Bez prądu - film

Nowe Narcos. Przeprowadzkę do Meksyku uznajemy za udaną

Kamil Ostrowski, 01 grudnia 2018 14:00 0

Nie zachwycicie się tak jak pierwszym sezonem, ale Narcos: Mexico zdecydowanie dostarcza świetnej rozrywki, a także odrobiny nauki.

Trzeci sezon Narcos stanowił znakomite przedłużenie historii o Pablo Escobarze i narkotykowym biznesie w Kolumbii. Wraz z nią słychać jednak było skowyt wręcz o zakończenie eksploatacji tematu, albo chociaż o radykalne zmiany w koncepcji. W umysłach speców z Netflixa zrodził się więc plan radykalny, acz prosty – przenieśmy akcję do innego kraju. Wszak narkoświat nie ogranicza się do Medellin czy Cali, prawda?

Swoją drogą, Polska jest potęgą w produkcji amfetaminy, a nasza „krajówka” eksportowana jest na cały świat. Większość tego proszku dostępnego w Europie pochodzi z naszego kraju a także z Holandii i Belgii. W mniejszym stopniu produkuje się u nas również tabletki ecstasy.

Historia, jak to w Narcos bywa, toczy się dwutorowo. Z jednej strony poznajemy historię Kikiego Kamareny – młodego, ambitnego i oddanego agenta DEA, która na chwilę otwarcia historii pozostaje niedawno co stworzoną amerykańską agencją federalną, zajmującej się walką z narkotykami. Młody funkcjonariusz nudzi się na odcinku na którym aktualnie operuje, więc prosi o przeniesienie. Czeka na niego otwarty wakat w Meksyku, w którym DEA posiada swoją niewielką filię. Na miejscu ma zbierać informacje i ściśle współpracować z lokalnymi władzami. Z drugiej strony barykady jest Felix Gallardo – pierwotnie skorumpowany glina z niewielkiego miasteczka, który z czasem staje się szefem nad szefami, kontrolującym w taki czy inny sposób cały narkobiznes w Meksyku. Zaczyna się niewinnie, od marihuany – jej hodowli, transportu i przemytu. Z czasem przyjdzie pora na „poważniejsze” interesy. Zgadliście, znów chodzi o kokainę – królową narkotyków.

Trzecim wielkim wątkiem w Narcos: Mexico jest korupcja. W tym sezonie kładzie się na nią większy nacisk niż w poprzednich, czyniąc łapownictwo niejako trzecim głównym bohaterem. Świat Meksyku dzieli się na grupę oportunistów, bardziej bądź mniej czynnie przykładających rękę do zgniłego stanu rzeczy, oraz na mały odsetek cichych bohaterów – ludzi którzy gotowi są nadepnąć na odcisk handlarzom, gliniarzom i władzy. Zazwyczaj nie kończy się to dla nich dobrze, twórcy serialu słusznie więc oddają im należyte honory. Co ciekawe te honory często oddawane są miejscowym mieszkańcom, natomiast administracja nie tylko meksykańska, ale również amerykańska prezentowana jest jako tchórzliwa i zgniła. Pamiętajmy, że czas akcji Narcos: Mexico to lata 80te, kiedy wojna z narkotykami nie była jeszcze rozkręcona na całego. Wszędzie były wtedy zgniłe jabłka.

Jak to w Narcos, nie brakuje tu przepychu u skorumpowanych oraz złoczyńców. Cały sezon to historia o tym jak niedofinansowana grupka idealistów walczy, z różną skutecznością, z ogromną machiną – zdeprawowaną, skorumpowaną i nie wartą funta kłaków państwowością meksykańską oraz wyśmienicie zorganizowanym, wewnętrznie lojalnym i świetnie finansowanym kartelem.

O ile w poprzednich sezonach świetnie udawało się oddać atmosferę ciężkiego zastraszenia, przemocy, wręcz wojny, tak w Meksyku sprawy załatwia się nieco inaczej. Tutaj bronią w ręku kartelu jest biurokracja, niedasizm i obojętność szerokich mas stróżów prawa i urzędników. Agenci DEA z placówki w Guadalaharze co i rusz natykają się na proceduralne problemy, obstrukcję i tego typu atrakcje. Przemoc jest ostatecznością, co nie znaczy że jej w ogóle brakuje.

Nowe otwarcie to oczywiście także zupełnie nowa obsada. W rolę zdeterminowanego stróża prawa wcielił się Michael Pena, do tej pory znany głównie ze świetnych Bogów Ulicy oraz drugoplanowych ról w Ant-manach. Jego arcywrogiem w postaci szefa kartelu jest niepozornie wyglądający Diego Luna. Obydwaj sprawdzają się tutaj dobrze, chociaż powiedziałbym że obydwu zabrakło trochę żeby z czystym sumieniem ich pochwalić jakimiś większymi słowami. Podobnie można powiedzieć o reszcie obsady. Jest solidna, ale nie urywa.

Narcos: Meksyk jest bardzo dobre. Nie pozostawia nas z takim wrażeniem jak poprzednie sezony, które autentycznie potrafiły wgnieść w fotel i pozostawić widza z niejaką fascynacją światem, problemami i wizją funkcjonowania i walki z narkobiznesem. W tym przypadku mamy mądrą, nową opowieść, poruszającą nieco inne tematy. Dobrze zrealizowaną, przyjemnie wchodzącą w zimne jesienne wieczory. Jednak komplementem na który czekają chyba wszyscy, a najbardziej twórcy serii jest „świeże”. I powiem Wam, że w tym przypadku można śmiało ten komplement sprawić, bo przeniesienie do innego kraju wiązało się z całą serią zmian, z dostosowaniem podejścia, co przełożyło się na nowe doświadczenie dla widza. Oby tak dalej, ewentualnie więcej magii.

Jak wypada 1983, pierwszy polski serial Netflixa?
Siedem dni z życia dilera, czyli recenzja serialu Ślepnąc od świateł
Koniec House of Cards naznaczony wymazywaniem Underwooda
Czarownica Sabrina powraca w szatańskim stylu
najnowsze