieco czasu, aby się rozkręcić, a walki oparte na Gwincie, jeśli ktoś nie znał wcześniej tej karcianki, wymagają nieco nauki. Warto mieć to na uwadze, aby przypadkiem po pierwszym kontakcie z grą nie odbić się od niej. Produkt jako całość jest zbyt dobry, aby sobie go odpuścić. Jeśli jednak ktoś na pewno wie, że ominie walki, polecam poczekać na pierwszą przecenę. Wyciągnięcie z Wojny Krwi tak dużego i znaczącego elementu jak Gwint sprawia, że znacznie trudniej uzasadnić pełną cenę na poziomie 100 złotych. Zwłaszcza, że mówimy o historii znanej z książek, a nie zupełnie nowej opowieści. Dla nie-fanów Gwinta, którzy chcieliby jednak poznać jego zasady, najważniejsza konkluzja jest następująca – Wojna Krwi ma wszystko, aby przekonać was do wiedźmińskiej karcianki. Przy odrobinie dobrej woli i zaangażowaniu gra może odwdzięczyć się około trzydziestoma godzinami świetnej zabawy.

Kilka słów o werji konsolowej

Nasza recenzja Wojny Krwi opierała się na wersji PC. Warto więc napisać kilka słów o edycji konsolowej, która pojawiła się nieco później. Niestety na premierę miała ona dosyć sporo problemów technicznych. Gra często łapała 1-2 sekundowe zwiechy oraz lubiła się całkowicie zawiesić lub wyłączyć po walkach (oczywiście tuż przed autozapisem). Na szczęście CD Projekt RED już wydał stosowną łątkę, która poprawia bolączki wersji na PS4 i Xboksa One. Trzeba jednak liczyć się z tym, że drobne problemy mogą się jeszcze pojawić. Nie sprawiają one jednak, że w grę nie da się grać lub zabawa staje się strasznie męcząca.

10 najciekawszych polskich gier, w które zagramy w 2019 roku
10 najlepszych polskich gier 2018 roku
W co zaGRAMy w grudniu 2018 roku - najciekawsze premiery miesiąca
Kodowanie popkultury: ten nasz wspólny Wiedźmin
najnowsze