InformacjeRecenzja - konsole

Kosmos, po prostu kosmos - recenzja Starlink: Battle for Atlas

... Adam Berlik

Czemu takie gry nie wychodziły, gdy miałem osiem lat?

Starlink: Battle for Atlas robi świetne pierwsze wrażenie jeszcze przed uruchomieniem. Wszystko za sprawą fizycznych zabawek, które znajdziemy w Zestawie Startowym pudełkowego wydania nowej marki Ubisoftu. Jeśli zdecydujemy się na zakup edycji cyfrowej, również otrzymamy statek kosmiczny, pilota i uzbrojenie, ale rzecz jasna tylko wirtualnie. Tak czy owak – nie da się kupić samej gry i nic w tym dziwnego, bo to właśnie zabawki – przynajmniej na samym początku – wyróżniają Starlinka na tle konkurencji. Zwłaszcza, że nie mówimy tu o pojedynczych modelach, ale pojazdach, których części możemy swobodnie modyfikować.

Dlatego też na początku zamiast po prostu grać bawimy się statkami. Sprawdzamy, gdzie i jak umieścić pilota, czy po zmianie broni na lewym bądź prawym skrzydle gra od razu wczyta te modyfikacje oraz – wreszcie – jak całość działa w praniu. A działa naprawdę świetnie, bo autorzy Starlinka wszystko dokładnie przemyśleli. Najpierw montujemy specjalną podstawkę na padzie (nie obawiajcie się, że zasłoni ona wam najważniejsze przyciski, co to to nie), dopiero potem kładziemy na niej kolejne części i ruszamy w świat. To znaczy w kosmos. Warto w tym miejscu zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze: statek, pilot i rodzaje broni z Zestawu Startowego zupełnie wystarczą, by ukończyć grę. Druga sprawa jest taka, że fizyczne zabawki – choć niewątpliwie napędzą sprzedaż – są opcjonalne. Możemy równie dobrze z nich zrezygnować, wymieniając statki, bronie czy pilotów w menu gry.

I w tym momencie pojawia się chyba największy problem Starlink: Battle for Atlas, bo po kilku godzinach rozgrywki czar pryska. Może wynikać to z faktu, że przy dłuższych sesjach z grą trzymanie kontrolera z przymocowanym statkiem zaczyna być męczące (dosłownie, pojazd jest odrobinę za ciężki). Bardzo szybko można również zauważyć, że osoby bawiące się bez fizycznych zabawek są na uprzywilejowanej pozycji, bo ceny wersji cyfrowych poszczególnych statków, pilotów czy broni są dużo niższe. Nie jest to oczywiście zaskoczeniem, bo wyprodukowanie zabawek swoje kosztuje. Ale tutaj statki pełnią funkcję żyć. Jeśli nasz pojazd zostanie zestrzelony, to mamy dwa wyjścia. Odrodzić się w miarę blisko ostatniego celu misji, ale będzie to nas kosztowało trochę gotówki zarobionej w trakcie zabawy. Możemy również kontynuować starcie, przesiadając się do innego statku.

Na szczęście jednak Starlink: Battle for Atlas broni się jako gra. Po prostu. Otrzymujemy tutaj kosmiczną strzelankę z perspektywy trzeciej osoby, której akcja toczy się w otwartym świecie. Naszym zadaniem jest walka z członkami Zapomnianego Legionu chcącego przejąć kontrolę nad całą galaktyką. Zanim na dobre uporamy się ze wspomnianymi przeciwnikami, będziemy musieli uratować Victora St. Granda, czyli naukowca odpowiedzialnego za wynalezienie technologii umożliwiającej podróże międzyplanetarne. Po tym odkryciu zwerbował on grupę młodych pilotów, a cały program nazwał Starlink. Jeśli przy okazji zastanawiacie się, co oznacza słowo Atlas w tytule produkcji, to chodzi po prostu o nazwę fikcyjnego Układu Słonecznego, który musimy uratować przed Zapomnianym Legionem.

Starlink: Battle for Atlas zawiera sporo przerywników filmowych, a także mnóstwo udźwiękowionych dialogów (skądinąd świetnie napisanych), podczas których nie tylko poznajemy kolejne niuanse fabularne, ale także samych bohaterów. Tych ostatnich śmiało można określić mianem karykaturalnych, bo to mocno przerysowane, ale dające się lubić postacie, których losy śledzi się z ogromną przyjemnością aż do wielkiego finału. Ten następuje dość szybko, bo po około dziesięciu godzinach zabawy, ale na tym nie koniec, bo już wiadomo, że Ubisoft zamierza wspierać grę po premierze. Ponadto jeśli chcemy zrobić wszystko na każdej planecie, to musimy liczyć się z tym, że spędzimy przy konsoli naprawdę sporo czasu.

