InformacjeBez prądu - film

Czarny humor w słodziutkich pastelach - recenzja filmu Zwyczajna przysługa

... Joanna Kułakowska

Jutro 1 listopada, ale nie wszyscy muszą mieć ochotę na horror. Wówczas warto obejrzeć szaloną galopadę wychodzących na jaw mrocznych sekretów...

Zwykle ukrywamy swoje prawdziwe oblicze – nie tylko przed innymi, czasami nawet przed nami samymi. Do tego stopnia, że nie wiemy już, kim naprawdę jesteśmy. A może nigdy nie wiedzieliśmy lub nie chcieliśmy zdać sobie z tego sprawy ze strachu przed prawdą, przed własnymi grzechami bądź faktem, że wcale tych grzechów nie żałujemy, bo to one stanowiły prawdziwe szczęście i treść naszego życia. Czasem bywa jeszcze inaczej – świetnie wiemy, kim jesteśmy, ale musimy to ukryć, aby nie spotkała nas kara za te grzechy, za które w pełni nie odpowiadamy, i te, na których grzbiecie chcemy jak najdłużej uskuteczniać radosną przejażdżkę, ścigając się sami ze sobą w wymyślaniu kolejnych życiowych eskapad, które pozwolą poczuć, że... żyjemy. Jesteśmy niezniszczalni. Przetrwamy wszystko, zawsze i wszędzie. Możemy zdławić, zatrzeć, usunąć ból i poczucie krzywdy. Zwyczajna przysługa (ang. A Simple Favor), adaptacja powieści Darcey Bell pod tym samym tytułem, opowiada o tych sprawach, ukazując różne strony medalu w zwariowany, przezabawny sposób, zarazem jednak całkiem zręcznie unikając ośmieszenia momentów niepokojących, emanujących szczerym smutkiem lub grozą. Film Paula Feiga to połączenie parodii opery mydlanej, psychologicznego thrillera, komedii kryminalnej oraz wariacji na temat czarnego kryminału (łamiącej i odwracającej elementy konwencji tego ostatniego), które przedstawia tyleż mroczną, co groteskowo przesłodzoną grę pozorów na słonecznych, optymistycznie jasnych, przestronnych i epatujących pastelowymi, tęczowymi barwami przedmieściach...

Zwyczajna przysługa koncentruje się na specyficznej, nieoczywistej i – co najważniejsze – zmiennej relacji pomiędzy dwiema bohaterkami: Stephanie Smothers (Anna Kendrick) i Emily Nelson (Blake Lively). Choć to pierwsza z nich jest główną sprawozdawczynią wydarzeń (przez większość czasu poznajemy przede wszystkim jej punkt widzenia i interpretacje sytuacji), to w zasadzie można stwierdzić, że główną bohaterką filmu w reżyserii Paula Feiga okazuje się właśnie owa relacja, świetnie uwypuklona przez scenarzystkę Jessicę Sharzer. Obie kobiety stanowią postacie interesujące, nietuzinkowe i niejednoznaczne. Warto też zauważyć, że choć pozornie wydają się różnić od siebie jak ogień i woda, podczas rozwoju fabuły koniec końców wychodzi na to, iż mają całkiem podobne cechy, a pozory mylą, i to bardzo. Niektóre jednostki, odpowiednio zdesperowane, przyciśnięte przez sytuację z gatunku tych „bez wyjścia”, potrafią wzbudzić w sobie odwagę i ambicję, po czym wspiąć się na wyżyny sprytu i zdolności przetrwania.

Najczęściej wysuwająca się na pierwszy plan bohaterka Zwyczajnej przysługi to młoda wdowa i nieco przerażająca mamuśka z przedmieścia. Stephanie przeraża nie dlatego, że usiłuje wpisać się w stereotyp doskonałej gospodyni i supermatki, dbającej o zdrowie i rzetelne wychowanie swojego synka Milesa (Joshua Satine), ale dlatego, iż doskonale jej to wychodzi, co paradoksalnie (a zarazem w sposób nader zrozumiały) nie stanowi powodu do admiracji, lecz do drwin i dzikiej niechęci ze strony jej zawsze „szczerych” i miło uśmiechniętych znajomych (którzy notabene odpowiadają za niemałą część komizmu sytuacyjnego, komentując elementy świata przedstawionego). Do tego wszystkiego jest ciepła, słodka, uprzejma, zawsze pomocna i... sprawia infantylne wrażenie wskutek swych dziwacznych, jaskrawych tudzież wyjątkowo niegustownych strojów. Emily jawi się widzom jako ktoś z zupełnie innej bajki. To twarda, emanująca seksapilem, szykowna kobieta sukcesu, zajmująca się PR-em w znanej firmie modowej, która po trupach zdąża do celu, nie przejmując się jakimiś moralnymi dyrdymałami ani w pracy, ani w życiu osobistym. Zamężna z atrakcyjnym, uznanym pisarzem Henrym Goldingiem (Sean Townsend). W dodatku wzorcowa... antymatka – mimo to, a może właśnie za to uwielbiana przez synka Nicky’ego (Ian Ho), który jest bardzo dumny z wyglądu i ogólnej „fajności” swojej mamy. Charakterystyczny sznyt Emily i fakt, że kompletnie nie liczy się ona z oczekiwaniami społecznymi, co zwykle wręcz wychodzi jej na zdrowie, oddaje ekstrawagancki styl bazujący na stricte męskich garniturach.

