Bez prądu - film

Siedem dni z życia dilera, czyli recenzja serialu Ślepnąc od świateł

Paweł Pochowski, 29 listopada 2018 17:00 0

Pierwsze opinie na temat nowego serialu Skoniecznego dla HBO sugerowały, że mamy do czynienia z dziełem iście przełomowym. Czy jest tak naprawdę?

Chłodny, grudniowy wieczór w centrum stolicy. Ulicami miasta przemyka sportowe, czarne BMW przecinając jaskrawym światłem reflektorów gęstą mgłę utrzymującą się tuż nad jezdnią. W środku za kierownicą, Kuba lub Kubuś jak nazywają go często znajomi. Lokalny diler, który mimo niezbyt oficjalnej profesji, zna wiele ważnych warszawskich person - od muzyków, aktorów i gangsterów aż po polityków czy modelki. Mimo skrytego charakteru i raczej zimnego stylu bycia, Kuba ma wielu znajomych, którzy każdorazowo cieszą na jego widok. Trudno powiedzieć czy to z sympatii do niego samego czy bardziej do zawartości jego kieszeni, która szybko opróżnia się z kokainy i napełnia forsą. I to naprawdę niezłą forsą, bo Kuba nie rozmienia się na drobne i nie obsługuje byle kogo - jego towar jest raczej przeznaczony dla wyższych sfer, a on sam świadczy usługi o podwyższonym standardzie.

Można by rzec, że do pewnego momentu życie Kuby układa się wprost wzorcowo, o ile można mówić o jakimkolwiek wzorcu dla dilera narkotyków. Kubuś ma wszystko pod kontrolą, a przynajmniej tak mu się wydaje. Szybkie i piękne auto, fajne mieszkanie, drugie tajne lokum "do pracy", opłacone kontakty w policji, podwójną wprost tożsamość. Ale jak się z czasem okazuje, Kuba przede wszystkim ma dość swojego życia i otaczającej go rzeczywistości, z której coraz trudniej jest mu się wydostać pozostając naprawdę sobą. Bagno wciąga go coraz mocniej, gdy z więzienia wychodzi Daro - gangster o bardzo szerokich wpływach i płytkiej moralności, a dwie grupy stają do walki o wpływy. Historia przedstawiona w Ślepnąc od świateł jest raczej niezbyt skomplikowana, ale za to naszpikowana ciekawymi postaciami, dzięki czemu śledzi się ją z zainteresowaniem.

Kuba mieszka i pracuje w Warszawie. Ślepnąc od świateł stara się pokazać życie stolicy oraz jej mieszkańców w innym niż zazwyczaj charakterze. Bardziej realistycznym i obdartym z kłamstw niż w większości filmowych produkcji. Do tego odważnym i często bardzo brutalnym, co nie dziwi biorąc pod uwagę środowisko w jakim obraca się główny bohater. Można powiedzieć, że samo miasto występuje w serialu w charakterze drugoplanowego bohatera. I wypada na nim naprawdę świetnie, ponieważ zdjęcia Ślepnąc od świateł to absolutny majstersztyk, co zawdzięczamy uznanemu nie tylko na rodzimym podwórku Michałowi Englertowi. Wszystkie sceny przejazdu samochodem po nocnych ulicach Warszawy wyglądają niczym z obrazka i są wprost przesiąknięte klimatem, a to nie jedyne śliczne ujęcia, które tu zobaczycie.

Wysoka jakość wizualna to najmocniejszy punkt serialu, który skutecznie trzyma przed ekranem nawet wtedy, gdy zawodzi jeden z pozostałych elementów. A to się niestety zdarza, ponieważ scenariusz Ślepnąc od świateł ma swoje słabsze strony - przez pierwsze odcinki akcja raczej się wlecze niż posuwa naprzód, dodatkowo nie pomagają przydługawe sceny z nie najlepszymi dialogami. To tyczy się najczęściej głównego bohatera. W Kubę wciela się ekranowy debiutant - Kamil Nożyński, raper wywodzący się ze stołecznej grupy Dixon37. To celowy wybór reżysera, niestety trafiony raptem w połowie. Kamil wypada najlepiej we wszystkich momentach, w których można go podziwiać, ale nie trzeba go słuchać. Wygląda bowiem świetnie i bardzo pasuje do roli Kuby, natomiast szybko okazuje się, że w większości scen prezentuje się identycznie - niezależnie od tego czy to pogadanka z przyjaciółką, dyskusja ze współpracownikami czy kłótnia z kontrahentem, Kamil prezentuje w nich identyczną minę i ton głosu. Oczywiście pojawiają się już głosy, że przecież "tak miało być" a także, że w książce było podobnie, ale wątpię, by intencją reżysera były ciche modlitwy oglądających, by tym razem główny bohater nie musiał się odzywać. A wiem, że nie byłem w tym uczuciu odosobniony. Dodatkowo świetnie byłoby, gdyby "milczek" Kuba sypał genialnymi tekstami, kiedy już dostanie okazję do odezwania się, ale tak nie jest. Często byłem rozczarowany poziomem jego kwestii, które były po prostu płytkie i banalne.