Autorzy skonstruowali kampanię w taki sposób, by gracz na początku uwierzył, że będzie miał do czynienia z szeregiem unikatowych, połączonych ze sobą misji. Powoli jednak okazuje się, że Starlink: Battle for Atlas zaczyna cierpieć na to, co większość gier z otwartym światem, czyli powtarzalność. Odwiedzamy kolejne planety, stawiamy na nich odpowiednie budynki (np. obserwatorium pozwala odsłonić kolejne fragmenty danego obszaru), ulepszamy je, odkrywamy zwierzęta zamieszkujące pobliskie tereny, a także walczymy z przeciwnikami. Musimy niszczyć ekstraktory Legionu, by wywabić ArcyPierwszego, czyli specjalnego bossa z kryjówki, co w konsekwencji pozwoli nam obniżyć moc wroga i zaatakować jego statek kosmiczny, Dreadnought. Oczywiście nie jednokrotnie, bo schemat powtarza się niemal do samego końca. Ciekawie wygląda to, że kiedy my rośniemy w siłę, awansując na kolejne poziomy doświadczenia, siła Zapomnianego Legionu słabnie, co można zauważyć, patrząc chociaż na poziom wspomnianego już Dreadnoughta.

Mimo tej powtarzalności rozgrywki w Starlink: Battle for Atlas bez przerwy gra się naprawdę świetnie. Wszystko za sprawą naprawdę udanego systemu strzelania, dużej liczby zadań do wykonania (skoro twórcy żonglują nie trzema pomysłami, ale znacznie większą liczbą mechanik, to ciężko mówić o nudzie), fenomenalnych krajobrazów i zapadających w pamięć bohaterów. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że poszczególni wrogowie są odporni na niektóre żywioły, a na inne podatni, w efekcie czego musimy regularnie modyfikować uzbrojenie. Skoro już o tym mowa, to sukcesywnie rozwijamy także pilota, odblokowując nowe, bardzo przydatne zdolności (np. zwiększona wytrzymałość, lepsze obrażenia czy też szybsze przeładowywanie talentów), a także modyfikując posiadane rodzaje broni o nowe właściwości (zwiększymy szybkostrzelność, zasięg czy może siłę rażenia?).

Starlink: Battle for Atlas ukazał się w pełnej polskiej wersji językowej. Zwykle jestem przeciwnikiem dubbingu i tutaj również podchodziłem sceptycznie do całkowitego udźwiękowienia dialogów, ale ostatecznie nie zawiodłem się. Co prawda momentami dubbing jest bardzo nierówny, ale złe wrażenie robią jedynie postacie drugoplanowe. Czasem zdarza się, że wypowiadająca się osoba zamiast grać swoją rolę, po prostu recytuje kwestię. Aktorzy, którzy użyczyli swoich głosów członkom Starlinka, a także niektórym bohaterom spotykanym podczas kosmicznej wędrówki, wywiązali się ze swojego zadania naprawdę dobrze.

Żadna gra nie jest bez wad. Ta zasada dotyczy również Starlink: Battle for Atlas, ale jakiekolwiek minusy są niczym w porównaniu do zalet. Można czasem narzekać na schematyczność rozgrywki (zwłaszcza w środkowej części kampanii) czy też mieć zastrzeżenia do tego, że lepiej kupić wersję cyfrową niż wydać małą fortunę na zakup prawdziwych statków, pilotów oraz uzbrojenia. Cały czas jednak należy pamiętać, że Ubisoft w swojej nowej grze postarał się o świetnie zrealizowaną mechanikę strzelania (pod tym względem gra trochę przypomina Destiny) i naprawdę ciekawie zaprojektowane lokacje (planety nie są generowane losowo jak w No Man’s Sky), jednocześnie serwując graczom coś, czego jeszcze nie było – zabawki modularne. Zestawy Startowe prezentują się na półce doprawdy niesamowicie i nawet jeśli po czasie okaże się, że statki zaczynają wam ciążyć na padzie, to i tak raczej nie poczujecie się rozczarowani, bo Starlink: Battle for Atlas to przede wszystkim dobra gra.

Xbox OneStarlink: Battle for Atlas

  • zabawki z wymiennymi częściami początkowo robią ogromne wrażenie
  • świetna mechanika strzelania
  • ciekawie zaprojektowane lokacje
  • nieustannie sprawia frajdę
  • sporo udźwiękowionych dialogów i przerywników filmowych
  • dubbing postaci pierwszoplanowych
  • klimatyczna oprawa wizualna
  • niektórym może doskwierać schematyczność rozgrywki
  • przy dłuższych sesjach czuć, że statki są trochę zbyt ciężkie i wtedy warto zrezygnować z fizycznych zabawek na rzecz cyfrowych odpowiedników
  • strasznie wysokie ceny zestawów (nowy statek w pakiecie z pilotem i uzbrojeniem kosztuje 130 zł)

Eksperyment (nie do końca) udany

Najnowsze
Lubisz nas?