Owe dwie, pochodzące z różnych sfer bohaterki miałyby nikłą szansę się spotkać, gdyby nie to, że ich synowie uczęszczają do tej samej szkoły. W ten sposób nawiązują znajomość, a Emily zaprasza Stephanie do swego luksusowego domu, oferując w dodatku przyjaźń. Poczciwa mamuśka Milesa sądzi, że złapała Pana Boga za nogi, po raz pierwszy od dawna czując się dowartościowana – wreszcie jak „ktoś”, a nie nudna kurka domowa. Spragniona uwagi kobieta nie widzi, że ta druga w zasadzie świetnie bawi się jej kosztem. Pewnego dnia Emily prosi swą przyjaciółkę o zwyczajną przysługę. Stephanie ma odebrać Nicky’ego ze szkoły i „przechować” przez kilka godzin w domu, tak by jego matka zdążyła załatwić pewną ważną sprawę. Niestety, pani Nelson się nie pojawia. Coraz bardziej zrozpaczona Stephanie postanawia wyjaśnić przyczynę tajemniczego zniknięcia przyjaciółki – w tym celu rozpoczyna prywatne śledztwo, wykorzystując swój vlog z przepisami jako platformę kontaktu ze znudzonymi gospodyniami z całej Ameryki, które włącza w poszukiwania zaginionej. Oczywiście, rozpacz rozpaczą, ale trzeba zajmować się teraz dwoma chłopcami... no i trzecim – przystojnym i równie zrozpaczonym mężem Emily. Tak rozpoczyna się historia, w trakcie której można dostać zawrotu głowy od licznych i nagłych zwrotów akcji oraz kolejnych zerwań masek ukazujących coraz to nowe oblicza trojga bohaterów.

Recenzowany obraz Paula Feiga tętni żywą akcją i humorem, który choć momentami jest ostry i rubaszny, to unika typowej dla wielu amerykańskich komedii kloaczności. Reżyser i scenarzystka zgrabnie eksponują stronę psychologiczną postaci i bawią się zmianami dynamiki i zabarwienia relacji pomiędzy nimi. Stephanie przekonująco ewoluuje na ekranie z potulnej, infantylnej poczciwiny w pewną siebie osobę, która może wciąż będzie się miło uśmiechać, chętnie przygotuje przyjęcie dla dzieci i podzieli się najlepszym przepisem, ale już nie ukrywa swojej błyskotliwości, nie da sobie w kaszę dmuchać, bo zna swoją prawdziwą wartość. Emily okazuje się kimś dużo bardziej skomplikowanym, niż mogłoby się wydawać. To jedna z tych ekranowych osobowości, która łączy cechy demonicznego czarnego charakteru i osoby, której życie nie oszczędzało, więc podziwiamy jej pomysłowość i zdolność życiowego survivalu, mimo wszystko przejmując się jej losem i nie przestając trochę kibicować feniksowi, który w ten czy inny sposób powstaje z popiołów. Bardzo ciekawą personą okazuje się Henry. Warto pochylić się nad sytuacją pisarza, który miał nieszczęście zabłysnąć literackim debiutem, szybko zostać celebrytą i dostać kobietę swoich marzeń, po czym kompletnie stracić wenę, przekonując się, że upojny narkotyk ma tę wadę, iż ubarwiając życie, całkowicie pozbawia sił. Generalnie twórcy Zwyczajnej przysługi bardzo interesująco podeszli do eksploracji tematu różnego typu toksycznych relacji – przyjacielskich, małżeńskich czy rodzinnych.

Realizacja filmu Feiga przetasowuje schematy i etykietki, za pomocą których zwykle szufladkuje się żeńskie postacie, a także bawi się przerysowaniami związanymi z „domowym kryminałem”, pozorami poukładanego, idealnego życia, opowiadając o mechanizmach powstawania ludzkich sekretów i ich skutkach dla naszej psychiki, absurdzie wyśrubowanych oczekiwań, jakie stawia współczesny świat, i próbach im sprostania. Udało się nawet lekko przemycić problematykę łączenia kariery i wychowywania dzieci, nieoczywistych oczekiwań tych ostatnich, przemocy domowej i mobbingu w pracy (choć to ostatnie zdecydowanie trąci satyrą). Nieco karykaturalne ujęcie tematu przywodzi na myśl co bardziej ironiczne odcinki serialu Gotowe na wszystko, wydaje się też odwoływać do przewrotnych klasyków jak Wszystko o Ewie Josepha L. Mankiewicza lub jeszcze starsza Laura Otto Premingera. Istota opowieści została znakomicie uwypuklona poprzez koncepcję wizualną – ostre światło, kiczowate kolory, typ kadrowania. Podkreśla to kontrast w Zwyczajnej przysłudze – świat, w którym wszystko wydaje się oczywiste, klarowne, podczas gdy w rzeczywistości to bagno niedomówień, brudnych tajemnic, kłamstw i małostkowych złośliwości za plecami. Coś, co często przedstawia się za pomocą estetyki noir, ukazano w polewie z różowego lukru i przyozdobione cukierkami. Na koniec pozostało już tylko pochwalić wyczyny obsady. Zarówno aktorki i aktorzy wcielający się w postacie pierwszoplanowe, jak i drugoplanowe wykonali kawał dobrej roboty. Wyśmienicie sprawiły się dzieci, oddając emocje i swoją własną skomplikowaną relację.

Podsumowując: Zwyczajna przysługa to znakomita, nieodmóżdżająca rozrywka pełna niespodzianek. Słowem, nie zadzierajcie z mamuśkami!


Ten film jest dla Ciebie, jeśli lubisz gry o tematyce kryminalnej, zwłaszcza podlanej sytuacyjnym bądź czarnym humorem.

Najnowsze
Lubisz nas?