InformacjeRecenzja - konsole

Wybuchające głowy na pustkowiu - recenzja Fist of the North Star: Lost Paradise

... Jakub Zagalski

Jeżeli gra na wstępie pyta cię, czy zmniejszyć ilość wyświetlanej krwi, to wiedz, że będzie się działo.

Pustkowie ciągnie się aż po horyzont. Podarta peleryna unosi się gwałtownie, gdy podmuch gorącego wiatru sypie piachem w zmęczoną twarz wędrowca. Odwodnienie zrobiło swoje i po skroni spływa tylko malutka stróżka potu. Ciało muskularnego mężczyzny domaga się wody. Życiodajnej cieczy, która napoi go, orzeźwi i zmyje krew nieznajomych, widzących w samotnym wędrowcu łatwą zdobycz. Wraz ze zdziwieniem pojawił się żal, że nie zginęli w dniu apokalipsy. Nuklearna zagłada oznaczałaby błyskawiczną śmierć. Spotkanie z Kenshiro było jej kompletnym przeciwieństwem.

Do czego zdolny jest Kenshiro, mistrz pradawnej sztuki walki Hokuto Shinken wiemy od zamierzchłych lat 80. To wtedy Fist of the North Star szturmem zdobyło listy przebojów na japońskim rynku wydawniczym jako manga. Sukces zaowocował przeniesieniem marki do telewizji, kin i oczywiście świata gier wideo. 35 lat od debiutu Fist of the North Star jest jednym z najlepiej zarabiających tytułów w historii – dokładnie na osiemnastym miejscu listy, tuż przed Toy Story i Jamesem Bondem. Ale daleko za Pokemonami czy Hello Kitty.

Wspominam o tym, by uzmysłowić, z jakim kalibrem mamy tu do czynienia. Osoby niezaznajomione z japońską popkulturą zapewne spojrzą na Fist of the North Star: Lost Paradise jak na kolejne dalekowschodnie kuriozum – i będą miały sporo racji. Tyle że to naprawdę popularne i zasłużone kuriozum, któremu warto dać szansę, jeżeli nie miało się wcześniej styczności z perypetiami Keshiro.

Choć z marką związanych jest kilkadziesiąt tomów mangi, pełnometrażowe filmy, setki odcinków anime i szereg gier, Fist of the North Star: Lost Paradise jest bardzo przyjazne dla nowicjuszy. Nie trzeba zupełnie znać realiów i bohaterów tego świata, ponieważ gra opowiada niezależną opowieść, w której poznajemy zarówno Kenshiro i blisko związane z nim osoby, jak również odkrywamy specyfikę postapokaliptycznego świata.

Na szczęście nie jest to nudne i przewidywalne origin story, w którym uczestniczymy w narodzinach bohatera – wręcz przeciwnie. Scenariusz od razu rzuca nas na głęboką wodę, praktycznie od razu do walki z bossem i dopiero później krok po kroku zaczynamy odnajdywać się w tym nowym miejscu. Takie podejście do opowiadania historii sprawdza się doskonale, bo podsyca ciekawość i nie atakuje masą informacji, których można się spodziewać po serii z 35-letnim zapleczem. Na początku wystarczy wiedzieć, że Kenshiro jest zagadkowym wymiataczem, który podąża śladem straconej ukochanej. Co się z nią stało? Czy nadal żyje? Jak ją odnaleźć? To kilka pierwszych pytań, na które trzeba będzie znaleźć odpowiedź w tej 20-godzinnej przygodzie.

Fist of the North Star: Lost Paradise to formalnie przygodowa gra akcji z widokiem TPP (oprócz walki), łącząca elementy chodzonej bijatyki i sandboksa, gdzie poza głównym wątkiem mamy masę pobocznych zadań i atrakcji. W skrócie: postapokaliptyczna Yakuza. Dla nieświadomych: podobieństwo do serii o japońskim półświatku jest nieprzypadkowe, bowiem Yakuzy i Fist of the North Star: Lost Paradise to dzieło tego samego studia działającego pod szyldem Segi i korzystającego z tej samej technologii. Niestety przygody Kenshiro nie powstały na nowym silniku znanym z Yakuzy 6 i Yakuzy Kiwami 2, tylko na wcześniejszej technologii (tej samej co Yakuza 0 i Yakuza Kiwami). Wykorzystanie starych narzędzi widać gołym okiem - Fist of the North Star: Lost Paradise wygląda archaicznie i ma wiele uproszczeń znanych z dawnych gier z Kiryu Kazumą. Całość ratuje jednak duch lat 80., który unosi się nad całą produkcją. Fist of the North Star: Lost Paradise nie aspiruje do miana nowoczesnego hitu, w którym liczy się fotorealistyczna grafika, zaawansowane efekty etc. Zamiast tego otrzymujemy surowy klimat kojarzony z kinem klasy B (albo i C), gdzie pomysłowość i nieprzewidywalność jest na pierwszym miejscu. A tych nie brakuje.