Znacznie lepiej od Kamila Nożyńskiego poradził sobie drugi plan, przewija się tam plejada scenowych wyjadaczy, którzy pod czujnym okiem Skoniecznego dali z siebie naprawdę wiele i odwalili kawał dobrej roboty. Jan Frycz, Robert Więckiewicz, Janusz Chabior - każdy z tej trójki wniósł do tego obrazu zdecydowanie więcej niż główny bohater. Przede wszystkim rola Frycza jest kluczowa - pojawia się we wszystkich najmocniejszych i najlepszych scenach serialu. Perfekcyjnie wcielił się w rolę bezwzględnego gangstera Dario. Jest wyrazisty, przejmujący, brutalny i momentami szalony, wzbudza podziw i respekt. Gdy tylko powie kilka mocniejszych zdań, żaden z widzów nie ma wątpliwości, że z takim człowiekiem lepiej nie zadzierać.

Równie dobrze wypada Więckiewicz. Grany przez niego Jacek jest znerwicowanym przywódcą gangu, któremu zwala się na głowę zbyt wiele spraw ze ślubem córki na samym czele. Robert wprost pluje frustracją w licznych monologach, rzucając na prawo i lewo nie tylko przekleństwami, co namacalnymi wprost emocjami. Co prawda początkowo niezbyt chętnie reaguje na zagrożenie, przyparty do ściany bierze sprawy w swoje ręce i robi się naprawdę gorąco. W serialu pojawia się także Cezary Pazura, ale jego występ mam wrażenie, że wypadł ciut gorzej od wspomnianej dwójki. Jego parodia znanego i niegdyś kontrowersyjnego dziennikarza momentami wydaje się być trochę na siłę. Oklaski należą się za to Januszowi Chabiorowi oraz Erykowi Lubosowi, oboje pokazują swój bogaty warsztat aktorski w pełnej krasie. Co ciekawe, robi to także reżyser serialu. Krzysztof Skonieczny wciela się w jedną z pobocznych postaci - rapera Pioruna. Wykreowany przez niego brand "sztywniutko", jak i samo powiedzenie, już teraz znalazły w sieci licznych naśladowców. Na YouTube opublikowano nawet pełnowymiarowy teledysk (!) do utworu nagranego specjalnie na potrzeby serialu, jeżeli więc jesteście ciekawi jak na ekranie wypada reżyser serialu, możecie przekonać się bez odpalania serialu. Jako ciekawostkę dodam, że w przeszłości Skonieczny dłuższy czas zajmował się właśnie realizowaniem teledysków, co mam wrażenie wyszło mu naprawdę na dobre.

Niestety, jest jeszcze jeden element serialu, który nie zaskarbił sobie mojej sympatii - tandetne wizje głównego bohatera, które miały być tajemnicze i niepokojące, a wyszły raczej kiepsko. Główny bohater to ucieka myślami do upragnionych wakacji i spokojniejszego miejsca gdzieś hen daleko stąd, to zmaga się z potworami w swoich snach błąkając się po ruinach i dziwnych miejscach. Czasem będąc dzieckiem, czasem w aktualnym wieku. Nie wiem skąd pomysł na dodanie do serialu całej metafizycznej otoczki i scen rodem z filmów sci-fi, ale umówmy się, że takie rzeczy mają sens tylko wtedy, jeśli ich realizacja jest na odpowiednio wysokim poziomie. W przypadku Ślepnąc od świateł zdecydowanie tak nie jest. Już sama czołówka serialu pokazująca stolicę pogrążającą się w fatalistycznym kataklizmie wypada po prostu słabo. To dziwne, bo generalnie realizacja techniczna Ślepnąc od świateł stoi na bardzo wysokim poziomie, ale ten element ewidentnie od niego odstaje i to nie o cały poziom, a nawet dwa.

Ślepnąc od świateł w ogólnym rozrachunku wypada naprawdę nieźle. Tylko nieźle, biorąc pod uwagę opinie i hasła porównujące serial Krzysztofa Skoniecznego do wybitnego arcydzieła, którym z pewnością nie jest. Ale też aż nieźle, jeżeli porównamy go z większością seriali kręconych w naszym kraju. Co prawda od kilku lat jest z tym coraz lepiej, ale nadal dobra rodzima produkcja wzbudza sensację. I to chyba dlatego niektórzy recenzenci delikatnie z zachwytem przesadzili. Mamy tu do czynienia z bardzo solidną produkcją, ale jednak na jej gładkiej jak lustro powierzchni jest kilka rys, których trudno nie zauważyć, choćbyśmy nawet i właśnie "oślepli od świateł".

Jeżeli podejdziecie do Ślepnąc od świateł jako materiału przełomowego, możecie się rozczarować. Jeżeli natomiast chcecie po prostu zobaczyć fajnie zrealizowany i całkiem interesujący serial osadzony w rodzimych realiach, to szczerze polecam. Ogląda się go naprawdę przyjemnie szczególnie że warstwa techniczna (poza efektami specjalnymi) i realizacja to jego najmocniejsze elementy.


Ślepnąc od świateł to serial dla Was, jeśli zagrywaliście się kiedyś w którekolwiek GTA. A wiem, że tak właśnie było!

Assassin z Sherwood - recenzja filmu Robin Hood: Początek
Jak wypada 1983, pierwszy polski serial Netflixa?
Nowe Narcos. Przeprowadzkę do Meksyku uznajemy za udaną
Creed II, czyli historia taka jak wszystkie, za to jaka piękna!
najnowsze