Bez prądu - film

Śmierć autentyczności - recenzja filmu Narodziny gwiazdy

Joanna Kułakowska, 13 grudnia 2018 23:00 0

Bradley Cooper wykreował prostą, bajkową, niemal banalną, ale i tak łapiącą za serce historię o miłości i show-biznesie, która wręcz krzyczy o happy end.

Reżyserski debiut Bradleya Coopera (znanego przede wszystkim z szeregu kreacji aktorskich), pomimo mankamentów, ma w sobie to magiczne „coś”. Urok Narodzin gwiazdy (ang. A Star is Born) bezsprzecznie polega na tym, że otrzymujemy film bezpretensjonalnie celebrujący piękno życia i odwagę, by całkiem je odmienić, korzystając z szansy, jaką oferuje. Film o sięganiu po marzenia i rzucaniu się w wir szalonych możliwości, kiedy to zamykane dotychczas z hukiem drzwi nagle otwierają się na oścież. Film, który zarazem nie ukrywa, że za progiem owych zachęcających wrót, prócz piękna, radości i cudów, zawsze czają się potwory, ból, smutek i niejedno pożegnanie... Ale jeśli przez nie nie przejdziesz, będziesz żałować do końca życia. To gorzko-słodka historia o tym, że wszystko ma swoją cenę, zwykle z gruntu niesprawiedliwą, ale i tak lepiej próbować i mierzyć wysoko zamiast iść ze spuszczoną głową w szarzyźnie dni, bo chwila, gdy przeżywasz niczym niezmącone szczęście i poczucie spełnienia, bywa warta właśnie... wszystkiego. Taka opowieść może paradoksalnie okazać się słusznym wyborem w zimny, deszczowy dzień albo na randkę z Drugą Połową, która nie przepada za romantycznymi utworami, gdzie można odhaczyć sto procent satysfakcji bohaterów, zszamać popcorn i wyjść bez ani jednego komentarza. Oczywiście, nie oznacza to zaraz obrazu, dzięki któremu owe sto procent satysfakcji otrzymają widzowie.

Narodziny gwiazdy najprościej określić jako melodramat. Nie jest to musical, ale dostajemy ogromną dawkę wspaniałej muzyki, zarówno w formie ścieżki dźwiękowej w tle, która eksponuje wzloty i upadki bohaterki i bohatera, jak i utworów wykonywanych przez odtwórców głównych ról – Lady Gagę oraz Bradleya Coopera. Ten drugi zresztą okazał się całkiem solidnym wokalistą, country rock w jego wydaniu naprawdę daje czadu. Co się zaś tyczy gwiazdy niniejszego filmu – generalnie można nie lubić jej osobowości scenicznej i nie gustować w uprawianych przez nią gatunkach muzycznych, ale jedno trzeba przyznać: ta kobieta ma niesamowity głos i potrafi nim zdziałać cuda, umie także odegrać interesującą, wielowymiarową postać, która przynajmniej na początku mocno różni się od wizerunku wcielającej się weń wykonawczyni i nigdy nie staje się nim do końca. W zasadzie można przeżyć szok, oglądając Lady Gagę, która wygląda wręcz absurdalnie... zwyczajnie, i słuchając zupełnie innego repertuaru w jej wykonaniu.

Prezentowana podczas seansu historia stanowi mieszankę wariacji na temat mitu Pigmaliona i Galatei oraz bajki o Kopciuszku, okraszoną ironicznym, ponurym spojrzeniem na show-biznes i jego rujnujący wpływ na rozwój artystyczny i życie osobiste. Recenzowany obraz Bradleya Coopera stanowi już czwarte z kolei Narodziny gwiazdy (oryginał to film z 1937 roku w reżyserii Williama A. Wellmana). Hollywood bardzo lubi recykling idei, tak więc po raz kolejny dostosowano do współczesności motyw utalentowanej, acz niedocenianej dziewczyny, odkrytej i odchuchanej przez starszego gwiazdora, którego blask powoli gaśnie, czas chwały nieubłaganie zbliża się do końca, w czym całkiem skutecznie pomaga alkoholizm. Oczywiście, gdy podopieczna rozwinie skrzydła, przyćmi swego staczającego się mentora, a zarazem ukochanego, co nie wpłynie zbyt pozytywnie na kształt relacji i w pewnym sensie przyśpieszy koniec jego kariery, zostając katalizatorem autodestrukcyjnych tendencji. Najbardziej dramatycznym składnikiem opowieści jest fakt, że bohaterka ze wszystkich sił stara się zachować równowagę, ratować męża i małżeństwo nawet kosztem własnego rozwoju, ale niczym w greckiej tragedii los tudzież bogowie przemysłu rozrywkowego okazują się bezlitośni. Tym razem, prócz wątku psychologicznego, jeszcze wyraźniej wyeksponowano irytujące aspekty sławy oraz element zakłamania, przycinania talentu pod masowe gusta i niszczenia autentyczności i artystycznej niezależności świeżych, niedoświadczonych, a przez to ufnych i naiwnych osób, które oddają się w ręce „zawsze wiedzących lepiej” menedżerów i producentów.