Już po pierwszej walce dowiadujemy się, że Fist of the North Star: Lost Paradise to coś, z czym wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Chyba że jesteśmy koneserami japońskich absurdów i staroszkolnej estetyki gore. Bo właśnie tym jest opowieść o mistrzu Hokuto Shinken – utrzymaną w klimacie lat 80., groteskową nawalanką, w której głowy i ciała przeciwników pęcznieją i wybuchają, zalewając ekran hektolitrami krwi. Kenshiro w pojedynkę robi miazgę (dosłownie) z muskularnych oprychów, którzy nie załapali się do obsady starych "Mad Maksów". I choć całość może uchodzić za pastisz, to samotny mistrz jest śmiertelnie poważny niezależnie od sytuacji. Nota bene, w japońskiej wersji językowej (jest opcjonalny amerykański dubbing) Kenshiro przemawia głosem Takai Kurody, czyli Kazumy Kiryu z serii Yakuza.

Walka, która stanowi główną atrakcję w Fist of the North Star: Lost Paradise, to ciekawa wariacja tego, co znamy z Yakuzy. Robimy kombinacje łączące lekki i mocny cios, uniki, lockowanie się na przeciwniku, blok, wraz z rozwojem postaci dochodzą nowe techniki i ciosy itd. Nie oznacza to, że twórcy poszli na łatwiznę i mamy ten sam schemat. Kenshiro rusza się inaczej niż Kazuma i pozostali bohaterowi gangsterskiej serii, oprócz tego Hokuto Shinken rządzi się własnymi prawami, ale wspomniane podstawy czy bazowanie na sekwencjach Quick Time Event sprawiają, że weterani Yakuzy poczują się jak w domu i z przyjemnością zaczną się uczyć nowych mechanizmów.

Także poza walką Fist of the North Star: Lost Paradise ma wiele wspólnych cech z wiadomą serią Segi. Miasto na środku pustkowia jest tętniącą życiem piaskownicą, w której gracz może się zanurzyć w masie minigier i pobocznych zadań. Grając w karty, "ludzki baseball", biorąc udział w wyścigach czy pracując jako barman z około 20 godzin potrzebnych na poznanie głównego wątku robi się dużo więcej. Najważniejsze, że oprócz mniej lub bardziej znanych minigier motywacją do ciągłej gry jest chęć odkrywania świata po nuklearnej zagładzie. Wbrew pozorom nie jest to prosta historyjka o zdradzie i zemście. Kenshiro ma swoją misję, jednak siłą rzeczy musi (a my chcemy) poznawać prawa rządzące Miastem Cudów i tajemnice pustkowia.

To wszystko sprawia, że od Fist of the North Star: Lost Paradise trudno się oderwać. Co mnie szczególnie cieszy, bo po pierwszych prezentacjach spodziewałem się postapokaliptycznego spin-offa Yakuzy wykorzystującym znaną markę. Kenshiro szybko udowodnił mi, że się myliłem – na szczęście obyło się bez wybuchnięcia mojej głowy.

Fist of the North Star: Lost Paradise nie jest ani ładne, ani szczególnie dopracowane, ale to tytuł ze wszech miar godny polecenia osobom, które w grach "widziały już wszystko". Klimat lat 80. niczym z niskobudżetowego filmu na VHS-ie, świetny i wymagający (na easy wystarczy mashować) system walki, zaskakująco ciekawa i wciągająca historia, multum atrakcji niezwiązanych bezpośrednio z głównym wątkiem to tylko kilka zalet Fist of the North Star: Lost Paradise. Fanom Kenshiro i Yakuzy polecać nie trzeba. Cała reszta niech obejrzy wybuchowe akcje na zwiastunie i powie z ręką na sercu, że nie chciałaby poczuć się jak największy kozak na świecie po nuklearnej zagładzie.

PlayStation 4Fist of the North Star: Lost Paradise

  • System walki
  • dla fanów FotNS i nowicjuszy
  • historia
  • poboczne atrakcje
  • japoński i angielski dubbing do wyboru
  • Wykonanie z poprzedniej epoki
  • backtracking w drugiej połowie gry

Krwawa jatka na pustkowiu

Najnowsze
Lubisz nas?