W nowej wersji (która już zdążyła zdobyć cztery nagrody i mnóstwo nominacji) nasza bohaterka imieniem Ally (Lady Gaga) pracuje jako kelnerka i od czasu do czasu występuje w klubie, gdzie jej głos robi tak wielkie wrażenie, iż pozwalają jej pojawiać się nawet na wieczorach drag queen, kiedy to żadnej innej kobiety nie wpuszczono by na scenę. Możemy zresztą podziwiać taki występ – performowana i śpiewana przez nią piosenka Edith Piaf wywołuje kolosalne wrażenie, większe nawet niż bardzo dobra, poruszająca Shallow, skomponowana na potrzeby filmu, dzięki której odbywają się tytułowe Narodziny gwiazdy. Ma wiernego, rozrywkowego przyjaciela Ramona (Anthony Ramos) i kochającego ojca (Andrew Dice Clay). Ten drugi, będąc zawodowym szoferem, stanowi nader typowy przykład personelu pomocniczego sław Hollywood, pławiąc się w blasku swych klientów i chcąc lśnić odbitym światłem, tak więc choć stara się wspierać córkę, nieraz zupełnie niechcący kompletnie ją dołuje. Ally ma też wrednego szefa i kłopoty z facetami. Swego czasu starała się zrobić karierę, ale wspomniane już metaforyczne drzwi zatrzaskiwano jej przed – podobno zbyt dużym – nosem (tu włącza się automatyczne skojarzenie z Barbarą Streisand, która była sekowana za brak wymaganej od artystek urody, zdaniem wielu niezbędnej kobiecie, by wzbudzić zainteresowanie publiki, i która nieraz grała niedoceniane z tego powodu postacie, między innymi wcieliła się w główną bohaterkę poprzedniego remake’u Narodzin gwiazdy z 1976 roku). Mimo to próbuje cieszyć się ze swego życia i dobrze sobie radzić.

Nasz bohater zaś to Jackson Maine (Bradley Cooper), popularny, ceniony piosenkarz i gitarzysta, niegdysiejsza gwiazda, która jednakże zmaga się z coraz bardziej kosztownym i wyczerpującym alkoholowym nałogiem. Nie to jednak jest najgorsze, lecz fakt, że Jack traci słuch. Bohater ma specyficzną, skomplikowaną relację ze swym menedżerem, a zarazem przyrodnim bratem Bobbym (Sam Elliott) – można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że wątek ów jest bardziej interesujący od romantycznego motywu przewodniego Narodzin gwiazdy. Pewnego wieczoru zmęczony i w sumie zdegustowany własnym koncertem Jackson trafia do lokalu, w którym spotyka Ramona i Ally – i tak zaczyna się romans oraz wielka życiowa przygoda tej drugiej. Obserwujemy najpierw poznawanie się, a później docieranie obydwojga: Ally, która chce mu pomóc, ale do końca nie potrafi pojąć, z czym boryka się ukochany; Jacka, który pragnie dla niej odbić się od dna, ale ono wciąga go wciąż od nowa niczym mielizna z utworu Shallow, i który stara się wbić jej do głowy i serca najważniejszą rzecz (znajdującą się już niemal poza jego zasięgiem) – uwaga publiczności nie trwa wiecznie, wręcz przeciwnie, dość krótko, więc jeśli udało się ją przykuć, trzeba być kimś autentycznym i przekazać coś, w co się wierzy, coś prawdziwego. Inaczej ludzie to wyczują, inaczej się przegra.

Wszystko to sprawia, że zbiera się na mdłości, kiedy widzimy tytułowe Narodziny gwiazdy, a potem, krok po kroku, proces degradacji Ally, utratę przez nią kontroli, pożegnanie z samą sobą. Odważna, zdolna do brawury, ale w sumie całkiem skromna i ciut zakompleksiona dziewczyna, która miała coś prawdziwego do przekazania, wrzucona w tryby rozrywkowej machiny zmienia się w koszmarną lalkę, sztampowy, kiczowaty produkt dla niewymagających mas, które mają zwyczaj przeżuwać i wypluwać nowe sztuczne gwiazdeczki. Niewielu piosenkarzom i piosenkarkom czy aktorom i aktorkom udaje się wytworzyć lub utrzymać prawdziwą charyzmę, przetrwać i wciąż budzić zainteresowanie. Dopiero nieszczęście, potworny ból, sprawia, że nasza bohaterka ma szansę odzyskać choć cząstkę dawnej, prawdziwej siebie.

Motyw cynicznego show-biznesu i skomplikowane relacje postaci tak pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych stanowią wielkie walory obecnej wersji Narodzin gwiazdy (niektórzy sugerują, że to rodzaj rozliczenia się z przeszłością ze strony Lady Gagi, ona sama jednak zaprzecza). Podobnie jak wydobywające każdy szczegół, eksponujące emocje zdjęcia Matthew Libatique'a oraz muzyka i aktorstwo na wysokim poziomie. A wady? Przede wszystkim oglądana bajka okazuje się nader przewidywalna, trochę za bardzo – spodziewamy się momentów, gdy nadchodzą mniejsze i większe katastrofy. Alkoholizm Jacka ma w sobie coś nie do końca przekonującego, wyjąwszy dwie bardzo mocne sceny, można odnieść wrażenie, że jednak koniec końców daje mu to więcej zabawy niż cierpienia. Niestety, pewne sekwencje są rozwlekłe, ot, flaki z olejem aż do granic strawności. Generalnie jednak sposób realizacji się broni, a zalety filmu przyćmiewają mankamenty. Najważniejszy jest urok, ulotna magia, to „coś”, co sprawia, że i sama historia, i oglądający ją widzowie wewnętrznie krzyczą o happy end...


Reżyserski debiut Bradleya Coopera jest dla Ciebie, jeśli lubisz gry muzyczne, np. SingStar, i nigdy nie przeszkadzał Ci w nich tryb kariery.

Recenzja filmu Girl. Dojrzewanie do kwadratu
Recenzja Free Solo: ekstremalna wspinaczka. Szczyt wszystkiego
Osądzić sędziego - recenzja We. The Revolution
Waszyngton w ogniu - Tom Clancy's The Division 2 - recenzja
najnowsze